REKLAMA

Jedną bombę w Koronie już przeżyłem. Na szczęście wybuch nie rozerwał mnie do końca

27-02-2018 18:00,
Tomasz Porębski

Gdy przygotowując harmonogram naszych wtorkowych rozmów, sprawdziliśmy, co nas czeka w tym tygodniu, nie mieliśmy wątpliwości, kogo tym razem weźmiemy „na tapetę”. W przeddzień tak ważnego dla wszystkich kibiców meczu z Wisłą Kraków, musiał to być ktoś, kto Koronę w sercu ma naprawdę. Nie było to trudne. Rozmówcę wskazaliśmy bez najmniejszego problemu. Schody zaczęły się później...

Bo gdy zgłosiliśmy się z propozycją do Łukasza Tomczyka, kierownika drużyny Korony Kielce, nie poszło od razu tak łatwo. Do tej pory unikał on kontaktów z mediami. Część kibiców żółto-czerwonej drużyny być może nawet nie wie, kim on jest. A na pewno nie potrafią połączyć osoby, którą na każdym meczu widzą przy ławce rezerwowych, z właściwym nazwiskiem.

REKLAMA

Tymczasem to człowiek, która od sześciu lat – pełniąc tę funkcję - jest z Koroną dzień w dzień. A w innej roli nawet dłużej. Współpracuje z trenerami i piłkarzami. Jest w szatni przed, w przerwie i po każdym spotkaniu, a także przez cały tydzień, gdy zespół przygotowuje się do kolejnych meczów. Jest człowiekiem orkiestrą, bo odpowiada praktycznie za wszystko, co dotyczy drużyny prowadzonej przez Gino Lettieriego.

Tak jest teraz, bo wcześniej pracował też z jego poprzednikami – Maciejem Bartoszkiem, Tomaszem Wilmanem, Marcinem Broszem, Ryszardem Tarasiewiczem, Jose Rojo Martinem „Pachętą” i Leszkiem Ojrzyńskim. Można powiedzieć, że nikt, tak jak on, nie zna historii Korony z ostatnich lat. Tego, co działo się w sercu klubu naprawdę, a co nie zawsze w prawdziwej formie wychodziło na zewnątrz.

Chwilę to trwało, ale cierpliwość popłaca. Łukasz Tomczyk zgodził się na rozmowę, w piątek spotkaliśmy się na Kolporter Arenie.

Nie lubię używać tego słowa, ale tym razem jestem zmuszony. To naprawdę twój pierwszy wywiad, odkąd zostałeś kierownikiem?

- Tak. Wcześniej pojawiały się różne propozycje, między innymi z radia, podchody robił też Michał Siejak z Korona TV, ale powiem szczerze – nie czułem się na siłach. Szczególnie w takich środkach przekazu, gdzie w grę wchodzi video, albo nagrywanie głosu. Jeśli pojawiła się opcja, w której można po przyjacielsku porozmawiać w cztery oczy, nie jest to nagrywane, uznałem, że będzie to łatwiejsze.

Zdradziłem „Siejowi”, że wybieram się na rozmowę z tobą. Był nieco zawiedziony i zaskoczony, bo na zgrupowaniu w Turcji podobno proponował ci nagranie filmu o pracy kierowników, ale odmówiłeś.

- Była taka luźna propozycja ze strony Michała. „Pan Bu”, czyli Mateusz Bukłat, gdzieś tam zaczął dbać o swój wizerunek, rozpoczął „ofensywę medialną”. Mnie chcieli w to wszystko wplątać, ale uznałem, że nie będę mu wchodził mu w paradę. Tak dobrze sobie radzi w tych tematach, że nie było sensu. A Michaś też widocznie za słabo nalegał, dlatego na chwilę obecną mu się to nie udało...

Tym mocniej cieszę się, że zgodziłeś się na rozmowę ze mną. Przyznam jednak, że jestem nieco zaskoczony twoją postawą. Zanim zostałeś kierownikiem drużyny, byłeś przecież pracownikiem Biura Prasowego. Osoby z takich działów często mają „parcie na szkło”, chcą być na pierwszej linii. Tymczasem ty całkowicie się wycofałeś. Działasz w cieniu.

