Robię wszystko, aby gdzieś wyjechać i spróbować swoich sił. Jak nie teraz, to kiedy?

13-10-2018 06:55,
Marcin Długosz

Wielu zawodnikom, którzy znajdują się w trudnym momencie swojej przygody z piłką, historia Bartosza Rymaniaka mogłaby posłużyć za przykład. Gdy obecny kapitan Korony na początku 2016 roku trafiał do Kielc, niewielu było zwolenników takiego rozwiązania. Teraz natomiast nikt już nie wyobraża sobie żółto-czerwonych bez „Rymana”, a on sam w długiej rozmowie z naszym portalem przyznaje, że marzy o zagranicznym transferze. - Mam jeszcze ostatni dzwonek. Mówię o tym otwarcie, że gdyby nadarzyła się okazja, to chętnie bym z niej skorzystał – mówi niespełna 29-letni zawodnik.

Droga Rymaniaka do Korony wiodła przez Zagłębie Lubin i Cracovię. Ekipę „Miedziowych” opuścił w niezbyt przyjemnych okolicznościach – drużyna, której był kapitanem, spadła do I ligi, a swoje niezadowolenie kibice wyrażali również agresją. Potem, po niezbyt udanej przygodzie w zespole „Pasów”, prawy obrońca odnalazł swoje miejsce w Ekstraklasie właśnie przy Ściegiennego i stanowi prawdziwy symbol obecnej Korony Kielce.

REKLAMA

Jakie relację łączą „Rymana” z trenerem Orestem Lenczykiem? Jak wyglądał od środka burzliwy okres w 2016 roku, kiedy kielecki klub chcieli przejąć Jakub Meresińki i Marek Citko? Jak blisko reprezentacji Polski przed mundialem był kapitan Korony i jego klubowy kolega, Jakub Żubrowski? O grze w którym polskim klubie Rymaniak marzył w dzieciństwie i z którego oferty chętnie skorzystałby także teraz?

Odpowiedzi na te pytania i wiele innych w poniższej rozmowie!


W dalszym ciągu czujesz wstręt do jakichś osób?

- Na pewno jest kilka nazwisk, których już do końca nie pamiętam, bo trochę czasu minęło od nieciekawych słów na mój temat. Z twarzy bym sobie przypomniał i jeśli doszłoby do jakiejś konfrontacji czy prośby, to nie pewnie bym nie pomógł. W miarę szybko zapominam, ale nie do końca wybaczam rzeczy, które były kierowane w moją stronę.

Czyli twoje słowa  w „Przeglądzie Sportowym”, że „czujesz wstręt do osób, które chciały cię kiedyś zniszczyć”, kierują się przede wszystkim do dziennikarzy?

- Przede wszystkim. Kibice cię krytykują, potem głaszczą po plecach i trudno ich wskazać z nazwiska. To nie polega na tym, żeby pamiętać kibiców, którzy ci uprzykrzają życie, ale kilku dziennikarzy na tej liście by się znalazło. Powtarzam: w miarę szybko staram się zapominać i wymazywać pewne sytuacje z pamięci, ale uraz na pewno zostaje. Nie byłoby szans, żebym wszedł z takimi osobami w bliższe kontakty.

Jeśli po latach patrzysz na swoje zdjęcia z gry w Zagłębiu, to myślisz: „Fajnie było, moje Zagłębie, byłem tam kapitanem”, czy może „Nigdy więcej, dobrze, że to się skończyło”?

- Wydaje mi się, że zdecydowanie to pierwsze. Dużo się nauczyłem, to było fajne sześć lat. Można powiedzieć, że stawiałem pierwsze kroki w poważnej piłce. Człowiek uczy się na błędach. Były fajne momenty, były słabe, tak jak ten spadek. Na gorąco oceniałem, że dobrze, że odszedłem. Teraz natomiast wspominam to jako fajną przygodę. Szanuję ten klub i ludzi, z którymi miałem przyjemność pracować. Bardzo dużo też było trenerów, od których się uczyłem. Lepiej się uczyć długo niż w ogóle.

To prawda, że po spadku Zagłębia powiedziałeś, że możesz zostać, ale na warunkach ekstraklasowych?

- Tak. Kończył mi się kontrakt i o nowej umowie rozmawialiśmy już w grudniu, gdy jeszcze była Ekstraklasa. Klub się zgodził na te warunki, a później - po miesiącu czy po dwóch - zaczął je renegocjować. Ja się na to nie zgodziłem i powiedziałem, że jeśli zaakceptują te zasady, które wypracowaliśmy na początku, to wtedy złożę podpis.

Później od lutego do czerwca nie było żadnych rozmów, a ja też nie naciskałem – chciałem się skupić na grze. I tak naprawdę skończył się sezon, a ja niczego nie wiedziałem o swojej przyszłości. Zgłosiła się po mnie Cracovia, więc długo się nie zastanawiałem.

Kibice Zagłębia mają pretensje, że gdy drużynie bardzo nie szło, to oni spotykali cię na imprezach czy w miejscach, w których fani nie lubią widywać piłkarzy, gdy drużynie nie idzie. Poza tym mają ci za złe, że nie poczuwałeś się do winy. Odpierasz te zarzuty?

- To na pewno nieprawda. Po kilku przegranych meczach kibice pisali, że widzieli mnie w dyskotece, a ja normalnie siedziałem z żoną w domu. Potem to sobie wyjaśnialiśmy. Nie byłem na tyle nieodpowiedzialnym człowiekiem, że chodziłem po porażkach do klubów.

