Opowiadali sobie żarty, że ze szczęścia po strzelonej bramce zjadłem jakieś gówno

01-11-2015 08:24,
Marcin Długosz

Bardzo ciekawa przeszłość i potrzeba odbudowania swojej formy – tak w telegraficznym skrócie można scharakteryzować Bartłomieja Pawłowskiego, skrzydłowego kieleckiej Korony. Grając w Maladze przez zrządzenie losu nie wykorzystał dobrego momentu i jest bardzo pewny siebie, co łączy się z wysokim ego. Nie ukrywa też, że w pewnym momencie nie stąpał twardo po ziemi, co brutalnie zweryfikowała rzeczywistość. O tych i innych rzeczach, Pawłowski opowiedział w wywiadzie z naszym portalem.

Lubisz słodycze?

- Czy ja wiem… Nie wszystkie.

Pytam, bo chyba cukierek o nazwie „Malaga” już ci się znudził…

- Szczerze powiem, że raczej nie jadałem tych cukierków. Nie jestem ich fanem.

Wszyscy cię ciągle pytają o tę Malagę. Nie masz tego dosyć?

- Nie. Postawiłem sobie kiedyś poprzeczkę całkiem wysoko i teraz ciągle moja dyspozycja piłkarska jest do tego porównywana. Muszę się z tym zmierzyć. Szczególnie, jeśli chodzi o dobre występy na boisku.

Sprawdziłem skład Barcelony z meczu, w którym debiutowałeś w Maladze. Xavi, Iniesta…

- I Neymar na ławce.

Troszkę inny świat.

- Cała ta sytuacja pokazała, że jednak się da, jednak można i to też są tylko ludzie. Zawsze trzeba dążyć do celu.

Mówiłeś kiedyś, że do Malagi zaprowadziła cię pewność siebie. Wiele osób mówi raczej o twoim wysokim ego.

- To jest raczej ze sobą połączone. Czasami ta pewność siebie wychodzi ponad normę i przejawia się w arogancję czy zbyt wysokie ego. W pewnym momencie mi to przeszkadzało. Te wszystkie rzeczy trzeba postarać się wypośrodkować.

O tym ego mówił trener Probierz, jak jeszcze byłeś w Jagiellonii.

- Możliwe. Byłem młodym zawodnikiem, miałem 17-18 lat, a moje ego już wtedy stało na bardzo wysokim poziomie. Nie było to spowodowane tym, że uważałem się za pana piłkarza. Po prostu zawsze miałem się za dobrego sportowca. Nie czułem się gorszy od innych.

Złorzeczyłeś Jagiellonii i byłeś na nią zły za zamieszanie przy twoim transferze do Malagi?

- Nie, bo w końcu wszystko się udało. Te rzeczy były poza mną, nie miałem na nie wpływu. Chodziło mi oczywiście gdzieś z tyłu głowy, że co będzie, jak się nie uda. Że to wszystko nie powinno wyglądać w ten sposób. Skończyło się dobrze, więc nie mam problemów.

Nie myślałeś, że Jagiellonia, która nie chciała na ciebie za bardzo postawić, wówczas mogła ci popsuć transfer życia?

- To był ewidentny skok na siano. Czytałem jakieś wypowiedzi, że Jagiellonia kieruje się moim dobrem… Śmiałem się z tego szyderczo. To był oczywisty skok na siano. Jednak skończyło się dobrze, sprawiedliwie, tak jak się powinno skończyć. Nie ma co do tego wracać.

To co cię najbardziej zaskoczyło po dotarciu do Malagi i zobaczeniu tego wszystkiego od środka?

- Wiadomo, że może poziom piłkarzy, zaplecza klubowego, podejścia do zawodników… Było dużo innych rzeczy. Natomiast jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, to mogę powiedzieć, że w Polsce piłkarze są niejednokrotnie lepsi w tym względzie niż ci w Hiszpanii. Są jednak też oczywiście aspekty, w których Hiszpanie przeważają. Zawsze powinniśmy starać się dążyć do perfekcji.