- Po pierwsze, zaczynając pracę jako kierownik, uznałem, że ta praca nie potrzebuje rozgłosu. Nie widziałem konieczności pokazywania czy wypowiadania się. Najważniejsze, by robić swoje. Po drugie, będąc w biurze prasowym, tych rozmów przeprowadziłem sporo. I przychodziło mi to łatwo. Potem jednak, gdy miałem okazję nawet do krótkich wypowiedzi w roli kierownika, już pojawiał się stres. To nie jest taka bułka z masłem. Gdy byłem po tamtej, drugiej stronie, wydawało mi się, że jest o wiele łatwiej stanąć przed mikrofonem - być odpytywanym, wypowiadać się. Ale podkreślam – kluczowa była moja wizja. Uważałem i dalej uważam, że to funkcja, która nie pozwala być na piedestale. Ważniejsze jest to, co robię i jaki jest efekt mojej pracy dla zespołu i klubu.

Wyjaśnij, czym się dokładnie zajmujesz, jaki jest twój zakres obowiązków.

- To musi być skrót... Bardzo duży skrót. Jestem odpowiedzialny za logistykę i funkcjonowanie zespołu. Odpowiadam za organizację zgrupowań – tych przed każdym meczem, ale też przygotowawczych. Koordynację planu treningowego – jakie wybieramy boiska, w jakich godzinach. Przepływ informacji pomiędzy sztabem a zawodnikami. Rozkład godzinowy, rejestracje zawodników do rozgrywek, sprawy finansowe, ewidencje kartek. Transfery międzynarodowe. To rzeczy, które robi każdy kierownik.

Oczywiście trzeba pamiętać, że w zależności od klubu, ten wachlarz jest inny. Inaczej jest w Lechu, Wiśle czy Legii, gdzie są rozbudowane działy sportowe i ludzie odpowiedzialni za poszczególne piony. W większości jednak, w tych „mniejszych” klubach, kierownik ma dużo obowiązków.

Jesteśmy także odpowiedzialni za pomoc piłkarzom w życiu codziennym. Zawodnicy niekiedy potrzebują wsparcia, to są trywialne sytuacje. Teraz w Koronie mamy taki okres, gdy do Kielc przyjeżdża dużo obcokrajowców. Dla wielu z nich to pierwszy pobyt w Polsce. Pomagamy z wynajmem mieszkania, podłączeniem internetu, sprawami w urzędach skarbowych czy ZUS-ie, rejestracją w przychodniach. Wykonujemy zadania, które mają ułatwić piłkarzom jak najszybsze zaaklimatyzowanie się i skupienie się na ich pracy boiskowej, a nie rzeczach dookoła.

Zdarzały ci się dziwne zadania, które musiałeś zrealizować? Absurdalne zachcianki?

- Nie, takich absurdalnych chyba nie było. OK, zdarzali się piłkarze, ale też dosyć dawno, którzy bardzo długo zastanawiali się nad wyborem mieszkania. Odwiedziliśmy z 8-10 lokali w Kielcach, a to i tak było mało, by podjąć decyzję. To wszystko zależy od charakteru zawodników. Myślę, iż mam to szczęście, że odkąd tutaj jestem, to trafiają do Kielc piłkarze, którzy są normalnymi ludźmi. Nie miałem jeszcze z żadnym z nich jakiegokolwiek konfliktu. Nie trafił się nikt ciężki, kto miałby wymagania z kosmosu. To ułatwia pracę. Nie da się ukryć, że w Koronie od wielu lat funkcjonuje to na zasadach koleżeńskich. Nie ukrywam, że jestem z nimi blisko. Jestem kierownikiem, członkiem sztabu, więc zdarzają się oficjalne sytuacje, ale zawsze traktujemy się po partnersku.

Pytam, bo sam byłem świadkiem, gdy twój poprzednik tuż przed wyjazdem drużyny na mecz, musiał pędzić do centrum miasta swoim samochodem po obiad dla Nikoli Mijailovicia. Serbowi nie posmakował bowiem posiłek w restauracji przy stadionie.