Wiemy, jak małą miejscowością jest Lubin. Tak szczerze powiedziawszy, to tam nawet nie ma żadnego klubu. Nawet gdy szło się na zakupy, to spotykało się kibiców, którzy zaglądali do koszyka. Nie odważyłbym się więc, żeby gdzieś pójść.

A poczuwanie do winy? Byłem kapitanem, więc muszę wziąć jakąś odpowiedzialność. To nie wyglądało przecież tak, że ja grałem super, a wszyscy dookoła źle i dlatego spadliśmy. Jako kapitan byłem częściowo odpowiedzialny za to, co się dzieje w szatni i na boisku. Spadek stanowił więc moją indywidualną porażkę.

Nigdy nie powiedziałem, że nie biorę za to odpowiedzialności. Kibice mieli pretensje, że odszedłem, nie znając do końca kulisów naszych rozmów z prezesem. Potem nawet, kiedy miałem ślub już po tym spadku, to na moim weselu było kilku poukładanych kibiców. Opowiadali mi różne inne historie o moim kontrakcie, dalekie od prawdy.

Ten sezon 2013/2014 był dla ciebie ogólnie solidną szkołą życia? Do tego wszystkiego doszły historie o zniszczeniu samochodu czy pobiciu Michała Gliwy oraz Roberta Jeża. Nie zacząłeś się po prostu bać o bezpieczeństwo?

- W pewnym momencie faktycznie zrobiło się bardzo nieciekawie. Wieszano psy na Michale Gliwie, a Robert Jeż dostał w twarz. Z tego, co udało nam się wyjaśnić, został pomylony z Michałem, bo mieszkali obok siebie. To nawet chyba nie była do końca sprawka kibiców, bo poruszyliśmy ten temat w najważniejszych kibicowskich kręgach i one nic o tym nie wiedziały.

Znalazła się cząstka młodszych kibiców, która chciała zabłysnąć przed starszymi i wymierzyć sprawiedliwość piłkarzom. Takie rzeczy nie powinny się wydarzyć, no ale tak się stało. Kibice mieli prawo, żeby nas obarczać winą, że nie idzie, no ale są granice. Kiedy dziennikarz napisze słaby tekst, to ja nie biegnę z kamieniem i nie rzucam w szybę jego samochodu.

Kulturę trzeba wynieść z domu. Rozumiem, żeby się wkurzyć i wyzywać piłkarzy, zaczepiać na mieście. Kibice są zdenerwowani, gdy ich drużynie nie idzie. No ale żeby robić takie rzeczy? To już delikatna przesada.

REKLAMA

Wtedy, w 2014 roku, nie zbrzydła ci ta piłka?

- Nie, wydaje mi się, że nie. W słabych momentach, gdy nie idzie, to niezależnie od presji kibiców zastanawiasz się, czy wybrałeś dobrą drogę i jesteś w stanie podołać wyzwaniu. Ja jednak wtedy tak nie miałem. Wiedziałem, że dużo pracowałem, aby znaleźć się w takim miejscu i chciałem w nim pozostać. Wiadomo, że trudne chwile się zdarzają, ale trzeba pokazać jaja i charakter, żeby z nich wyjść. Nie mówię, żeby je ignorować, ale wspólnie je rozwiązywać.

Trener Lenczyk w dalszym ciągu wysyła ci smsy po meczach?

- On był w Zagłębiu dwa razy. Mam z nim kontakt do dzisiaj i naprawdę go szanuję jako człowieka i szkoleniowca. Był specyficzny. Nie każdemu przypadał do gustu, nie każdy go lubił, nie z każdym mógł porozmawiać, ale mi się akurat udało tak, że od samego początku wziął mnie pod swoje skrzydła i złapaliśmy wspólny język.

Od samego początku? Wydaje mi się, że wasza znajomość wykuwała się w bólach.

- Trener był dla mnie bardzo miły. To, że przy ocenianiu moich umiejętności powiedział, że nie potrafię… W rozmowie jednak zawsze przytulił i coś fajnego powiedział. Był impulsywny, czasami mówił zbyt dużo, ale ostatecznie nasza znajomość dobrze się wyklarowała. Szkoda, że trener już nie pracuje, ale wiadomo – ma swoje lata. Współpraca z tym szkoleniowcem na pewno dużo mnie nauczyła.

Trener Lenczyk znany jest w środowisku jako typ człowieka od piłek lekarskich i trudnych treningów. Dzięki temu łatwiej ci było podchodzić do intensywnych metod Gino Lettieriego?

- Na pewno tak. U trenera Lenczyka mieliśmy bardzo mocne przygotowania, choć nieco inne niż tutaj, bo w Koronie dużo więcej biegamy. Piłka poszła troszeczkę w innym kierunku i trener Lettieri jest młodszym szkoleniowcem, wyznaje inną szkołę.

Z trenerem Lenczykiem spędzaliśmy po trzy godziny na salce zapaśniczej i czołgaliśmy się z piłkami lekarskimi. To były zupełnie inne obciążenia, przygotowujące bardziej siłowo. Muszę jednak przyznać, że gdybym tego nie przeżył, to mógłbym mówić, że tutaj są najtrudniejsze treningi. A tak to i u trenera Lenczyka, i u trenera Smudy liznąłem bardzo ciężkiej pracy.

W Koronie możesz być zmęczony częstą grą, w Cracovii mogłeś być zmęczony brakiem gry. Mimo to przed transferem do Korony do końca walczyłeś o swoje miejsce i jeszcze poleciałeś na zgrupowanie „Pasów” do Hiszpanii.