Nie miałeś w tej Hiszpanii ani przez chwilę podejścia: „Nie poradzę sobie. Tu jest za wysoka poprzeczka”?

- Nie, właśnie, że nie. Zaraz na początku, od razu w pierwszym sparingu w Casablance, dostałem szansę. Zagrałem słabo. Wystąpiłem pół meczu i niczym się specjalnie nie wyróżniłem. Potem kolejny sparing zagrałem z Aston Villą. Tam zebrałem już bardzo wysokie recenzje. Po tym sparingu trafiłem do pierwszej jedenastki na mecz z Barceloną. Nie miałem więc takiego momentu zawahania. Od samego początku szło mi w miarę dobrze. Choć na samym początku rzeczywiście trochę nie rozegrałem tych spotkań tyle, ile myślałem, że powinienem rozegrać. To jest jednak taki etap, który już za mną.

Strzeliłeś bramkę z Valladolid. Trudno było po niej nie odlecieć? To był pierwszy gol polskiego piłkarza w Hiszpanii od ładnych kilku lat.

- Strzeliłem bramkę z Valladolid, wróciliśmy i wiedziałem, że w następnym meczu zagram w pierwszym składzie. Wieczorem poszedłem sobie do jakiejś knajpki, bo byłem strasznie, strasznie, strasznie głodny. A w niedzielę w Hiszpanii praktycznie wszystkie sklepy są pozamykane i ciężko cokolwiek kupić. No i trafiłem do tej knajpki i się zatrułem. Potem leczyłem się cztery dni, z czego przez dwa nie trenowałem i leżałem w łóżku z gorączką. Nie podnosiłem się, a jak już wróciłem do treningów, to moja dyspozycja nie była za dobra. Dawało o sobie znać osłabienie, brzuch. No i nie zagrałem w pierwszym składzie, bo nie byłem w takiej formie, w jakiej powinienem być. I przez zrządzenie losu, po strzelonej bramce nie wykorzystałem tej szansy, żeby zagrać jedno lub nawet dwa spotkania w pierwszym składzie i potwierdzić swoją dyspozycję. Wszystko ułożyło się troszkę inaczej.

To co takiego wtedy zjadłeś?

- Nie pamiętam, bo to było już dawno. Strułem się jednak niesamowicie. Na drugi dzień poszedłem do klubu i nawet opowiadali sobie żarty, że ze szczęścia po strzelonej bramce zjadłem jakieś gówno na mieście (śmiech). Sam trener to opowiadał, a chłopaki się śmiali.

No właśnie, trener. Jak wyglądała twoja relacja z Berndem Schusterem?

- To człowiek, który dał mi zagrać w Primera Division. Na pewno zauważył, że nie jestem piłkarzem, który może sam wygrywać mecze w tej lidze, ale który na pewno może tam zaistnieć. Kilka meczów zagrałem.

Zostały ci jakieś kontakty z pobytu w Maladze?

- Mam telefon do niektórych zawodników. Większość z nich jednak już odeszła z Malagi. Z tych piłkarzy, którzy grali, gdy ja tam byłem, to w pierwszej jedenastce do tej pory występuje może jeszcze trzech. Reszta odeszła czy to do Anglii, czy do Francji. Roque [Santa Cruz – red.] poszedł do Meksyku, ale wrócił, Moralez też odszedł. Sporo zawodników wybrało inny kierunek.

Kiedy poczułeś, że to już twój koniec przygody w Maladze?

- Wtedy, kiedy Widzew odmówił dogadania się z Malagą. Pomimo że nie zagrałem sporo, Hiszpanie po sezonie złożyli ofertę mojego wykupu. Była to jednak oferta inna, niż ta umówiona z Widzewem przed sezonem. Była to oferta po prostu trochę niższa. Łodzianie stwierdzili jednak, że nie negocjują i chcą całe pieniądze. No i temat upadł.

Pewnie byłeś wtedy wściekły na cały świat, a w szczególności na Widzew.