- Pamiętam Nikolę jako pracownik biura prasowego... Tak, to była wybitna jednostka. Ciężko mu było dogodzić. Ale przyznam, że ja przez 6 lat funkcjonowania żadnych takich nieprzyjemnych sytuacji nie miałem.

Wiele osób z zewnątrz mogłoby zazdrościć ci tej pracy. Jesteś blisko drużyny, znasz jej tajemnice. Czy jednak od środka nie wygląda to inaczej? Często człowiek poznając coś dogłębnie, bywa rozczarowany.

- Jeśli chodzi o Kielce, chłopaka, który tutaj się urodził, przechodził różne szczeble, próbując grać w piłkę – najpierw w Błękitnych, potem w juniorach Korony – to po prostu wymarzona praca. Zawsze uwielbiałem grać w piłkę, na jakimkolwiek poziomie. Nie udało mi się zaistnieć na seniorskim poziomie, ale z piłką związany byłem od dziecka. Jako młody chłopak na Szczepaniaka nie odpuściłem żadnego meczu Korony. Nie byłem typem wyjazdowicza, jednym z tych najbardziej fanatycznych kibiców, ale nie pamiętam, bym od trzeciej ligi – najpierw na starym stadionie, potem już na Ściegiennego – choć raz nie pojawił się na trybunach. Dlatego samo dostanie się do klubu, do biura prasowego, było czymś wielkim. Byłem blisko zespołu, uczestniczyłem we wszystkich treningach, już wtedy jeździłem na obozy przygotowawcze. W momencie, gdy zostałem członkiem sztabu i zespołu, było to niesamowite przeżycie. To jest praca, o której marzy się w młodości.

Co do aspektów negatywnych – wszystko ma dobre i złe strony. Ta praca na pewno jest odpowiedzialna, wymagająca, poświęcam jej dużo czasu i zdrowia. Odczuwa to też rodzina, bo wiążę się to z licznymi wyjazdami i nieobecnością w domu. Od kilku lat pochłania mnóstwo mojego życia, ale podkreślam – mogę się tylko cieszyć, że mam szansę być w środku tego i pełnić taką funkcję.

Bardzo zmieniła się twoja optyka na piłkę nożną, gdy trafiłeś do drużyny?

- Musiała się zmienić. Będąc z boku, widzisz tylko efekt końcowy, czyli mecz. Możesz jeszcze dowiedzieć się kilku rzeczy z mediów, ale to wszystko. Będąc w środku, tworzysz to, poznajesz specyfikę. Wiesz o problemach, widzisz, że nie zawsze jest tak pięknie i kolorowo. Optyka się zmieniła, ale nie mogę powiedzieć, że negatywnie albo pozytywnie. Na pewno mnie to pochłonęło. Dużo się nauczyłem przez ten okres, poznałem wielu ludzi. Trochę czasu zajęło mi tylko zrozumienie środowiska, które – nie ma co ukrywać - jest specyficzne. Z jednej strony – hermetyczne, a z drugiej cały czas cos się dzieje.

Odkąd objąłeś funkcję, pracowałeś z wieloma szkoleniowcami. Ci zmieniali się praktycznie co rok. Chyba nie było to dla ciebie łatwe, bo to z trenerem musisz najbliżej współpracować.

- To prawda, w niecałe sześć lat pracowałem z aż siedmioma trenerami. A przecież wcześniej miałem też kontakt z Markiem Motyką, Marcinem Sasalem czy Włodzimierzem Gąsiorem, widziałem, jak to funkcjonuje u nich. Najważniejszą sprawą jest, że trenera trzeba się nauczyć. Każdy jest innym człowiekiem, ma inny charakter i inne wymagania. Kluczowe jest, by nie tyle szybko złapać z nim wspólny język, co zrozumieć, na czym mu najbardziej zależy. Mimo że ci trenerzy mieli dużo podobieństw, to każdy był jednak diametralnie inny.