- Miałem ważny kontakt i chciałem powalczyć o skład. Z trenerem Zielińskim rozmawiałem wcześniej i ustaliliśmy, że pojadę na obóz, ale niewykluczone, że przyjdzie kilku nowych obrońców i będzie mi ciężko. Dni jednak mijały, a nikt nowy się nie pojawiał, więc stwierdziłem, że skoro normalnie funkcjonuję z zespołem, gram w sparingach i nie jestem pomijany, to spróbuję. Czasami w piłce ktoś cię nie chce, a potem można wskoczyć do składu i się odbudować. Wierzyłem, że zrobię to w Cracovii.

Miałem jeszcze pół roku ważnego kontraktu i nawet jeśli nie było mi dane zostać na dłużej w Krakowie to chciałem, aby ktoś się mną zainteresował. A ciężko o to po półroczu bez gry. Wierzyłem do samego końca.

Potem pojawiła się ta ciekawa oferta z Korony. Nie mówię, że decyzję podjąłem od razu, bo bardzo długo się nad nią zastanawiałem…

No właśnie. Nie ma się co czarować: oferta z Kielc na przełomie 2015 i 2016 roku nie mogła być atrakcyjna dla ligowca. Klub co pół roku targany problemami finansowymi, niepewne jutro, ciągłe doniesienia, że nie ma pieniędzy… Co myśli zawodnik – że to ostateczność?

- Mogę powiedzieć, że to jedyna oferta, jaką wtedy otrzymałem. Była za to bardzo konkretna i poczułem, że jestem potrzebny i mogę się odbudować pomimo tego, co mówili ludzie.  Dzwoniłem do różnych źródeł, żeby się dowiedzieć, co tutaj się dzieje. Media oczywiście trochę wszystko rozdmuchiwały…

Sam to teraz widzisz pewnie z drugiej strony: jak się mówi o Koronie na zewnątrz, a jak jest wewnątrz.

- Właśnie tak wszyscy mi mówili. Żebym nie słuchał tego, co ludzie piszą i mówią, bo jak przyjdę, to zobaczę. Chwilę się zastanawiałem i musiałem podjąć decyzję z żoną, bo miałem trzymiesięcznego syna Filipa. Nie było więc tak łatwo podjąć decyzję, ale przemyślałem to sobie na chłodno. W Cracovii praktycznie nie grałem, więc chciałem iść spróbować do Korony. Nie miałem nic do stracenia, a mogłem bardzo dużo zyskać i fajnie, że mi się to udało.

W sezonie 2015/2016 w Koronie udanie odbudowali się choćby Maciej Wilusz czy Bartłomiej Pawłowski. Przyjąłeś więc wtedy bardziej ofertę z klubu czy ofertę od Marcina Brosza, widząc, że to trener, który doskonale radzi sobie z zawodnikami będącymi na jakichś zakrętach swoich karier?

- I to, i to. Zdziwiłem się, że trener Brosz do mnie zadzwonił, bo nigdy wcześniej z nim nigdzie nie pracowałem. To na pewno też było bardzo miłe, że docenił mnie i chciał mi zaufać. Z drugiej strony już wcześniej widziałem, że mimo negatywnych opinii, ten zespół fajnie funkcjonuje. Przeglądałem wszystkie filmiki po wygranych meczach i reakcje były bardzo naturalne, zero wymuszenia. Miałem zatem świadomość, że mogę się w tym zespole dobrze odnaleźć.

Tak czy inaczej trener Brosz dołożył do tego bardzo dużą cegiełkę. Kiedy byłem z Cracovią na obozie w Hiszpanii to dzwonił do mnie i to nie tak, że tylko raz i kazał mi podjąć decyzję. Dużo rozmawialiśmy, namawiał mnie i czułem się potrzebny. Chyba każdy człowiek lubi, gdy jest doceniony i ktoś go potrzebuje.

Wiosną spokojnie utrzymaliście się w lidze, a latem 2016 pojawił się wątek Jakuba Meresińskiego. To jak to było z tymi nogami na biurku?

- Akurat jak ja wszedłem to nie było nóg na biurku, ale zdziwiłem się i trochę zniesmaczyłem, że po dobrym sezonie, w którym szybko zapewniliśmy sobie utrzymanie, nagle dwóch panów wezwało nas na rozmowy. Mieli na stole kontrakty, wgląd do naszych umów i oczekiwali, żebym zszedł z pensji, a nawet jeszcze nie byli właścicielami.

Mowa o Jakubie Meresińskim i Marku Citce.

- Tak jest. Spotkałem się z nimi i oni powiedzieli, że będą budowali zespół w oparciu o młodszych zawodników, których jeszcze można wytransferować. A że ja już nie byłem najmłodszy – miałem wtedy 27 lat – to dodatkowo powiedzieli mi, że moja pensja jest za wysoka i mogą mieć za to dwóch zawodników. Powiedziałem „ok”, zostawiłem numer telefonu i stwierdziłem, że jadę na urlop, a jeśli mają do mnie jeszcze jakieś sprawy, to proszę dzwonić.

Na tym rozmowa się skończyła, ale była bardzo nieprzyjemna. Nie wiem na jakiej zasadzie wyglądało to w klubie, że panowie, którzy jeszcze nie są właścicielami, mają prawo wejść do gabinetu prezesa, wyciągnąć kontrakty z sejfu i sobie negocjować warunki.

