Wolę, gdy pomiędzy zawodnikami a trenerem jest dystans. Lettieri postąpił jak najwięksi odkrywcy

01-08-2018 20:56,
Marcin Długosz

Mateusz Możdżeń trafił do Korony Kielce przed dwoma laty nieco niespodziewanie. Od tego czasu zakotwiczył jednak przy Ściegiennego i jest już zawodnikiem z jednym z najdłuższych doświadczeń w kieleckim klubie. W szczerej i długiej rozmowie z naszym portalem, opowiada m.in. o trenerze Gino Lettierim, jego podejściu do drużyny czy postawie klubu względem piłkarzy. Pomocnik wyjaśnia także swoją sytuację kontraktową i opowiada, jak może wyglądać jego przyszłość.

Nie boisz się udzielać wywiadów od kilku miesięcy?

REKLAMA

- Nie tyle, że boję, ale wiem, że po każdym dłuższym wywiadzie może pojawić się wycinka, która nie tyle mi zagrozi, ale odbije się echem. Przed obecnym sezonem miałem propozycję tego typu rozmowy z jednej z gazet, ale odmówiłem. Powiedziałem po prostu, że na razie chciałbym odpuścić, bo okienko trwa, jest w toku, a jeszcze coś powiem… Odpuściłem więc, ale jeśli ktoś mnie poprosi, jak na przykład ty, czy ostatnio Weszło, to się zgadzam. Czy się boję? Liczę się może nie z konsekwencjami, ale z odbiciem się słów po Polsce, czy na pewno po Kielcach. To też zależy od sytuacji, w jakiej jesteśmy i jak to przedstawi, wytonuje ta druga strona.

Pytam, bo twoje słowa po meczu z Arką odbiły się co najmniej dużym echem.

- Tak… I nawet do teraz to wraca. Pytacie mnie o to wy i dziennikarze z innych rejonów Polski. To działo się na gorąco, ja wtedy byłem do waszej dyspozycji. Rozumiałem to. Ciśnienie wtedy ze mnie zeszło i powiedziałem tak jak było. Nie wymyślałem, nie szukałem na siłę, po prostu powiedziałem tak, jak miały się rzeczy.

Można było nas winić, bo to my byliśmy na boisku i najwięcej zależy od nas, ale niektóre sprawy wyglądały tak a nie inaczej. Po prostu o tym powiedziałem, to nie były żadne pretensje. Jeśli pijemy do trenera o tę taktykę, to każdy ma swoją. Równie dobrze mogliśmy utrzymać 0:0 i nie byłoby tematu.

Gino Lettieri, pytany o tę sytuację, powiedział, że wszystko zostało załatwione i nie ma tematu. Długo to była rozmowa między wami?

- Nie. Trener ma to do siebie, że jeśli już siada tak jak my teraz, w cztery oczy, to mówi krótko. To zależy też od drugiej osoby, czy ona ma coś do powiedzenia, czy od razu wszystko zakopujemy.

Pokajałeś się trochę za te słowa?

- Czy kajałem się? Chyba nie. To była raczej męska rozmowa. Nie pamiętam, jak ona do końca przebiegała, ale nie było wybuchów ani z jednej, ani z drugiej strony. To już minęło, odpadliśmy. Trzeba było to wszystko stonować, bo piłka ma to do siebie, że niestety w kolejnym tygodniu jest następny mecz i myśli trzeba szybko przetransportować. Nie było więc żadnych potyczek słownych.

Ale nie ma co ukrywać, że po tej nieszczęsnej Gdyni atmosfera w zespole siadła i tak naprawdę nie wiemy, czy zregenerowała się do dzisiaj. Od rewanżu z Arką nie wygraliście już dziewięciu kolejnych meczów z rzędu.

- To prawda, że wszystko się zbiegło nie po awansie do pierwszej ósemki, a po tym pucharowym rewanżu. Jeśli patrzymy wyłącznie na wyniki to prawda. Przegraliśmy dwa-trzy mecze z rzędu i atmosfera siadła. Nie ma chyba klubu, w którym w takiej sytuacji nastroje byłyby optymalnie. Ktoś na kogoś patrzy z byka, ktoś do kogoś ma pretensje, trener widzi to inaczej. To normalne.

Czy atmosfera się zregenerowała? Myślę, że na tyle, ile może, to na pewno. Tylko znów mamy dosyć nowy skład. Niby parę osób zostało z poprzedniego sezonu, ale wszystko musi się dziać od początku i trzeba się sobą zarazić. Wiemy, że w Koronie co roku jest duża wymiana zawodników i trzeba budować od nowa. Nie ma stabilizacji.

Ostatnio byliśmy u prezesa Zająca na rozmowach odnośnie bonusów i premii. I w pokoju było zdjęcie drużyny, do której ja przychodziłem. Przez dwa lata, razem ze sztabem zostało pięć osób. To bardzo mało.

Byłeś kiedyś w takiej sytuacji? Z zespołu, do którego dołączyłeś, wcześniej byli tu tylko Bartek Rymaniak, Djibril Diaw i Marcin Cebula. Ty jesteś w centrum, a to inni wokół ciebie się wymieniają. Dodatkowo pojawiłeś się teraz w radzie drużyny.

- Zgadza się. Tę radę wybieraliśmy też pod kątem językowym…

Ktoś z Bałkanów, ktoś niemieckojęzyczny i Polacy?

- Dokładnie, wszystkich wymieniłeś (śmiech). Ja, Kova, Michael Gardawski i „Ryman”. Teraz doszedł jeszcze Piotrek Malarczyk, dokooptował go Bartek Rymaniak. „Malar” to inteligentny gość, który coś wniesie. Mało osób w zespole jest tu dłużej ode mnie, nie mówiąc nawet o zawodnikach, ale i o sztabie. Abstrahując od Matiego [Mateusza Bukłata, sprzętowego – red.] i kierownika [Łukasza Tomczyka – red.], którzy są tu od zawsze.

Seria porażek po Gdyni to jedno, a druga rzecz to styl. 0:3 z Jagiellonią i Wisłą, 1:4 w Płocku… Co się dzieje w głowie po takim meczu jak z Arką? Niesamowicie ci na czymś zależy, tracisz to 5 minut przed końcem i już nie dajesz rady wykrzesać z siebie jakiejkolwiek energii?