Na pewno miałem dużo szczęścia – i mówię to wprost – że moim pierwszym trenerem był Leszek Ojrzyński. To człowiek niezmiernie wymagający, co bardzo pomogło mi we wdrożeniu się do pracy. U niego było prosto – coś mówi i po pięciu minutach pyta o efekty. To pozwoliło mi nauczyć się systematyczności i skrupulatnej pracy codziennej. Drugim ważnym elementem jest samo podejmowanie decyzji, co do zgrupowań, funkcjonowania drużyny itp. Jeden preferuje treningi w godzinach popołudniowych, drugi w porannych. Jeden lubi spać w hotelu, skąd w 5-10 można dojechać do stadionu. Innemu nie przeszkadza nawet 40-minutowa podróż, ale chce mieć ciszę, spokój i las dookoła. To są szczegóły, detale, ale do wszystkiego trzeba się dostosować. W momencie zmiany trenera, zmienia się podejście całej drużyny. Za każdym razem trzeba się przestawiać, ale to nie kłopot. W związku z tym, że trochę tych trenerów już w Koronie było, dużo wariantów pracy mam za sobą.

Bardzo ważne jest to – i znów chcę to podkreślić – że tak jak mam szczęście do fajnych zawodników, o wysokiej kulturze osobistej i pozytywnym charakterze, tak trafiam na fajnych trenerów. Każdego z nich wspominam bardzo miło. Nie ukrywam, że kontakt utrzymujemy do dziś – mniejszy bądź większy, ale gdy spotykamy się osobiście, zawsze jest okazja do miłych wspomnień. To proste – kiedy masz szkoleniowca, który wymaga, ale traktuje cię po ludzku, bo wie, ze jesteś tylko człowiekiem, wtedy możesz normalnie pracować. Mogę podkreślić, że od momentu Leszka Ojrzyńskiego aż do Gino Lettieriego oni wszyscy tacy byli i są.

Może wyprowadzisz mnie z błędu, ale obserwując Koronę od lat, miałem nieodparte wrażenie, że najlepiej odnajdywałeś się w zespole tworzonym przez Macieja Bartoszka. Nie czułeś żalu latem, że to koniec?

- Ciężko mi stwierdzić, dlaczego pojawiają się takie opinie, bo do mnie też docierały. Myślę, że Maciek był takim człowiekiem, który przede wszystkim sam się bardzo dobrze tutaj czuł. A razem z nim wszyscy dookoła. Nie chciałbym jednak nikogo wyróżnić. Podobne relacje miałem czy to z Ryszrdem Tarasiewiczem, Marcinem Broszem czy Leszkiem Ojrzyńskim. Nie mogę wskazywać, że z Maćkiem było najlepiej, bo z każdym było podobnie. Od każdego wyciągnąłem dla siebie bardzo dużo.

Czy czułem żal? To nie ma znaczenia. Żal czułem po odejściu każdego z nich. Mówię szczerze. Pracujesz z człowiekiem pół roku, albo rok, spędzasz z nim mnóstwo czasu, jesteś na zgrupowaniach, siedzisz przy tym samym stole. Znasz problemy prywatne, poznajesz go od środka. Zawsze pierwsze tygodnie są badawcze, ale później te relacje zaczynają się zazębiać. To zawsze jest ciężkie dla mnie i innych osób, będących blisko trenera, gdy ten odchodzi. Kończy się coś, co uważałeś, że jest fajne. I mówię o każdym, nie tylko o Bartoszku.

Ale tutaj, w sporcie, nie ma sentymentów. Taka jest piłka. Podobnie to wygląda z zawodnikami – przychodzi moment pożegnania i jest nowy okres. Nigdy nie wiadomo, czy będzie lepszy czy gorszy. Na pewno nie można na początku nikomu wystawiać opinii, czy nastawiać się na niego negatywnie. Trzeba mieć czystą kartę. W piłce, szczególnie w Polsce, wiele rzeczy dzieje się bardzo szybko. To się zrobiło normalne, trzeba się do tego przyzwyczaić i pracować dalej.

Nie miałeś wtedy, albo kiedykolwiek wcześniej, pomysłu, żeby solidarnie odejść z klubu z trenerem?