REKLAMA

I jak pojechałeś na te wakacje to miałeś w głowie takie przeświadczenie: „Kurde, już było fajnie, odnalazłem się tutaj, zacząłem grać i znowu problemy”?

- Nie, niczego się nie bałem. Najważniejsze było to, że wszedłem do Korony dobrze, utrzymaliśmy się i miałem ważny kontrakt, więc wydaje mi się, że znalazłbym sobie inny klub, gdyby mnie nie chciano. Tak czy inaczej zachowałem spokój. Czytałem w mediach, że to tylko spekulacje. Po tych spotkaniach nagle zaczęły pojawiać się informacje, że ci panowie nie kupią jednak klubu.

Ja byłem spokojny. Może miałem w głowie, że troszeczkę za dużo powiedziałem, gdy zaznaczyłem, że nie będę z nimi rozmawiał, ale taki już jestem. Skoro ludzie nie są uprawnieni do rozmów, to dlaczego mam z nimi rozmawiać o mojej przyszłości. Gdyby byli właścicielami klubu czy prezesami, to wyglądałoby to inaczej. Pewnie wysłuchałbym, czego chcą i obie strony by się zastanowiły.

Natomiast jeśli na papierze ktoś nie ma mocy, żeby decydować i rozkazywać, to tak nie będę robił.

Widząc potem, co dzieje się w Wiśle Kraków, doceniałeś, że nie dotyczy to ciebie?

- Na pewno. Choć to nic fajnego, jak w innych klubach mają problemy. Ktoś zostaje właścicielem – jest fajnie, ma być fajnie, są obietnice i nie wiadomo co, ale nagle zaczynają się kłopoty. Cieszyliśmy się, że u nas to nie doszło do skutku, bo po co później nie zajmować się piłką, tylko myśleć dookoła o tym, czy klub wystartuje i będzie płacił. Fajnie, że to przeszło obok nas.

Marek Citko szybko stwierdził, że z Jakubem Meresińskim nie chce mieć nic wspólnego, a wcześniej długo przymierzał się z nim do przejęcia jakiegoś klubu.

- Marek Citko to świetny piłkarz, ale klub jest jak firma, jak biznes. Trzeba mieć w tym jakiekolwiek doświadczenie. Pan Meresiński był młodym człowiekiem, więc na pewno go nie posiadał. Gdy zobaczyli, jak to wszystko wygląda, to zaczęli mieć pewnie różne zdania na ten temat i zaczęły się kłótnie. Znając życie brakowało pieniędzy. Myśleli, że mogą przejąć klub i ot tak sobie na nim zarabiać. Wiadomo jednak, że w Polsce nie jest to takie łatwe.

Idźmy dalej. Z tą Cracovią nie miałeś w życiu łatwo, bo po niezbyt udanej przygodnie w Krakowie, będąc już w Koronie przegrałeś tam 0:6. Wtedy był okres, w którym notowaliście słabe wyniki i zwolniono Tomasza Wilmana.

- Bardzo nieciekawy okres. Trener znał nas bardzo dobrze i wydawało się, że sobie poradzi. Że my wszyscy sobie poradzimy. Trener nas znał, my znaliśmy trenera i zapowiadało się, że będziemy dobrze funkcjonować. Na początku wyglądało to nieźle, ale potem złapała nas zadyszka i to taka konkretna, gdzie dostawaliśmy lanie od wszystkich. To nie był fajny moment.

Szkoda, że trener dostał w tamten czas tak mocno po głowie. Można powiedzieć, że dopiero zaczynał samodzielną pracę. Nie chcę oceniać, czy to było za szybko, czy powinien się jeszcze podszkolić. Warsztat miał bardzo dobry, ale zabrakło chyba doświadczenia w trudnych momentach. To było najważniejsze, bo gdy w polskiej lidze przegrywasz dwa-trzy mecze, to już cię nie ma. A wtedy przegraliśmy chyba ze cztery razy po 0:4 najniżej.

No właśnie, jak to było? Wtedy jak traciliście jedną bramkę, to kolejne szły jak z automatu.

- Jeżeli byśmy znali odpowiedź na to pytanie, to zaliczalibyśmy maksymalnie dwie porażki. A tak to nawet największe kluby potrafią przegrać po trzy czy cztery razy z rzędu. Dopadł nas kryzys i to był jedyny bardzo słaby moment, który miał miejsce odkąd przyszedłem do Korony aż do teraz.

Korona Macieja Bartoszka to już historia, o której wiele zostało powiedziane. Bardziej ciekawi mnie docieranie się z Gino Lettierim. Ostatnio na jednej z konferencji zażartował, że „Bartek Rymaniak zawsze ma jakiś uraz”.

- Jestem takim zawodnikiem, że jak coś mnie boli to nie odpuszczam, tylko gram dalej. To się zaczęło nawarstwiać. Gdy po meczu fizjoterapeuci pytali się, komu coś dolega, to zawsze się zgłaszałem. Byłem jednak zawsze do dyspozycji trenera, to nie tak, że gdzieś wyjeżdżałem. Taka jest piłka, że trzeba zacisnąć zęby i grać dalej.

A jak twoje negocjacje odnośnie rozbiegania pomeczowego?

- Wcześniej było tak, że miałem jakieś problemy z biodrem czy przywodzicielem. Odczuwałem to mocno po meczu i stwierdziliśmy z trenerem, że jeżeli tego nie zrobię, to nic się nie będzie działo. Teraz już wszystko odbywa się normalnie, chyba że jestem naprawdę solidnie poobijany. Trener się cieszy, a i mi to wychodzi na dobre.