- Miałem w swoim życiu ważne porażki. Czułem się po nich właśnie tak jak po meczu z Arką. Jakbym stał z boku, obok siebie. Jakby ciebie nie było. Schodziłem z tego boiska w Gdyni i nie czułem nic. Nie ma cię. Jesteś w ogóle gdzieś indziej.

Wszystko zaczyna się później, w autokarze? Jak na przykład zaczynasz o tym czytać.

- Teraz już nie czytam. Nauczyłem się tego z czasem, inaczej było jak wchodziłem do piłki. Tak czy inaczej wszystko do ciebie dociera. Ktoś powie z lewej, ktoś z prawej, ktoś coś pokaże. A co do rozmiarów porażek: mieliśmy już większe za trenera Wilmana. Biorąc pod uwagę nasz potencjał, te porażki z końcówki zeszłego sezonu były bardziej dotkliwe.

Co innego jednak przegrać 0:6 z Cracovią i mieć szansę rehabilitacji w kolejnym ligowym meczu, a co innego doznać tego, co w Gdyni. Utraty marzeń.

- To prawda, nie masz nic. Musisz pracować kolejny cały rok, aby dojść do tego pułapu. A pierwszą ósemkę mieliśmy już w garści, znaliśmy jej smak z poprzedniego sezonu. A finał? Rozegrał go tylko „Ryman” w barwach Zagłębia. Swoją drogą ten mecz w barwach Zawiszy wygrał mój kolega „Drygi”, Kamil Drygas. My nie mieliśmy szansy tego poczuć. Nie wiem, czy większość z nas była na trybunach Narodowego, nie mówiąc o występie na murawie. Nie ma słów, żeby to jakoś skomentować i wyrazić, jakie to uczucie. Musiałbyś to przeżyć. Po prostu.

REKLAMA

Bartek Rymaniak powiedział przed startem tego sezonu, że w końcówce zeszłego niezbyt dobrze na atmosferę wpływał także fakt, że wielu piłkarzy żegnało się z zespołem.

- To nie jest tajemnica. Przepychanki odbiły się bardzo dużym echem, nawet filmik, który Jacek Kiełb nagrał z kibicami podpisując z nimi „kontrakt” (KLIK). Doszła też sprawa Gorana Cvijanovicia. Codziennie pytaliśmy go o to w szatni, a on zawsze: „Nie wiem”, „Nie wiem”. Wreszcie kończyliśmy sezon, a kilka dni przed ostatnim meczem on nie wiedział, na czym stoi. Ani nie dostał informacji zwrotnej, ani on nie mógł się zobligować, by coś zrobić. I chyba to jest najbardziej przykre. Bo jeśli powiedzą ci: „Nie, dziękuję” i podadzą rękę, to normalne. A on czekał bardzo długo. W jego wieku, mając ponad 30 lat i abstrahując już od sytuacji rodzinnej, gdzie zawodnik ma małe dziecko i jest z innego kraju, to nawet przez wzgląd na sam sezon. Był naszą wiodącą postacią, strzelił najwięcej goli i jest super człowiekiem oraz piłkarzem. Nic nie wskazywało na to, że nie zostanie.

A z Jackiem? Było głośno do końca i jak to się toczyło, to on sam najlepiej wie. Radek natomiast mówił, że dochodzą do niego głosy, że umowa nie zostanie przedłużona, więc się na to przygotował. No ale to był nasz kręgosłup – i na boisku, i poza nim.

Czy to miało wpływ na atmosferę? Jako jeden z powodów na pewno. Po wygranej w Poznaniu i dwóch porażkach zawaliliśmy już sprawę pierwszej czwórki i kolejne złe wyniki sprawiały, że ani nie mogliśmy niczego wielkiego osiągnąć, ani z tej pierwszej ósemki wypaść. Pogoń tak na przykład miała rok wcześniej.

Rok temu z Maćkiem Bartoszkiem zrobiliśmy 5. miejsce. Wtedy to się nas nie tyczyło, bo nie widać było, czy gramy o jakiś konkretny cel, czy jest inaczej.

Jacek Kiełb dzielił się z wami jakimiś opiniami przed tym jak powiedział Gino Lettieriemu, że nie jest gotowy mentalnie do meczu w Zabrzu?

- Z tego, co sobie przypominam, postawił nas przed faktem dokonanym. Przygotowywaliśmy się już do wyjścia do autokaru, a on miał chyba trening indywidualny i powiedział trenerowi, że nie jest gotowy. Może nie chciał ryzykować kontuzją, bo wiedział, że wygasa jego kontrakt i nie będzie przedłużony.

Rozmawiałem z Radkiem Dejmkiem po zakończeniu tego sezonu i mówił, że nie rozumiał kilku decyzji Gino Lettieriego. Na przykład po wygranej w Poznaniu nie pozwolił wam się zatrzymać na żadnej stacji, żeby na chwilę rozprostować nogi. Faktycznie w tym trenerze jest coś unikalnego?

- Wtedy byliśmy przed meczem z Arką, więc rozumiem ciśnienie i szaleństwo na tym punkcie. Z Poznania się jednak wraca pięć godzin, więc nic by się nie stało, gdybyśmy wyszli na 20 minut i rozprostowali nogi. Czy jesteś w domu o 4:00 czy o 4:20 to nie robi dużej różnicy.

A zachowanie trenera? Tak, unikalne. Miałem trenera z Hiszpanii, Bakero, to z kolei był luz totalny. Chłopaki mówili też o „Pachecie” z Korony, u którego na przykład kolacje drużynowe były całkowicie normalne. Było bardziej rodzinnie: „Dawajcie, zobaczymy się gdzieś o 20:00 z rodzinami”.

Tutaj jest inaczej, choć trener to Włoch. Całe życie spędził jednak w Niemczech i chyba przesiąkł tą dyscypliną. Da się to wyczuć, zwłaszcza dało przed rokiem, kiedy przyszedł. To był może nie szok, ale nie mogliśmy rozmawiać z trenerem odnośnie jakichś zmian, przesunięć godziny…

Ty byłeś podwładnym, on był szefem.

- Tak. I ja wolę, gdy tak to funkcjonuje. Gdy pomiędzy zawodnikami a trenerem jest dystans.

No ale najlepsze chwile w Koronie, 5. miejsce u trenera Bartoszka, przeżyłeś na zupełnie innych zasadach. Ten człowiek był bardziej członkiem drużyny.