- W żadnym wypadku. Ja nie pracuję dla trenera. Ja pracuję dla klubu. To on jest moją największą miłością. Byłoby głupotą stawianie pracownika wyżej niż sam klub. Żadna taka myśl nie przeszła mi przez głowę, bo to byłoby nielogiczne. Klub jest jednostką nadrzędną – ludzie przychodzą i odchodzą, a klub trwa i na jego dobro należy pracować.

Ale nie ma co ukrywać, że sytuacja latem była trudna. Dla ciebie szczególnie, bo od początku musiałeś być pewnym spoiwem. Łącznikiem między Gino Lettierim a piłkarzami.

- To, co działo się w mediach, było zbyt rozdmuchane. Za dużo niepotrzebnego chaosu. Nie chciałbym tego wątku ciągnąć, bo jest dawno za nami. To takie grzebanie w trupach, choć to też nie jest dobre określenie. Samo przyjście Lettieriego nie było dla mnie niczym dziwnym i nowym. Na pewno jednak trener od samego początku przyprowadził ze sobą styl i zakres wymagań, z którymi być może piłkarze w Koronie, czy też w całej Polsce, mogli się wcześniej nie spotkać.

Jedynym problemem, choć też nie czuję się do końca odpowiednią osobą, by to oceniać, mogło być to, że to wszystko działo się bardzo szybko. Na pewne zmiany było mało czasu. Jestem jednak święcie przekonany, że gdyby Lettieri nie zrobił wtedy tego w taki sposób, to nie osiągnąłby efektu, który na chwilę obecną ma.

Trzeba mu to oddać, bo wiedział od początku co robi. Teraz zbiera tego plony. Oczywiście nie osiągnęliśmy w tym sezonie tak naprawdę niczego. Rozgrywki się toczą, wiemy, co jest do zdobycia, ale na dziś można być po części zadowolonym z miejsca, w którym jesteśmy. Wierzymy, że ta praca wykonana przez zespół przyniesie jakieś efekty.

Myślałem wtedy o tobie. I szczerze mówiąc, nie zazdrościłem ci. Nie pojawiało się takie uczucie, że nie chciałeś iść do pracy, bo wiedziałeś, że atmosfera jest gęsta?

- Może cię zaskoczę, ale nigdy nie miałem takiego dnia, kiedy mógłbym pomyśleć, że nie chce mi się iść do pracy. To jest w niej najfajniejsze, że człowiek w ogóle nie rozpatruje tego w takich kategoriach. Idzie się do pracy z radością. Zapewne dlatego, że ta praca to... nie jest tylko praca. Ja przynajmniej tak to odbieram. Nigdy nie przychodzę, by pobyć w niej od 8 do 16. To jest pewien rodzaj przygody życiowej. Byłbym niepoważny, gdybym podchodził do tego inaczej. Przeżyłem tu wiele różnych sytuacji – łatwiejszych, trudnych, czy bardzo trudnych. I te kilka lat nauczyło mnie, że w sporcie zawsze coś się dzieje. Nie można podchodzić do tego w sposób ambicjonalny – myśleć, czy mi się chce, czy nie, albo że obraziłem się na kogoś. Na to nie ma miejsca w piłce.

Co by się nie działo, trzeba robić to, co należy do człowieka. Co ma w zakresie swoich obowiązków i z czego jest rozliczany. Daleko z tyłu zostawia się ambicje. Ambicje może mieć zawodnik czy trener, a ambicją kierownika jest, by wszyscy byli zadowoleni z pracy, którą wykonuje. Tylko to mnie interesuje, nie patrzę na nic innego.

Jaki jest Gino Lettieri?

- Bardzo lubię trenerów, którzy są wymagający. Najgorsze, jeśli trener popuszcza...

To znaczy, że tacy byli?

- W takich kategoriach mogę rozpatrywać tylko Pachetę. Tyko że on może nie tyle popuszczał, co miał taki temperament, ze dawał dużo wolnej ręki. Często zmieniały się wizje, plany, czy decyzje dotyczące zwykłych rzeczy. Nie oceniam go jednak negatywnie. Wręcz przeciwnie, była to ogromna przygoda. To człowiek z przeszłością w wielkiej piłce, super facet. Może nie miał tylko tego bata, który jest potrzebny do prowadzenia zespołu. Mnie, jako kierownikowi, też bardziej odpowiada jasne określenie wymagań, bycie konsekwentnym i rozliczanie z tego wszystkiego. Ale może to za mocne słowa, za bardzo górnolotne… Po prostu chodzi o to, żeby był konkretny plan działania na co dzień, ale też z wyprzedzeniem, na kolejne miesiące.