Gino Lettieri wszedł do szatni z bardzo mocnym charakterem i solidnymi zasadami. Ty również nie zamierzałeś odpuścić. Trudno wam się było spotkać w połowie drogi?

- Na pewno… Początek był taki, że co trener nie powiedział, to ktoś musiał skomentować. Ja jestem taką osobą, że jak coś nie pasuje, to dla dobra zespołu, żeby potem nie było innych starć, staram się wyjaśniać na gorąco. Trener natomiast nie lubi postawić na czyimś zdaniu, tylko racja zawsze jest jego. Nie brakowało więc spięć, ale potrwało to niedługo. Już pod koniec obozu w Bremie zaczynaliśmy się dogadywać. Trener widział, że może ze mną porozmawiać i nie zawsze mam pretensje. Odnośnie innych spraw też dużo rozmawialiśmy.

Wydaje mi się, że trener lubi zawodników, którzy mają wiele do powiedzenia. To oznacza, że ktoś słucha, co się do niego mówi. Jeśli ktoś się nie odzywa, to albo nie słucha, albo wpuszcza jednym uchem, a drugim wypuszcza. Jestem tak nauczony od starszych zawodników, z którymi zaczynałem grać, że warto się odzywać. Nie zawsze wychodzi to na dobre, ale summa summarum gdy ciągle będziesz taki sam, to wyjdzie słusznie.

Nie bałeś się, że powiesz o dwa słowa za dużo i ci podziękują? Wielu zawodników rozstało się wtedy z Koroną.

- Była taka sytuacja kadrowa, że za bardzo nie było mnie kim zastąpić. Czułem się mocny (śmiech). Poza tym mówię szczerze, że broniłem się na boisku. To musiałoby zajść bardzo daleko, do jakichś przepychanek czy rękoczynów, wtedy byłby powód, by mnie odsunąć. Za samą rozmowę i podwyższony ton, żaden trener jeszcze chyba nikogo nie odesłał do rezerw.

Końcówka zeszłego sezonu. „Ta atmosfera może nie była taka jak być powinna po awansie do ósemki, kiedy kilku zawodników już wiedziało, że tu nie zostanie. Byli odsuwani i to wpływało źle nie tylko na atmosferę, ale i na wyniki” – to twoje słowa z lipca. Jak podchodziliście do sytuacji na przykład Radka Dejmka czy Jacka Kiełba? Przekonywaliście na przykład trenera, by postępował inaczej?

- Co tu przekonywać. Dziwiliśmy się, że tak ważni zawodnicy w Koronie nie wiedzą, na czym stoją. Nie dostali jeszcze od prezesa informacji na temat nowego kontraktu, a już byli odsuwani od osiemnastki. Mogli się więc spodziewać, a nie do końca wiedzieli to z pierwszej ręki. Nie jechali na mecz, nie grali i w ten sposób dowiadywali się, że klub nie przedłuży z nimi umowy. Wydaje mi się, że nie tak powinno się to odbywać. Nie wiem do końca, czy tak to wyglądało, ale to też na pewno sprawiło, że po tym awansie do ósemki nie szło nam tak jak wcześniej. Wtedy każdy walczył i miał świadomość, że jak pokaże się na treningu, to będzie grał. A później tak do końca nie było. Kilku zawodników bez względu na to, czy by stanęło na rzęsach, nie dostałoby szansy. To żadnej drużynie nie wyjdzie na dobre.

Mówiąc szczerze, to końcówka kwietnia i maj tego roku były takim okresem, że nie za bardzo się chciało przychodzić do klubu, bo i tak wszyscy mieli nosy spuszczone na kwintę?

- Aż tak nie było, ale na pewno to całe zawirowanie nie pomogło. Ci zawodnicy codziennie przychodzili do klubu, my pytaliśmy, czy w końcu byli na rozmowach, a oni odpowiadali, że nie. My mocno się zżyliśmy i rozmawialiśmy na różne tematy. Nam też było przykro, że będzie trzeba budować wszystko do nowa, bo gdy okazało się, że kilku zawodników nie zostanie, to wiadomo, że trzeba sprowadzić innych. Oni byli już bardzo długo w Koronie, więc było żal.

REKLAMA

Twoje trzecie lato w Koronie i trzecia rewolucja. Nie miałeś myśli, aby samemu stać się jej częścią?

- Zawsze może przyjść taki czas, że ci podziękują i będą mieli inne plany…

Może inaczej: czy ty sam nie zastanawiałeś się, aby podziękować Koronie?

- Nie. Ja miałem ważny kontrakt i robiłem oraz robię wszystko, aby gdzieś wyjechać i spróbować swoich sił mimo mojego wieku. Mam jeszcze ostatni dzwonek. Mówię o tym otwarcie, że gdyby nadarzyła się okazja, to chętnie bym z niej skorzystał i doszedł do porozumienia z prezesem. Na razie jednak jestem tutaj i odkąd trafiłem do Kielc to nigdy nie miałem takiej myśli, żeby samemu pójść do gabinetu i powiedzieć, że rozwiązuję kontrakt czy mam dość.

Przyzwyczaiłem się do tej sytuacji. Szkoda, że ta rewolucja się dzieje, ale kilka nazwisk zawsze zostaje i to też jest lekcja dla nas, będących tutaj dłużej, że gdy przychodzą nowi to musimy ich wkomponować. Trzeba nadać takiego doświadczenia nie typowo boiskowego, a mentalnego.