- Tak, on funkcjonował z nami na co dzień dużo bliżej i to wypaliło. Wiemy, że po odejściu od nas poszło mu gorzej, ale wcześniej mu wychodziło. Nie ma wpływu na to, jakim ktoś jest trenerem. Staram się dostosować. Wolę ten dystans, bo jeśli jest dobrze to z każdym można żyć na fajnej stopie. Jeśli natomiast pojawiają się gorsze chwile, to pewnych granic nie należy przekraczać. Wiadomo wtedy, że zachodzi relacja szef – zawodnik. Jest robota do wykonania, z którą musimy poradzić sobie wszyscy.

Poprzedni sezon był szalony, zresztą jak każdy w Koronie. Wielką rolę odegrały kwestie osobowe, a sporo osób, które się u nas pojawiły, od razu odpaliły: Jukić, Kovacević, Cvijanović. Ponad połowa tych transferów wypaliła tak, że spokojnie radzi sobie w Ekstraklasie czy już w innych miejscach.

To nie jest tak, że przyszedł trener zza granicy, który chciał wprowadzić profesjonalne zasady – żywienie, treningi, regenerację – a wesoła gromadka piłkarzy oponuje?

- Myślę, że w Polsce jest to spotykane. Wcześniej też tak było, jak z Wisłą Kraków za Dana Petrescu. Kiedyś piłkarze mieli na wszystko duży wpływ i mogli trenera zwolnić. Teraz jednak myślę, że tak to nie działa. Młodzi piłkarze myślą, że mogą szybko się wybić i nie zamierzają grać na zwłokę czy oszukiwanie. To jest twój czas i miejsce.

Patrzę ze swojej perspektywy i czasu nie jest za dużo. Te 10 czy 15 lat mija bardzo szybko. Czy natomiast są pewne grupki? Pewnie tak, jak wszędzie. Zwłaszcza, kiedy ktoś wywodzi się ze „starej szkoły”, którą moje pokolenie jeszcze przeżyło. Nie dasz sobie wejść na głowę, nie dasz czegoś zmienić, a jeśli to blokujesz, to nie zrobisz postępu.

Gdzieś czytałem, że jak w Ekstraklasie przeżyjesz „starszyznę” i wejście do zespołu, to przeżyjesz wszystko. Czy tak to wygląda?

- Tak było. Śmiejemy się z „Rymanem” czy z innym starszymi chłopakami, że obecnie młodzi mają luźne wejście. Często tego podziału się nie zauważa. Kiedyś natomiast na porządku dziennym piło się i paliło, trzeba było to przeżyć. Czytałem wywiad z Marcinem Żewłakowem, że sytuacje ze „starszyzną” były na porządku dziennym, a on sam chodził po alkohol. To były gorsze czasy dla młodych piłkarzy. Możemy żartować, ale nie ma już czegoś takiego. Jeżeli młody zagra dwa-trzy mecze, z czego jeden dobry, to zaraz każdy go zna i on ma świadomość, że straci, jeśli coś takiego zrobi i na przykład ktoś strzeli mu zdjęcie.

To nie jest tak, ze Gino Lettieri pioniersko odszedł od bazowania na atmosferze? Myślę, że najlepsze wyniki pod jego wodzą osiągaliście po prostu dzięki dobrej grze w piłkę, a nie działając na jakichś dodatkowych cechach czy walce.

- Zgodzę się. Jak chłopaki grają już w lepszych klubach europejskich, to mówią mi, że przychodzą na trening, wykonują robotę i jest koniec. Nie ma jakichś przyjaźni, po prostu wykonujesz to, co do ciebie należy. Rozliczają cię z boiska. I – tak jak mówisz – sądzę, że ten poprzedni sezon właśnie tak wyglądał. Kielce to na tyle małe miasto, że zawsze się gdzieś spotykaliśmy, ale na wzór tych dużych zespołów  skupialiśmy się na pracy boiskowej. To wszystko się zazębiło.

Podsumowując: przyszedł trener, który nie patrzy dookoła i nie baczy na konsekwencje, tylko interesuje go wyłącznie piłka, a nie atmosfera.

- Podejście pedagoga jako trenera też jest ważne. Wydaje się, że jeśli masz dobry zespół, to sam sobie poradzi, ale tak nie jest. Zaletą Lettieriego jest to, że nie zdawał sobie sprawy, do jakiego kraju przychodzi i do jakiej rzeczywistości. Jak najwięksi odkrywcy – nie mają pojęcia, że można coś zrobić i… po prostu to robią.

Te nasze stereotypy sprzed 10-20 lat dalej funkcjonują, choć w mniejszym stopniu. A trener i tak obrócił to do góry nogami i skupia się tylko na robocie. To przecież normalne! Żadne odkrywanie. Ale faktycznie, w momencie przyjścia, zwłaszcza do drużyny zbudowanej tak jak nasza, było to innowacją.

REKLAMA

Zatem Lettieri jest powiewem profesjonalizmu i normalności w naszej lidze?

- Jest to jakiś powiew, tak. Domyślam się, że Pogoń Szczecin wzięła potem trenera z tego samego bębna [Kostę Runjaicia – red.]. Chorwata, który spędził całe życie w Niemczech. No i na początku im to odpaliło.

Ja nie wiem, czy teraz polskie zespoły nie zaczynają na to spoglądać poprzez Koronę i Pogoń. To jest powiew świeżości ludzi niemieckojęzycznych i przesiąkniętych tamtejszą etyką pracy. Po nieudanym Euro 2004 w wykonaniu Niemiec, ten kraj zaczął pakować w piłkę kupę pieniędzy i im to odpaliło. Teraz dużo osób spogląda w tamtym kierunku.

Na początku potrzebne jest dużo krzyku, płaczu i docierania się, żeby na końcu powiedzieć: „Kurczę, on to jednak ma rację”?

- W wielu przypadkach tak było. Stare przysłowie mówi, że sukces rodzi się w bólach i to w naszym przypadku okazało się prawdą. Tak to wyglądało. Ktoś odchodził z zespołu, jak na przykład Miguel Palanca, to pojawiały się krzyki, choć na dłuższą metę wyszło na zdanie trenera. Na końcu trzeba mu było to oddać.

Nowe podejście – nagle po meczu nie jesz pizzy tylko makaron z mięsem i warzywami, nagle musisz dbać co do minuty o rozbieganie. Tutaj wychodzi podejście do zawodu? Jednemu to nie pasuje, inny wierzy, że to go zaprowadzi wyżej.