- Nie byłem zadowolonego z takiego stanu rzeczy, na pewno chciałem zostać w Hiszpanii. Każdy miał swoje racje. Malaga chciała zejść z ceny. Miała problemy finansowe, a że nie grałem regularnie, to liczyła, że uda się mnie pozyskać za mniejszą kwotę. Widzew z kolei na gwałt potrzebował dużej ilości pieniędzy. Do samego końca liczył, że uda mu się wszystko zgarnąć. A ja byłem gdzieś pośrodku i moje zdanie w tamtym momencie liczyło się najmniej. Ale to już było. Fajna przygoda z Malagą i widać, że polski piłkarz może odnaleźć się w Hiszpanii. Pokazałem to ja czy Czarek Wilk, a także świetnie teraz spisujący się i grający na najwyższym poziomie Grzesiek Krychowiak. Wydaje mi się, że nie powinniśmy mieć kompleksów tylko walczyć o taką dyspozycję, która gwarantowałaby nam podróż do klubów z lepszych lig.

To, co się dzieje u ciebie teraz, czyli pobyt w Koronie, to chwilowy stan rzeczy? Ten Zachód to kwestia miesięcy, lat?

- Nie chcę wybiegać w przyszłość. Jestem na tyle pewny siebie, że wiem, że mnie na to stać. Wiem też, że moje umiejętności są w stanie przełożyć się na taką formę, która może zagwarantować mi wyjazd za granicę. Czy to się jednak stanie? Nie mam pojęcia. W piłce nożnej decyduje o tym wiele czynników. Dajmy na to, odpukać, jakaś kontuzja czy problem z dojściem do formy. Można też zagrać kilka naprawdę wielkich spotkań, a potem przyjeżdża ktoś z lepszego klubu na obserwację i ci nie wychodzi. W sporcie jest naprawdę wiele czynników, które przeradzają się w końcowy sukces. Na ten moment chcę zacząć od siebie i być zadowolonym ze swojej gry. Przechodząc do Korony wiedziałem, że moja dyspozycja nie jest na takim poziomie, żeby wygrywać dla niej mecze. Wierzyłem jednak, że przy pomocy trenera i sztabu szkoleniowego jestem w stanie dojść do dobrej dyspozycji. Uważam, że z każdym kolejnym meczem robię postęp. To nie jest jeszcze ta dyspozycja szczytowa, w której byłem kiedyś, ale już jest na tyle wysoka, że potrafię wyróżnić się czymś na boisku. To mimo wszystko jednak za mało. Choć mogę powiedzieć, że jestem osobą pewną siebie, to wymagania wobec siebie też mam wysokie. Nie będę zadowalał się jednym, drugim, czy trzecim dobrym zagraniem. Wiem, że stać mnie na dużo więcej i będę do tego dążył.

Do Korony jeszcze dojdziemy. Chciałem cię jeszcze zapytać o twój powrót z Hiszpanii do Polski. Nie miałeś takiego poczucia, że skoro mogłeś grać w Primera Division, ale nie zostałeś tam niezależnie od siebie, to ligę polską wciągniesz nosem?

- Mówiłem już to w jakimś wywiadzie, że tak właśnie było. Twierdziłem, że skoro byłem na wyższym poziomie, to wrócę i poradzę sobie z łatwością. Rzeczywistość okazała się inna. To, że nie byłem w rytmie meczowym przełożyło się na moją kondycję fizyczną. Mimo że przeszedłem okres przygotowawczy w Polsce, to chłopaki szybciej wchodzili na wyższy poziom. Zaczął się sezon, a ja nie wygrywałem pojedynków jeden na jeden, bo w wielu momentach po prostu brakowało mi tchu. Jeden, dwa impulsy i potrzebowałem chwili, żeby dojść do siebie. Nie byłem w stanie pracować dalej. Nastąpiła rotacja, a w Lechii jest wielu dobrych zawodników, czterech reprezentantów kraju. Grałem w innym klubie, Zawiszy, a teraz w Koronie.

To wróciłeś na ziemię jeszcze w Gdańsku, czy dopiero po wypożyczeniu do Zawiszy, który walczył o utrzymanie?