Uważam jednak, że nie powinno dochodzić do bardzo dużej rewolucji.

Jak każdemu piłkarzowi w Ekstraklasie marzą ci się pewnie ligi zachodnie. Ale nie wykluczasz kierunku wschodniego? Dajmy na to Turcja, Rumunia czy Rosja.

- Zobaczymy. Mam kontrakt do końca sezonu i mój menedżer szuka mi jakiegoś kierunku. Być może zgłoszą się po mnie jakieś kluby, gdy będzie wygasała umowa. Chciałbym wyjechać za granicę, ale jaki to będzie kierunek? Nie mam pojęcia. Podkreślam jednak, że to nie tak, że zamierzam odejść z Korony w grudniu czy styczniu i o tym mówię. Po prostu nie ma co ukrywać, że jestem w momencie, gdy moja forma jest stabilna i niezła. Jak nie teraz, to kiedy?

Podsumujmy: twoim marzeniem jest wyjazd i gra w lidze zagranicznej, ale gdybyś miał zostać w Kielcach na dłużej i przedłużyć kontrakt, to nie będziesz rozpaczał?

- Nie, oczywiście, że nie. Ja tutaj się dobrze czuje i sądzę, że to moje miejsce, najlepsze w Ekstraklasie. Byłem w trzech klubach i tutaj odnalazłem się najlepiej. Nie szukam niczego na siłę, żeby tylko odejść, bo Korona bardzo mnie zmieniła. Dała mi szansę odbudowy i ja o tym nie zapominam. Będziemy rozmawiać o przedłużeniu kontraktu, a jeśli coś się trafi, to fajnie będzie wyjechać i spróbować swoich sił – czy nadaję się jeszcze do mocniejszej ligi, czy już nie.

W polskiej lidze trudno mówić o zespołach lepszych i gorszych, bo tabela zawsze jest spłaszczona. Jeśli jednak zgłosiłby się po ciebie bogatszy klub z Polski, powiedzmy Lech Poznań, to też chętnie byś spróbował sił w takim miejscu?

- Wydaje mi się, że jeżeli zainteresowanie byłoby dosyć mocne i klub by o mnie zabiegał, to nie mówię, że taką propozycję bym odrzucił. Sądzę, że bym się zgodził. Na dzień dzisiejszy w takim gronie klubów, które wymieniłeś, można wskazać Lecha.

Pewnie Lecha i Legię.

- No Legia ma akurat inny kierunek dobierania piłkarzy. A Lech? Na pewno bym się długo nie zastanawiał. Ja pochodzę z Wielkopolski, wychowałem się na tym klubie i to było od zawsze moje marzenie, żeby grać w „Kolejorzu”.

Korona i Lech to troszeczkę inne kluby. W Poznaniu od samego początku gra się o mistrzostwo i to jest ciężkie, bo pojawia się duża presja. Tutaj tego nie mamy i może dlatego idzie tak dobrze, nie ma aż tak wielkiego stresu.

Trzeba sobie stawiać z roku na roku wyższe cele. Jeśli więc znalazłby się klub z… Hmm, jak powiem z większymi aspiracjami, to ktoś powie, że Korona nie ma aspiracji…

Klub z większym celem wyznaczanym na początku sezonu.

- Tak jest. Z większym celem od samego początku sezonu. I klub, który praktycznie co roku gra w europejskich pucharach. W takim przypadku pewnie bym się nie zastanawiał.

Co do tego celu – niektórzy kibice Korony są zmęczeni, że po dwóch awansach do grupy mistrzowskiej od samego początku tego sezonu słyszą tylko o spokojnym utrzymaniu. Nie uważasz, że warto byłoby kiedyś powiedzieć: „Gramy o pierwszą piątkę”, czy „Chcemy zająć miejsce w czwórce”?

- Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia…

W polskiej lidze kluby boją się mówić o swoich aspiracjach. Każdy chce patrzeć z meczu na mecz, a wyznaczenie celu to – moim zdaniem – również zmotywowanie kibiców.

- Nie zapominajmy o tym, że do Korony co roku przychodzi pięciu czy sześciu nowych zawodników. Nie możemy nagle powiedzieć, że gramy o pierwszą piątkę, bo tak naprawdę w tym momencie, gdy się deklarujesz, to w kadrze jest może piętnastu-szesnastu zawodników. Lista nazwisk jest nie do końca zamknięta i nie można się określić. Trzon przeważnie zostaje, więc najbezpieczniej powiedzieć, że walczymy o pierwszą ósemkę.

A teraz, po jedenastu kolejkach, gdy masz wyklarowaną kadrę i wiadomo, jak wszystko mniej-więcej wygląda, co byś powiedział?

- Wydaje mi się, że pierwsza szóstka spokojnie jest w naszym zasięgu.

REKLAMA

Jeszcze jeden temat. Odczułeś rozczarowanie, gdy wpadł ci w ręce raport selekcjonera Adama Nawałki, który dotyczył zawodników w orbicie jego zainteresowań przed mundialem? Twojego nazwiska tam nie było.

- Wpadło mi to w ręce, ale cóż… Tylu mamy piłkarzy w Polsce do obserwacji. Mnie oglądano w Turcji, na sparingu z Amkarem Perm był nasz obecny trener, a wtedy asystent Adama Nawałki, Gerard Juszczak.

Reprezentacja obserwowała cię na zimowym zgrupowaniu w Turcji?