- Tak. Nie powiem personalnie, ale jeżeli komuś coś nie pasowało, to pewnie go już tu nie ma. Jeśli ktoś potrafił się na tyle zbuntować i obnosić się ze swoim zdaniem, to stąd odszedł. Co do samych nawyków żywieniowych, to w dniu przedmeczowym i meczowym nie ma deserów. Niektórzy trenerzy nie mają problemu z dorzuceniem szarlotki, tutaj jest inaczej. To są właśnie te małe rzeczy. Czy co do rozbiegania – jeśli Michał Dutkiewicz ma nam zaaplikować 15 minut biegania, to nie zrobi 14 minut i 30 sekund.

Ludzie, którzy narzucili sobie ten reżim, są tu teraz. I mogę powiedzieć, że jeżeli skończą się im kontrakty, to sobie poradzą w innych klubach Ekstraklasy, bo wyrobili sobie markę.

To nie jest tak, że Korona poszła pod prąd i postawiła na trenera, nie na zawodników? Łatwiej jest zwolnić tego pierwszego, a tymczasem klub podziękował Palance czy innym piłkarzom, których nie chciał Lettieri.

- Pamiętam podobną sytuację również w Lechu, jak klub postanowił zakończyć współpracę z Bartoszem Ślusarskim i Rafałem Murawskim. Patrząc na tych zawodników, oni byli jeszcze kimś więcej niż Miguel. Klub poszedł wtedy za trenerem  i myślę, że w Kielcach nawet w poważniejszych sytuacjach zarząd wspierałby szkoleniowca, a nie piłkarzy.

Taka sytuacja potrafi doskonale zmienić optykę. Ktoś ma gorącą głowę, ale widzi, że klub rządzi twardą ręką, więc się uspokaja i pracuje.

- To jak najbardziej dobre podejście klubu. To prezes na końcu rozdaje karty i nie może dać sobie wejść na głowę. Kierownictwo tak powinno funkcjonować. Jeżeli ktoś robi coś takiego to powinien wiedzieć, że to będzie jego koniec. Może to była strategia Miguela, że chciał odejść specjalnie za darmo.

Przejdźmy teraz do kwestii kontraktowych. Twoja umowa i zawarta w niej klauzula to jeden z głośniejszych tematów wokół drużyny. Jak to obecnie wygląda – wybierasz się gdzieś czy nie?

- Nie, na tę chwilę nie ma niczego na stole.

Bawią cię te plotki? Media potrafiły sprzedawać cię co tydzień do innego klubu.

- Tak było. Okienko ma chyba jednak to do siebie, że dziennikarze muszą pisać. Nie wiem, jakie są kanały pozyskiwania informacji, bo czasem okazywało się, że kontakt z klubem był. Innym razem doniesienia wyjmowano z kosmosu. Ja teraz ci mówię, że nie ma żadnej oferty i po prostu – nie ma. Można mi zaufać. A co będzie jutro, tego nikt nie wie.

Były tematy Lecha i Legii w poprzednich miesiącach?

- Dochodziły do mnie wiarygodne doniesienia o zainteresowaniu, ale nie na tyle mocnym, by skończyło się propozycją. Na transfer musi się złożyć wiele czynników. Ktoś musi odejść, ktoś wydać zgodę, ktoś znaleźć pieniądze. To nie jest takie proste, że dzisiaj dzwonią, a jutro tam jesteś.

Głośno też było o CSKA Sofia, ale zaprzeczyłeś temu na naszym portalu.

- To wyszło z Bułgarii, ale mój menedżer nic o tym nie wiedział. Może dlatego to było takie ciekawe – Polacy to tłumaczyli, a nie odwrotnie. Ciekawostka, ale mało wiarygodna, bo żaden temat się nie pojawił.

We wrześniu 2017, kontrakt z klubem do połowy 2020 roku przedłużył Jakub Żubrowski. Prezes Krzysztof Zając powiedział, że wtedy ofertę złożono także tobie, ale odmówiłeś. Jak to wyglądało?

- Propozycja faktycznie była przedstawiona. Uczestniczyłem w tym jednak ja, nie mój menedżer. Po prostu byłem na miejscu. Na papierze nic nie dostałem, a informacje przesłałem menedżerowi, który z kolei wysłał klubowi maila ze swoją propozycją. Chciał zaaranżować spotkanie. Temat jednak po prostu upadł. Klub przestał się odzywać. Abstrahując od jakichkolwiek kwot czy negocjacji, nie było po prostu odbierania telefonów czy odpowiedzi na e-mail.

Czyli rozmowy odnośnie przedłużenia twojego kontraktu zatrzymały się na tym, że twój agent przesłał do klubu maila ze swoją propozycją i nie dostał żadnej odpowiedzi?

- Tak. Dokładnie.

Czujesz, że twoja sytuacja trochę ciąży w gabinetach Korony? Umowa wygasa za niecały rok i jest w niej zawarta niewielka suma odstępnego.

- Czy ciąży? Chyba nie, bo nie ma ludzi niezastąpionych.

Jesteś jednak takim zawodnikiem, za którego klub mógłby dostać jakieś pieniądze.

- Tak na dobrą sprawę teraz jest ostatni moment na moją sprzedaż. Ale o podejście do mnie trzeba byłoby pytać prezesa. Nie wiem, czy sytuacja się zmieniła, czy dalej jestem ważnym zawodnikiem, czy już nie. Zobaczymy, czy komuś będzie mocno zależało na wznowieniu rozmów, czy nie. Czas jednak leci szybko – dopiero tu przechodziłem, a zacząłem już trzeci sezon w Koronie.

Czujesz, że klub odezwie się do ciebie na przykład po zamknięciu okienka, czy jednak podchodzi do ciebie na zasadzie, że możesz odejść nawet za darmo?

- Jakby Korona chciała mnie zatrzymać za wszelką cenę, to robiłaby to wcześniej. Teraz czas już nagli, a ja w grudniu będę miał syna, co też zmienia postać rzeczy. Wszystko szybko się dzieje i skoro zostanę ojcem, to zmienia to trochę postać rzeczy i zwiększa potrzebę stabilizacji…

Gratulacje! Czyli kontrakt minimum trzyletni?

- Niech będzie pięcioletni! (śmiech) To tak żartem, ale teraz sytuacja będzie wyglądała właśnie w ten sposób.

Czyli skłaniasz się bardziej ku Polsce czy innym krajom?