- W Zawiszy bardzo uwierzył we mnie trener, z którym miałem przyjemność pracować już w przeszłości. Postawił na mnie, liczył na mnie i byłem podstawowym zawodnikiem. Rozegrałem praktycznie wszystkie spotkania oprócz jednego czy dwóch. Mimo tego, że nie strzeliłem bramki i może nie wykonałem jakiejś wielkiej roboty, to grałem nieźle. To na pewno nie była taka dyspozycja, w jakiej chciałbym być, ale też lepsza od tej w Lechii. To pokazało, że jeszcze mimo wszystko dużo przede mną i muszę patrzeć do przodu. Byłem w Zawiszy, a więc w klubie podobnym do tego, w jakim grałem wcześniej. Może nie punktowo, bo jak ja przechodziłem do Widzewa, to ten był chyba na piątym miejscu w tabeli, ale w Bydgoszczy też miały miejsce problemy. To taki etap, który na pewno wspominam dobrze. Biorę pod uwagę ilość minut, jaką rozegrałem, ale na pewno mogło być jeszcze dwa razy lepiej.

Nie zniechęcał cię klimat wokół Zawiszy? Problemy z kibicami i ta cała otoczka.

- Ja miałem w Zawiszy kolegów, z którymi grałem już wcześniej. Miałem też wsparcie w osobie trenera, który na mnie stawiał. Nawet do dzisiaj nie wiem, na czym polegał konflikt między prezesem a kibicami. Wiem, że tam chodziło o jakieś trumny postawione przed sezonem na stadionie… Tam było chyba tylko czterech lub pięciu zawodników, którzy tam grali w poprzednich rozgrywkach i których ta sprawa dotyczyła. Reszta piłkarzy tak naprawdę tego nie odczuwała, bo nie była w epicentrum tych wydarzeń. Tak jak mówię, do końca też nie wiem, o co tam chodziło.

To jak to było z twoim powrotem do Gdańska? Lechia chyba sama nie mogła się zdecydować. Najpierw cię puściła na wypożyczenie do Podbeskidzia, potem kazała wrócić…

- To była jakaś dziwna sprawa. Niektórzy chcieli, żebym wrócił, niektórzy nie… Byłem między młotem a kowadłem. Dyspozycja też nie do końca przekładała się na to, czy grałem, czy nie. Dostałem szansę w Pucharze Polski, strzeliłem dwie bramki, a potem w trzech meczach i tak nie zagrałem ani minuty. Cieszę się więc, że poszedłem do miejsca, w którym gram regularnie. Nie mam żalu do Lechii, bo podoba mi się to miasto i klub, który chce walczyć o wyższe cele. Tam jednak swojej szansy nie dostałem, chciałem zmienić otoczenie i dzisiaj jestem w Kielcach.

Po tym jak nie wypaliło wypożyczenie do Podbeskidzia, a koniec okienka transferowego się zbliżał, czułeś taki deadline? Że musisz gdzieś odejść, żeby nie stracić kolejnego półrocza?

- Nie byłem pod ścianą, bo miałem trzy-cztery opcje transferowe z Polski. Mogłem sobie wybrać, która oferta będzie dla mnie najlepsza. Rozmawiałem i z prezesem Podbeskidzia, i z dyrektorem sportowym Korony, i z trenerem Korony, i z trenerem Podbeskidzia. W międzyczasie dostałem jeszcze jeden telefon. Mimo że to był ostatni dzień okienka transferowego, to już kilka dni wcześniej miałem dogadane przejście do Korony.

Czym cię tak urzekł trener Marcin Brosz? Bo to chyba po rozmowie z nim ostatecznie zdecydowałeś się na Kielce.

- Tak, to była sympatyczna rozmowa. Wcześniej nie miałem kontaktu z tym trenerem, więc kierowałem się tylko wrażeniem telefonicznym. Wywarł we mnie pozytywne odczucia, a zasięgnąłem jeszcze trochę informacji ze środowiska. Kilku moich znajomych wcześniej współpracowało z trenerem Broszem. Stwierdziłem, że to może być kierunek, który wypali.