- Tak. Przed meczem dostałem sygnał, że przyjedzie ktoś ze sztabu selekcjonera Nawałki i był to akurat trener Gerard, który teraz z nami pracuje. Po tym meczu z Amkarem zamieniliśmy kilka zdań i powiedział, że jest zadowolony, że mnie obserwują i jeżeli dalej będę tak pracował, to może pojawi się jakaś niespodzianka. To był fajny moment.

A raport? Zawodników było dużo i wielu z tych, którzy byli obserwowani, pewnie się w wykazie nie znalazło. Nic tylko pracować dalej.

Teraz, gdy z trenerem Juszczakiem pracujecie na co dzień i macie bardziej bezpośredni kontakt, powiedział ci, jak blisko byłeś tej reprezentacji czy jak daleko?

- Był taki moment, że ja i Kuba Żubrowski byliśmy bardzo blisko. Jeździli, oglądali nas, byliśmy w bardzo dobrej dyspozycji. Czegoś jednak zabrakło. Konkurencji w środku pola i obronie nie brakowało, a też nie jesteśmy dwudziestoparolatkami i nie mamy jakichś wielkich perspektyw na przyszłość. Nie ma się więc co dziwić trenerowi, który chciał ten zespół budować inaczej. Miał kilku zawodników doświadczonych, występujących w najlepszych ligach na świecie. Musiał to uzupełnić graczami młodszymi, którzy mogą dać coś zespołowi w przyszłości. Nie mam żadnych pretensji i bardzo się cieszę, że byłem obserwowany. To dla mnie duży plus, że w ogóle zwróciłem na siebie uwagę. A to, czy zostałem powołany… Może jeszcze kiedyś się wydarzy.

Zaczęliśmy od przykrych historii z kibicami, to teraz dokonajmy zmiany o 180 stopni. Po meczu z Jagiellonią, w którym popełniłeś fatalny błąd przy bramce dla rywali, myślę, że ponad 90% komentarzy kibiców to były słowa wsparcia i docenienie, a nie obrażanie i wyzwiska. Fajna zmiana.

- Bardzo fajna. Kiedy schodziliśmy do szatni, to jeszcze kibice skandowali moje nazwisko, więc to naprawdę bardzo przyjemne. Odkąd jestem w Kielcach, to był to chyba mój jedyny błąd skutkujący utratą gola. Długo na to pracowałem, że cieszę się w klubie szacunkiem nie tylko kibiców, ale i innych pracujących tu ludzi. Bardzo mnie to cieszy, bo po to się gra, żeby być docenianym. Ludzie przychodzą na stadion, żeby widzieć fajny zespół i grę, a błędy się zdarzają.

Na przyszłość chciałbym, że nawet jeśli błąd popełni jakiś kolega z drużyny, to żeby to było podobnie odbierane nie tylko w moim przypadku. Nikt nie myli się specjalnie. Najważniejsze, jak potem zareagujesz.

Jeśli chodzi o kibiców i ich podejście do ciebie to możesz powiedzieć, że z perspektywy całej swojej kariery poznałeś czym jest droga z dołu na górę?

- Tak, przeżyłem już bardzo dużo opinii kibiców – od negatywnych po pozytywne i bardzo pozytywne. Nic mnie więc już chyba nie zaskoczy. Przez całe życie człowiek doznaje różnych emocji i doświadcza innych rzeczy. To jest właśnie ciekawe w tej piłce.

Rozmawiał Marcin Długosz

fot. Anna Benicewicz-Miazga / Paula Duda / Maciej Urban

Wasze komentarze

Lopez2018-10-13 08:14:43
Bartek, raczej Lech nie skorzysta z Twoich usług.
Na bokach obrony zawsze mają utalentowanych młodych zawodników.
A co do wyjazdu za granicę?
No, nie wiem.
Ciesz się z tego, co masz i doceń to.
nie pisior2018-10-13 11:12:33
Aż dziwne ,że Meresiński nie startuje w wyborach z ramienia platformy , pasowałby to ich krętactw!
dobry wywiad2018-10-13 11:26:52
ale zabraklo mi poruszenia jednej kwestii - opaski kapitana i jej przejecia od Dejmka. Ja bym zapytal jak Ryman to odbieral i co sadzi na temat opinii ze Dejmek sie do roli kapitana nie nadawal, bo opaska to cos wiecej niz tylko spiewanie w szatni po wygranych meczach
Wg2018-10-13 11:36:13
@nie pisior no i po co z tą polityka tu .......
@nie pisior2018-10-13 12:16:36
spadaj pisiowy trolu, chyba ze jestes bratem pinokia morawieckiego najwiekszego kretacza w dziejach polski haha
@nie pizior2018-10-13 12:17:43
Jest w 3 okręgu w Częstochowie na 2 miejscu na liście PIS-u!!!
Chichot historii....
A bo bym zapomniał... jako MIESZKANIEC Mirowskiej 22 w Częstochowie!
I PINOKIO u niego na widzeniu był!
Ryś2018-10-13 12:30:49
Odejście Rymana ...
Dziwię się ze jeszcze nie nastąpiło ! A jednocześnie trzymam kciuki BY NIE NASTĄPIŁO!
Panie Bartku! powoli staje się pan ikoną tego klubu. Bo, że jest tu Pan NIEZBĘDNY to już Pan wie!
Tak gwoli przestrogi....
Nie pamiętam zawodnika Korony który odchodząc z Kielc ZAWOJOWAŁ ŚWIAT!
Nawet Piechna !
Że Jędza w kadrze.... to farbowany lis z legii więc się nie liczy ale też dupy nie urywa!
Ale ja już jestem stary (Pierwsze mecze na SHL-ce i ISKRZE!) więc i z pamięcią może być nie teges! Może? Ktoś? Kiedyś?
ZDROWIA PANU ŻYCZĘ!!!!!!
Do pisior2018-10-13 12:42:28
A teraz już nie ma oczywiście przekrętów w jedynie słusznej PiS?
Kuba2018-10-13 17:47:59
Do Rys,