- Bez różnicy. Jestem otwarty na wszystko, oczywiście pomijając jakieś miejsca, gdzie jest niebezpiecznie. Teraz jednak może cię to spotkać wszędzie – w Niemczech, Londynie, Paryżu. Ale dla mnie nie ma różnicy, a żona się z tym zgadza. Na koniec podejmiemy wspólną decyzję.

Wierzysz jeszcze w dobrą zachodnią ligę, czy jak myślisz o zagranicznym wyjeździe, to raczej Rumunia, Bułgaria, Turcja?

- Nie mam chyba takiego podejścia. Nadzieja umiera ostatnia i dopóki nie przekroczę trzydziestki, to ona jest. Wiem oczywiście, że teraz panuje spora moda na młodych, maksymalnie 23-latków. Kluby wiedzą, że mogą na nich zarobić. Ja natomiast musiałbym wystrzelić w pierwszym sezonie i zdobyć dużo bramek. A czy ktoś podejmie takie ryzyko? W tych zachodnich ligach raczej nie. Żyję realnym światem i mam świadomość, że to raczej marzenie niż cel. Światełko jednak się tli.

Przedłużenie kontraktu z Koroną – nie ma opcji czy nigdy nie mów nigdy?

Powiedziałbym to drugie. Nie można powiedzieć, że nie ma na coś szans, zwłaszcza w piłce. Nie wiemy, co wydarzy się jutro.

REKLAMA

A samo życie w Kielcach sobie chwalisz? Mógłbyś zostać tu na dłużej czy potrzebujesz już nowego wyzwania?

- Ostatnio zmieniałem kluby po roku – z Podbeskidziem spadłem, a Lechia nie chciała kontynuować współpracy. Ale trzy lata to długo jak na mnie. Kielce nie są duże i zdążyłem je już poznać. W głowie tli się myśl, żeby coś zmienić i spróbować nowości. Jestem taką osobą. Na piłce można skorzystać poznając nowych ludzi i inne kraje. W Ekstraklasie znam już stadiony, ludzi z zespołów i członków sztabów szkoleniowych. Myślę więc o tym, żeby coś zmienić, a czy to będzie Polska czy zagranica – to nie do końca zależy ode mnie.

Występuje już u ciebie znudzenie Ekstraklasą? Dla kogoś to mogłoby być nie do pomyślenia, ale ty jednak siedzisz w tym samym środowisku od lat.

- Ci ludzie, którzy przez 10 lat działają w jednym fachu i mają dobrze płatną pracę, to mimo wszystko pewnie chcieliby coś zmienić. To zupełnie normalne. Moja siostra ma teścia, który latał samolotami. Był pilotem wycieczkowców. Zwiedził mnóstwo świata, na przykład Lizbonę. Pracował tak jednak mnóstwo lat i chociaż to kochał, to trafiał do tego samego miasta, do tego samego hotelu, do tych samych restauracji. I tak to się kręciło. Zobaczył Lizbonę czy Londyn, ale powiedział, że to też może się znudzić.

A czy mi się znudziła Ekstraklasa? Nie, bo każdy mecz to nowy scenariusz. Obyłem się już jednak z tą ligą na tyle, że ciekawość mnie zżera, by spróbować czegoś nowego. A czy będzie mi to dane, to zobaczymy. Nie zamierzam wybrzydzać. Jeśli zostanę w Polsce, to chcę dalej budować swoją pozycję.

Do niedawna byłeś zawodnikiem nie do zdjęcia. Ze składu mogłeś wypaść tylko poprzez kartki. A teraz na przykład mecz z Legią przesiedziałeś na ławce. To potęguje chęć zmian?

- Nie ukrywam, że tak. Załamywanie się już mi nie grozi, jestem za stary, ale czuję, że coś się dzieje i nie wygląda to tak jak w poprzednich dwóch latach. Jeśli jednak już w 2. kolejce nie wchodzisz ani na minutę, to pewne myśli się pojawiają. Zastanawiasz się – a co będzie, jeśli tak ułoży się cały sezon? To nie buduje pewności siebie pod względem formy boiskowej. Brakuje rytmu.

Miałeś jakiś kontakt z właścicielem klubu, Dieterem Burdenskim?

- Nie, tylko tyle, co przywitaliśmy się podczas jego wizyty na obozie w Opalenicy. Osobisty kontrakt miał z nim tylko „Ryman” jako kapitan zespołu. Usiedli z tłumaczem i porozmawiali na tematy drużynowe. Ja natomiast kurtuazyjnie się przywitałem.

Bo tak się zastanawiam, czy o swojej przyszłości w klubie nie trzeba rozmawiać właśnie z właścicielem. Trener mówił, że wraz z prezesem wystosowali do niego prośbę o transfery, więc widać, kto jest decyzyjny.

- Też mi się tak wydaje. Jak rozmawialiśmy o premiach czy bonusach, to zawsze słyszeliśmy, że musi to zatwierdzić Rada Nadzorcza. Jest zatem ktoś wyżej i to właśnie pan Burdenski. Nie wiemy, kto z nim współpracuje, ale to właściciel waży sprawy bardziej niż klubowi prezesi.

Nie uważasz, że polskie kluby nie doceniają roli dyrektora sportowego? W Koronie na przykład takiego nie ma.

A był kiedyś?

Ostatnio Andrzej Kobylański, który nie cieszył się dobrą opinią u kibiców, a potem były piłkarz klubu, Arkadiusz Bilski. Kluby zachodnie potrafią z kolei inwestować sumy odstępnego, żeby zatrudnić osobę, której płacisz i dajesz do ręki narzędzia, by móc ją potem rozliczyć.

- Zaraz pewnie byłaby mowa, że nie ma budżetu na takie rzeczy. Podoba mi się ta funkcja. Nie ciągnie mnie do trenerki, a dyrektor sportowy jest fajny dlatego, że każdy z nas grał w Managera (śmiech). Fajnie to wygląda, jak nie masz ograniczeń pieniężnych, biorąc na przykład Milan czy City. Zawsze kogoś przekonasz!

A w Polsce? W Wiśle Płock jest na przykład Łukasz Masłowski. Mocno go spompowano, że zrobił fajne rzeczy i chyba faktycznie tak jest. Kręgosłup drużyny fajnie funkcjonuje. Moim zdaniem obligatoryjnie każdy klub powinien mieć taką osobę. Byłaby ona rozliczona. Zawodnik szedłby z daną sprawą do dyrektora, który by komuś dziękował bądź chciał z nim kontynuować współpracę.