No i chyba można powiedzieć, że powoli wszystko idzie po twojej myśli. Brosz konsekwentnie na ciebie stawia. Robił to także na początku, gdy twoja dyspozycja była gorsza niż obecnie.

- No i właśnie myślę, że tego potrzebowałem. Tego typu współpracy w klubie. Czułem to w Zawiszy i w Widzewie, że trenerzy byli pewni moich umiejętności, mimo że nie w każdym meczu potrafiłem je sprzedać. Byłem jednak w stanie pomóc klubowi. Dzisiaj jestem zawodnikiem wypożyczonym do Kielc, ale na pewno nie takim przysłowiowym „słoikiem”, że przychodzę zarobić pieniądze i pokopać piłkę na boisku. Mam swoje pragnienia, marzenia i wiem, że Korona potrzebuje takich piłkarzy jak ja, a ja potrzebuję takiego klubu, jakim jest Korona. W którym mogę się odnaleźć, grać regularnie i odnieść sukces. Wydaje mi się, że to owocna współpraca.

Korona ze swoim defensywnym usposobieniem to dobry klub do odbudowania się dla zawodnika ofensywnego?

- Defensywnym… Mówimy tak dlatego, że nie tracimy bramek. Proszę jednak zauważyć, że w meczach stwarzamy sobie naprawdę dużo sytuacji. Mieliśmy multum szans ze Śląskiem, a teraz, na boisku lidera Ekstraklasy, stworzyliśmy okazję sam na sam. Stwarzamy sobie sytuacje, choć na razie nie wykorzystaliśmy ich tyle, ile mieliśmy. W każdym kolejnym spotkaniu ten procent skuteczności będziemy jednak podnosić.

Minęło trochę czasu, choć może niedużo – dwa miesiące. Jesteś jednak już w stanie powiedzieć, że pod koniec sierpnia podjąłeś dobrą decyzję i nie żałujesz, że nie grasz teraz np. w Podbeskidziu?

- W ogóle nie rozpatruję teraz takich kwestii, czy mogłem, czy nie mogłem. Jestem dzisiaj w Koronie i muszę pracować dla siebie przez pryzmat wyników Korony. Choć, według mnie, patrzenie teraz w tabelę mija się z celem.

W jednym wywiadzie powiedziałeś, że gracie o pierwszą piątkę, bo stać was na to.

- Tak powiedziałem, o pierwsza piątkę? Może na koniec sezonu. Na pewno naszym głównym celem jest awansowanie do pierwszej ósemki. To przyświeca większości klubów, jeśli nie wszystkim. Gdyby się udało, to w ostatnich siedmiu spotkaniach nie patrzymy już za plecy, czy ktoś nas nie ściga, ale tylko i wyłącznie przed siebie, jaką mamy stratę do zespołu, z którym zaraz będziemy grali o wyższą lokatę. Nie trzeba się już w zasadzie w ogóle bronić, można dać ponieść się piłce i zająć wyższe miejsce, np. w pierwszej piątce.

W tym sezonie trener Brosz raz zdecydował się na bardziej ofensywne ustawienie. W przegranym meczu z Łęczną wystawił dwóch napastników. W ogóle to nie zdało egzaminu.

- Nie wiem, jak Korona grała wcześniej, bo nie było mnie na boisku. Oglądałem tylko w telewizji. Ten obraz z tych dwóch perspektyw zawsze się różni. Widocznie trener stwierdził, że takie ustawienie będzie najbardziej korzystne dla zespołu. Nie będę tego w żaden sposób krytykował, tylko potwierdzał. Trener ma zawsze rację.

Po meczu w Gliwicach powiedziałeś, że już po Śląsku czułeś, że to jest ta droga, którą chcesz podążać. Czyli twoja forma będzie tylko rosnąć?

- We Wrocławiu miałem okazję, po której mogłem strzelić bramkę i nie chciałem długo w sobie tego trzymać, żeby nie rozpraszać się przed kolejnym spotkaniem. W Gliwicach udało się strzelić, wygraliśmy, ale raczej nie myślę o tym meczu z Piastem. Sądziłem, że jak strzelę tę bramkę, to coś się zmieni. Ale nie zmieniło się nic. Widocznie jestem więc jeszcze głodny i chcę strzelić tych bramek dużo więcej. I wygrywać.