Wilusz na pewno jest zadowolony ze odszedł z Korony. Golanski w Rumunii tez dawał radę.
Do Rymaniaka2018-10-13 20:04:02
Dobrze ci radzę odejdź, bo zrobią z tobą to samo co z Gostomskim, Kielbem i innymi !!!!
ALEKS 562018-10-13 22:10:05
Bartek,nie odchodz, graj w Koronie do 35 lat, stac Cie na to!!! Pozdrawiam.
R2018-10-13 23:36:56
Moderator mógł by moderowac bo forum zamienia się w dziadów ski onet
kibuc2018-10-14 07:11:37
a idz yebys nie skonczyl jak ryba
leszek 512018-10-14 08:34:36
Do Rymaniaka -weż się chłopie ogarnij może napisz ile Gostomski ma puszczonych goli a Jacek jest filarem Bruk-betu i trener od niego zaczyna ustalać skład meczowy. O innych nie wspomnę.
czesio2018-10-14 10:31:40
Do Leszek 51
Odmawiasz mu prawa do decyzji o swojej karierze ? Co to za porównywanie do innych zawodników ? Wszyscy są tacy sami ? A ilu odeszło i było czy jest zadowolonych ? Świetnie się zachował, że gra w otwarte karty, a nie wszyscy tak potrafią ! Teraz pole do popisu ma prezes. Jak mu na Bartku zależy to niech myśli...
jestesmy profesjonalni czy nie?2018-10-14 11:15:27
wystarczy dac podwyzke i 3 letni kontrakt Bartkowi i odechce mu sie wyjazdu bo wybierze stabilizacje także prezesie do dziela nie czekaj na ostatnią chwilę
leszek 512018-10-14 12:01:14
czesio- to jest do postu wyżej jak Korona niszczy swoich zawodnikow i gość podpisał się do Rymaniaka
Menago2018-10-14 12:20:05
Panowie przecież Ryman chce wyjechać za granicę nie dlatego że mu źle w Koronie, nie dla tego że gdzieś na Cyprze czy w Rosji czekają go jakieś wyzwania piłkarskie,tylko chce zarabiać więcej, tzn tę samą cyfrę tylko że na końcu EUR.
Ma swoje lata i chce się zabezpieczyć finansowo.
Kaczarava też wolał Cypr.
Argumentacja z Gostomskim też jednostronna, z punkty widzenia kibica to słabo grają , puszcza bramki. A z punktu widzenia Gostoma wpływa na konto 3x tyle co w Koronie, regularnie , terminowo, mieszka sobie w Krakowie i tak przez 3 lata. Pan piłkarz zadowolony.
hanka walcownica2018-10-14 15:04:12
jakub meresiński on ci nasz!
Radek2018-10-15 13:41:55
Bartek, przemyśl swoją decyzję o odejściu dwa razy, a nawet trzy...

Twój wiek nie wskazuje na to, że ktoś podpisze z Tobą kontrakt na lata i nikt nie zamierza Cię sprowadzać jako perspektywicznego zawodnika tylko raczej kogoś do zapchania składu po taniości. I tutaj nie mam zamiaru Cię obrażać tylko nam na myśli to, że w innych krajach w przeciwieństwie do Polski wolą stawiać na zawodników ze swojego kraju. "Pograsz" tam rok, dwa. Wrócisz do ekstraklasy. W dodatku nie wiadomo w jakiej formie.

Nie życzę Ci źle, po prostu pomyśl o tych wszystkim, którym się nie udało, a nie patrz na jednostki którzy się wybili, bo każdy z nich jest / był od Ciebie o kilka lat młodszy jak wyjeżdżał.

No chyba, że chodzi już tylko o pieniądze, to możesz szukać szczęścia w innym kraju to pewne i ja to wtedy w 100% zrozumiem :)
@hanka walcownica2018-10-15 13:46:29
Dokładnie! To widać ,słychać i czuć! Wielki biznesmen i właściciel Wisły Kraków Jakub Meresiński mógłby też zamiast Bartłomieja Podpalacza podkładać ogień pod budki ambasad!!!
krym2018-10-15 16:38:29
Szkoda że już Ci się Korona przejadła. Tu dano Ci czas na odbudowanie formy i polepszenia umiejętności. Prawdą jest że czas zmienia nas i apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tego nie da się ukryć. Zrozumiałym jest to , że każdy bez względu na fach, szuka swoich możliwości tak w awansie jak i w dochodzie finansowym. Jesteś jak widać zdecydowany na zmianę, więc nikt Cię tu w kajdanach na siłę nie będzie zatrzymywał. Jak już inni komentowali , dobrze przemyśl swoją decyzję.
kkfan2018-10-15 22:03:09
Przytaczając ku pamięci losy innych zbyt mocno wierzących w siebie:
-Kiełb-Lisowski-Sylwestrzak-Korzym-Janota-Gostom-Piechna. Kilka dobrych meczów nie znaczy, że zawojowałem ligę bo mogę zaraz ławę grzać albo trybuny...

Dodaj komentarz

Projekt i wykonanie: CK Media Group