A tutaj idziemy do prezesa, ten nas wysyła do właściciela, a ten z kolei do trenera. Koło się zamyka, a konfrontacji nie zrobisz stawiając trzy osoby obok siebie.

Został miesiąc okienka transferowego, a wzmocnieniami Korony zajmuje się Dieter Burdenski, który jest przedsiębiorcą i codziennie ma na głowie los swoich firm. I on ma wyszukiwać zawodników? Nie jest to zdrowy układ.

- Przede wszystkim nie jest możliwy. Dieter to starsza osoba, trzeba mieć zdrowe. Poza tym on pracuje w Niemczech i w ogóle nie zna naszego rynku menedżerów czy zawodników. Żadnego rynku nie poznasz w kilka miesięcy, nawet w czteromilionowej Chorwacji. Zanim zdążyłbyś to zrobić, to byś spadł z ligi.

Można wystawić jednoznaczną ocenę Koronie pod nowymi rządami? Pozytywne jest mocne postawienie na trenera, ale z kolei brakuje przejrzystości w strukturze klubu co do obsady pewnych funkcji.

Nie otrzymamy jednoznacznej odpowiedzi. Na końcu i tak wszystko rozlicza wynik sportowy. Jeśli w najczarniejszym scenariuszu Korona by spadła, to wiadomo, że kierunek jest zły. A co na przykład do dyrektora sportowego – trzeba byłoby zapytać, czy w ogóle możliwe jest zatrudnienie takiej osoby. No bo jeśli nie, to niemożliwe jest ściąganie dobrych polskich zawodników, bo nie ma ku temu narzędzi.

Bolałoby mnie to z racji tego, że jestem Polakiem. Ściągani byliby zawodnicy ze wszystkich krajów dookoła, tylko nie z naszego. Tak to póki co było rozgrywane, ale sportowo się obroniliśmy, włącznie z zarządem. Z drugiej strony pozostaje mnóstwo rzeczy, nad którymi trzeba popracować i zatrudnić do nich nowe osoby.

To jeszcze pytanie z innej beczki: nie wkurza cię, jak trener Lettieri ciągle podkreśla usilnie, że ma do czynienia z „małą Koroną”, „małym klubem” i ogólnie możliwości są mniejsze? Mnie osobiście to irytuje, nawet odchodząc od tego, czy to twierdzenie jest prawdą.

- To tak jak z Powstaniem Warszawskim – nie mieliśmy szans z szabelkami, ale szliśmy z nimi na czołgi. A co do trenera: wiem, co on ma na myśli. Jeśli wygramy następny mecz po takich słowach to będzie super, bo przecież jesteśmy mali, a jeśli przegramy – cóż, mówiłem, że jesteśmy słabi, nie miejcie do nas pretensji.

Zastanawiam się tylko, czy nie irytuje was to, jako drużyny, że trener podchodzi do sprawy asekurancko zamiast kreować się na generała gotowego pójść w ogień?

- Rozumiem, o czym mówisz. Można to rozumować dwojako. Nie wiem, czy inne kluby słysząc takie słowa nie chcą potem na przykład kogoś pozyskać, no bo jak to – z tej małej Korony, z tego małego klubu? I to pewnie denerwuje.

W poprzednim sezonie gdy wygrywaliśmy nie byliśmy zbytnio chwaleni, a gdy przegrywaliśmy to karcenia nie brakowało. Sporo pretensji za straconą bramkę z Arką w Kielcach dostał Radek Dejmek. Wiadomo, że nie można nie chwalić, jak wygramy 5:0, ale po remisie na lodzie 1:1 z Wisłą Kraków trener powiedział, że to była gwiazdka z nieba i prezent na święta.

Teraz postrzeganie naszego zespołu się zmieniło. Konferencja po konferencji. Mimo dwóch dobrych sezonów, gdzie lądowaliśmy w pierwszej ósemce, jesteśmy małą Koroną. Myślę jednak, że trener skupia się też na transferach. Często nam mówi, że o nie prosi, a ich nie dostaje. Jeśli więc nie otrzyma materiału, to będzie tak mówił…

Czyli to bardziej przesłanie do zarządu niż do kogokolwiek innego?

- Może tak być. Trener często nam powtarza, że chce tych transferów, ale nie ma finalizacji. Mówią, że one będą, ale czas leci. Okno zaraz się zamknie i będzie trzeba grać zawodnikami, którzy są.

Kluczowe będzie wytrzymanie pierwszych kolejek, w których nie ma szerokiego pola manewru? Bo można w nich zgubić punkty, których potem się już nie odrobi.

REKLAMA

- Na jesieni można zbudować wielką przewagę. Rok temu nie poszło nam jakoś wybitnie po przerwie zimowej, ale wypracowaliśmy taką sytuację, że i tak spokojnie awansowaliśmy do grupy mistrzowskiej. Te mecze naprawdę szybko umykają, to sekunda. Według mnie, pierwszą ósemkę buduje się pierwszą rundą. Jeśli nie masz szerokiego składu, to kiedyś klękniesz. Bo zaczną się kontuje, zaczną się kartki i wszystko to, co dotyczy normalnie każdego zespołu.

Jeśli nie będzie ludzi, to ciśnienie się zwiększy. Młodzi spotkają się z presją dwukrotnie większą niż teraz, bo punkty będzie trzeba robić na maksa, a niedoświadczeni zawodnicy wskoczą w ten bęben na grę o wszystko. Najzwyczajniej w świecie nie będą przygotowani.

To co – serię bez zwycięstwa przecinacie w sierpniu?

To już na pewno! Ile będzie meczów? Cztery? Nie wyobrażam sobie nie wygrać niczego do 7. kolejki. Rok temu też zaczęliśmy porażką i remisem, tylko w odwrotnej kolejności. Teraz mamy Wisłę Płock, czyli rywala trudnego, bo otarł się o puchary. Potem Śląsk Wrocław u siebie. Na terminarz nie ma co narzekać, wszystko jest w naszych rękach.