W Gliwicach wspomniałeś też, że nawet nie zdawałeś sobie sprawy, jak długo trwała twoja seria bez gola. Teraz chyba jednak ta presja trochę zeszła i możesz zacząć działać bardziej w myśl słowa „mogę”, a nie „muszę”?

- To dotyczyło Ekstraklasy, bo w innych rozgrywkach udawało mi się strzelić bramki. Oczywiście można mówić, że się o tym nie myśli, ale w podświadomości przychodzi jednak taki żal do siebie, czy rozczarowanie z danej sytuacji. To już jest teraz za mną i mogę starać się tylko jak najwięcej tych punkcików uciułać.

Czyli nadchodzi lepszy okres w karierze Bartka Pawłowskiego?

- No na pewno, skoro gram regularnie i udało mi się strzelić bramkę… To bez wątpienia lepszy okres niż ten, który jest już za mną.

Rozmawiał Marcin Długosz

fot. Patryk Ptak / Paweł Jańczyk (korona-kielce.pl)

Wasze komentarze

Ściegiennego2015-11-01 09:59:39
Dużo pokory chlopaku musisz się jeszcze nauczyć. I radziłbym mniej ignorancji i pychy
stolarka_jamro.com2015-11-01 10:18:09
ale pompujecie goscia a ile on szczelił bramek w ekstraklasie? no ile? Do jamrusa nie ma startu!
Do Ściegiennego.2015-11-01 13:15:09
A kimże Ty jesteś?
Wzorcem moralnym?
A może super znawcą piłkarskim? .
Źe tak krytykujesz Pawłowskiego?
A może małym zakompleksionym zazdrośnikiem?.
gnom2015-11-01 14:06:32
Wszystko fajnie, tylko siły Korony nie można budować na wypożyczeniach zawodników. No ale skoro ignoranci zarządzają klubem to tak jest, tylko czy ktoś myśli co będzie z Koroną za 3-5 lat? Nie, tylko aby do kolejnej żebraniny o kasę i byle stołki się zgadzały.
odnosnie2015-11-01 14:56:42
po lekturze wywiadu z Cebula na weszlo - jemu przydaloby sie troche pewnosci siebie, Pawlowskiemu z kolei pokory
Luker2015-11-01 23:49:45
Wolę, żeby Cebula grał a ty grajku z fartownym golem, wracaj do swiej Lechii. Czekają tam na Ciebie.
michal2015-11-02 09:02:29
mądrale, z dwóch wyborów: braku pewności siebie i nadmiernej pewności siebie u piłkarza, to jednak stawiam na to, że lepiej jest gdy tej pewności jest więcej. Raczej na boisku nie przeszkodzi, a jak są braki, to niejeden się spala przed wyjściem na boisko.
Marian2015-11-02 10:11:27
Cristiano Ronaldo jest strasznie zrozumiały i w czym to mu przeszkadza?
Staszku2015-11-02 12:40:56
Średni dłubacz ligowy niekoniecznie mieszczący się w wyjściowym składzie Korony.Daleka droga to tego aby nazwać go dobrym piłkarzem.Moim zdaniem Cebula lepszy
Adam2015-11-02 15:35:24
"Rybie" też odj...o jak poszedł do Lecha!
Widocznie TA nacja tak ma!
A co do bramki...
Ładna, Dla Korony!
I pierwsza z akcji od PRZED WOJNY!
Sierpina się zabiega na śmierć niż TAKĄ strzeli!
tomko2015-11-02 20:53:01
Patrząc na twój występ przeciwko Termalice mam wrażenie, że jedynie co na razie prezentujesz to pewność siebie. Czas pokazać coś na boisku, bo runda się kończy, a ciebie jak by na razie na tym boisku nie było i ta jedna bramka wiele w nie zmienia

Dodaj komentarz

Projekt i wykonanie: CK Media Group