Rozmawiał Marcin Długosz

fot. Paula Duda / Maciej Urban

Wasze komentarze

Znów się złapałem..2018-08-01 21:18:04
Wchodze na cksport.. i już sie prawie nabrałem, że poinformujecie, że Korona w końcu pozyskała solidnego Stopera, Bramkarza, Pomocnika albo Napastnika... marzenia...marzenia...hehe...
Tom2018-08-01 21:48:17
Czyli wygląda, że w klubie jest niezaciekawie... Wąska kadra, wzmocnień brak.. Prezes Zając co jakiś czas tylko mówi, że wzmocnienia będą i będzie ok.. A tu Koronie punkty uciekają..z juniorami z Zabrza i z mega zdołowaną Legią...a w Płocku cudem będzie punkt...i bliżej dna tabeli.. Moze Burdenski z Zającem myślą, że jakoś do zimy doczłapią tym składem i jakieś punkty uda sie zdobyć... Polityka klubu?.. Porażka...
Ckkd2018-08-01 22:10:04
Można dyskutować o wszystkim a potem i tak wszystko weryfikuje boisko a murawa mówi że Pan Możdżeń od 7 miesięcy jest bardzo słaby.Teraz jest zdziwiony że siedzi na ławce .Myśli o transferach zamiast o dobrej grze.Także do roboty a później myśleć o wyjeżdzie
Przyjaciel2018-08-01 22:19:15
Dobrze ci radzę odejdź ! Znajdź sobie szybko nowy klub ! Pozdrawiam i trzymam kciuki !
Widelec2018-08-01 22:26:06
Możdżeń i Żubrowski dwóch mających szare komórki !
Znawca kuchni2018-08-01 22:32:02
Żaden prawdziwy Włoch nie jada makaronu z mięsem !! Tak jedzą tylko Niemcy którzy nie znają zasad kuchni włoskiej !!
Jeszcze raz widelec2018-08-01 22:47:09
Sorry, zapomniałem Gostomskiego !! On też ma szare komórki !
kielec2018-08-01 23:02:44
ewidentnie Mateusz powinien zmienić otoczenie - nie wierzę, że odnajdzie tu swoje miejsce i tym bardziej otrzyma stabilizację od klubu. Szkoda, bo może się marnować na ławce z różnych przyczyn...
Saszka2018-08-01 23:08:50
Mateusz - nie kąsa się ręki która karmi
CK2018-08-01 23:32:42
Z wywiadu wynika dość jasno, że Możdżeń od nas odejdzie najpóźniej na koniec kontraktu. Jednak nie dziwi mnie to specjalnie. Widać, że gość ma coś w głowie i nie podoba mu się sytuacja w klubie. Podobnie zresztą jak większości kibiców.
I wyszło na jaw jak tam jest na codzień2018-08-02 01:36:05
No to mamy jasność jak jest w klubie. Zresztą podejrzewałem że tak jest.
Panowie nie skupiać się na Możdżeniu, to jest za płytkie rozumienie tego wywiadu. Tu widać głębie problemu w klubie, a w zasadzie płytkość organizacyjną.
Odnoszę wrażenie że strona szkoleniowo-trenerska jest jakoś ogarnięta, ale kwestie zarządcze to degrengolada. Dział księgowości i rozliczeń jeszcze pilnuje Paprocki, ale sprawy kontraktowe przy braku dyrektora sportowego to w zakresie obowiązków Zająca. On jest ograniczony każdoczesną zgodą i zatwierdzeniem przez Burdenskiego, czyli właściciel nie ma zaufania do prezesa. Myślę że brak dyr sportowego i wcześniej i teraz to obawa że pójdzie na układy z menadżerami zawodników i wyprowadzą pieniądze z klubu za zawodników przypadkowych.
Marketing leży i nic nie widać aby się coś działo, więc przychody budżetowe poza tymi co z rozdzielnika nie zwiększają się. No to przyjęta została strategia ograniczenia kosztów, stąd rozwiązywane kontrakty, nie przedłużamy, zawodnicy odchodzą , kontaktujemy młodych za drobne.
Ale największe pretęsje mam do Prezesa Zająca że nie zachowuje się jak prawdziwy manager spółki, nie bierze na klatę najważniejszych spraw, unika spotkań, nie odpowiada na maile, nie spotyka się z zawodnikami czyli swoimi pracownikami. No odnoszę wrażenie że ta funkcja go przerosła, i chyba nie ma predyspozycji managerskich, a w zasadzie to widzę pewny deficyt intelektualny jak na sprawowanie funkcji prezesa zarządu spółki akcyjnej.
Jak by to była fabryczka gwoździ to może ten styl zarządzania by wystarczył , ale tu mamy spółkę która ma kapitał ludzki który jest płynny i trzeba cały czas być w procesie rekrutacji a wièc kontakty z managerami, trenerami , dyr.sportowymi, prezesami innych klubów to jest obowiązek codzienny prezesa. Do tego produkt sprzedaje spółka na rynku medialnym, i na tym rynku trzeba być permanentnie, udzielać się, budować PR , budować markę, pompować pozytywny przekaz masmediach.
Bez takiej aktywnej, kreatywnej postawy Prezesa to i pracownicy nie są zadaniowani i nie są rozliczani z efektów i to wszystko tak się kurczy, więdnie, nik nie chce przyjść do takiego klubu, bo jesteśmy małym klubem, i co tydzień jeszcze mniejszym, i już ten szał medialny z tamtego sezonu już zgasł, to i sponsorzy nas nie zauważają i już się robi ciemno i ostatni zgasi światło i wogóle ciszej nad tą trumną.

No Panie Prezesie pobudka larum grają, ja wie że jest już za późno, i nasze 5 minut Korony zostało zmarnowane , no ale trzeba ratować z tego marazmu co się da.
Proszę o większą aktywność medialną, proszę a większą aktywność zarządczą , to jest niedopuszczalne żeby Prezes spółki nie prowadził rozmów z pracownikami, i oni nie wiedzieli na czym stoją, co to ma znaczyć że jest inicjatywa rozmów ze strony pracownika/jego managera a prezes robi uniki, nie podejmuje telefonu, i to się ciągnie miesiącami.
Jak bym miał w firmie takiego managera to by mi raportował dwa razy w ciągu dnia co dziś zrobił , nad czym pracuje , jaki ma plan na jutro, na pojutrze i na przyszły tydzień.
No niech się Burdenski weźmie za to towarzystwo bo okazuje się że to wszystko jest organizacyjnie niedopilnowane i się rozłazi. A może trzeba szukać nowego managera.
Klub2018-08-02 06:45:51
"A tutaj idziemy do prezesa, ten nas wysyła do właściciela, a ten z kolei do trenera."
@CK2018-08-02 08:05:57
Szkoda, że tyle samo co w głowie nie ma w umiejętnościach piłkarskich...
Mam Nadzieję2018-08-02 09:19:41
Mam nadzieję że swoją postawą boiskową jak i pozaboiskową zasłuży na przesiedzenie reszty kontraktu na ławce, nikt tak jak on nie zasługuje na to! Z niewolnika nie ma pracownika tylko szkoda że nikt go nie chce - mimo że on i manager bardzo by chcieli :) Jeśli będzie siedział na ławce to można się spodziewać więcej wywiadów jak w przypadku innych "gwiazd" których nie ma już u nas. A transfery jest jeszcze miesiąc na razie ma kto grać wiec wyluzujcie znawcy - kupcie klub i działajcie
bo tak2018-08-02 10:34:03
do tego co się tak nadrukował "i wyszło....." bredzisz strasznie , jako właściciel , po to masz prezesa , żeby zarządzał twoją inwestycją i to jego rozliczasz ze wszystkiego co robi , a Zając ma tyle wspólnego z piłką nożną , ekstraklasą i zarządzaniem , że zaczynam się zastanawiać czy w tego "menagera" wymienionego przez Możdżenia grywał . Bredzenie o PR i innych tego typu promocjach są na tym etapie bezsensowne bo nie ma ani ludzi ani potrzeby by coś takiego roztrząsać. Wszyscy w klubie i po za nim wiedzą , że jest źle tylko nie rozumiem po co to ukrywać i ściemniać na każdym kroku . Klub piłkarski to taka sama fabryka jak ta wymieniona "fabryka gwoździ" Jest właściciel dla którego jest to kolejny biznes i inwestycja (czyli coś na czym chciałby zarobić) , po nim jest prezes i wice prezes , bo pan Paprocki wcale nie odszedł (osobista dygresja do obietnic "młynarek z młyna" , że Paprocki musi odejść wtedy wrócimy) . Następnie jest wieeeeeeeelka dziura , a potem trener (kierownik) sztab i kopacze , którzy tak czy inaczej są jak zwykli pracownicy w "fabryce gwoździ" biorą kasę za swą pracę . Kierownik mówi prezesowi , że potrzebuje więcej pracowników , a prezes mu na to , że nie ma pieniędzy i będą jak SZEF da , a szef nie da bo ma gdzieś prośby prezesa bo on już zainwestował a prezes mu obiecał , że będzie zysk , a tu nic ...
a dla kibiców tam gdzie jest biznes tam nie ma klubu tam są finanse i cyferki i wszystkich obchodzą tylko one , a nie nazwiska na liście płac...
Gdyby było inaczej to Górski miałby choć odrobinę honoru i nie podpisał by kontraktu ...
..... kasa robaczki , tylko kasa , nie klub i inne "fiu bździu" ....
....a prezes wam da.... pierwszą ligę na 45lat ....
sanczo2018-08-02 10:40:36
Z tego wywiadu wyłania się obraz nędzy i rozpaczy. Ktoś kiedyś mi powiedział że Lubawski nie sprzedał klubu tylko szukał osoby której zapłaci za wzięcie na swoje barki klubu do wyborów.
LAHMACUN to przepyszna potrawa2018-08-02 10:58:09
Przypominam, że Lubawski miał dwie oferty na stole w momencie sprzedaży - od Burdenskiego i spółki Kuchar-Probierz. Negocjacje z tymi oferentami trwały jeszcze, gdy głośno było o chęci zakupu klubu przez Senegalczyków, a Probierz jeszcze jako trener Jagiellonii odbył w Kielcach kilka nieoficjalnych spotkań w tej sprawie. Lubawski stwierdził, że podobno oferta Burdenskiego była lepsza i gwarantowała lepszy rozwój sportowy.
Jasnowidz2018-08-02 11:07:32
Widzę widzę zemstę !! Możdżeń będzie grał w rezerwach !!
@ Mam Nadzieję2018-08-02 11:52:29
co za głupoty piszesz, każdy ma prawo do swojego zdania -a jak się
coś kupuje to się o to dba i nie wypisuj teksty " kupcie klub i działajcie"
azazel2018-08-02 12:02:17
Jak na razie jedno wychodzi klubowi dobrze, skutecznie pozbywa się grajków, którzy bardzo obniżyli loty albo nigdy nie nadawali się do gry w Ekstraklasie. Możdżeń jest kolejny na liście do odstrzału a i Żubrowskiego chętnie by się pozbyli jednak za konkretna kwotę odstępnego. A co do tego, że transfery będą jestem spokojny. Nie da się utrzymać ligi jedną 18-ką meczową a tak to na obecną chwilę wygląda. Jednak do końca sierpnia jeszcze daleko.
obserwator2018-08-02 13:22:01
Możdżeń zmyka a za nim mozliwe że jeszcze Żubrowski . A czy na tym będzie koniec ???? Możdżeń przedstawia wszystko otwarcie jak jest w klubie. Prawdą jest że jeśli nie ma dobrej atmosfery to czy grając w klubie czy też pracując w innym zawodzie pragnie się zmiany pracy i środowiska. Marazm i nadmiar pseudo niemieckiej dyscypliny źle pojętej przez trenera może zniechęcić każdego. I nieprawdą jest, że w Niemczech brak jest kontaktu towarzyskiego w pracy tak z podwładnymi jak i zarządem. Są to bzdury wyssane z palca. Pan Lettieri wprowadził swoje zasady i tyle.
do \" bo tak\"2018-08-02 19:06:22
Przeczytaj powoli to co wypociłeś, bo to się kupy nie trzyma, napisz jeszcze raz klu problemu o co ci chodzi.
A najlepiej to czytaj ze zrozumieniem bo tu widzę problem, a o zarządzaniu spółką akcyjną to nie masz pojęcia.
bo tak2018-08-02 21:19:13
Ja wiem że polska języka trudna jest ale twoje "klu problemu co ci chodzi" to sprzeczność sama w sobie poproś kolegę z wyższej klasy podstawówki to ci wytłumaczy ,a co do " spółki akcyjnej " jak posiadasz ponad 70 % udziałów to w tym przypadku miasto ma wielkie G.... do powiedzenia podobnie jak ty ze swoimi wywodami o czym przekonasz sie w najbliższej przyszłości
Biznes jest biznes i tu nie ma miejsca na sentymenty i pierdoly ideologiczne , a jesli nie jesteś tego świadomy to moze pora troche o ekonomice poczytać zamiast bredzić na forum

Dodaj komentarz

Projekt i wykonanie: CK Media Group