Taki jest Gino. Jest wymagający. Już dziś rozmawialiśmy o wszystkich meczach i zgrupowaniach do 30. kolejki, a nawet o okresie letnim. Działa z wyprzedzeniem. Dużo wymaga i to jest dobre, bo napędza człowieka do działania. Lettieri co chwilę woła mnie i pyta, czy coś już jest gotowe, jak to robimy. Wiesz, że musisz być nieustannie „pod parą”. Nie może być tak, że odpowiesz trenerowi, że mamy czas, bo coś wydarzy się dopiero za 2-3 tygodnie. Nie, nie ma czasu. Wszystko musi być gotowe jak najszybciej, bo potem jedna sprawa nakłada się na drugą i robi się problem.

Jest coś, w czym Lettieri przerasta poprzednich trenerów Korony?

- Nie tyle przerasta, co przywiózł z zachodu pewne rzeczy, które mają wpływ na lepszą jakość funkcjonowania zespołu. Choćby pod kątem organizacji – są mecze, na które latamy samolotem. Inwestujemy w dział medyczny, w nowe sprzęty do regeneracji. Jest duży nacisk na rozwój pod tym kątem, według idei, że drużynie ma niczego nie brakować. Ma być w klubie wszystko, co jest potrzebne do odpowiedniego treningu, podróży i regeneracji. Nie można poprzednim trenerom zarzucić, że tego nie chcieli robić. Tylko w tym momencie, klub, po zmianach właścicielskich, może sobie na więcej pozwolić. Tu widzę różnicę. Lettieri realizuje to, czego nam w niektórych aspektach brakowało. Inwestycja w zespół jest duża. Jeśli coś jest potrzebne, to pomimo tego, że to kosztuje, nie ma kalkulacji. Jeżeli uważa, że to wpływa na formę, dzięki czemu wyniki mogą być lepsze, dąży do tego, żeby to się w klubie pojawiło jak najszybciej. 

Wcześniej też pewnie były takie chęci, poprzedni trenerzy myśleli o tym, ale klub funkcjonował na trochę innych zasadach. Nie jest tak, że on pojawił się i pokazał coś, o czym wcześniej nie wiedzieliśmy. Ale ma możliwość realizacji tych rzeczy.

Oprócz tego jest to facet o bardzo ciekawym temperamencie. Walczy, żeby dla zespołu było jak najlepiej. To go wyróżnia, ale nie chciałbym, żeby to było ujmą dla jego poprzedników.

Nie było problemów z komunikacją?

- Rozmawiamy po angielsku. Gino na początku był z tym językiem trochę ostrożny. Wszystko rozumiał, ale z mówieniem miał problem. Pewnie to przez przerwę w jego używaniu. Z biegiem czasu wyglądało to coraz lepiej. Jak w życiu – początki trudne, ale im dłużej pracuje się ze sobą, tym lepiej ludzie poznają się wzajemnie. Gdy przychodzi obcokrajowiec, zawsze jest problem. Podobnie było z Pachetą. Tym razem jednak Lettieri miał asystentów, w postaci Davida i Mirka Dreszera, którzy mogli na bieżąco i sprawnie tłumaczyć informacje zespołowi na język polski.

Jednak z biegiem czasu Gino zaczął do zawodników na treningach i podczas meczów mówić po angielsku. To ułatwiło sprawę. Nie ma co ukrywać – nigdy, nawet najlepszy tłumacz, nie przekaże  w 100 procentach tego, co może trener. Gino mówi z emocjami, żyje tym wszystkim. Nikt nie przekaże tego, tak jak on. Po tych pierwszych tygodniach, bardzo szybko poszło to w dobrym kierunku. Dziś nie mamy z tym absolutnie żadnego problemu.

Jarosław Krzoska powiedział kiedyś w wywiadzie dla „Piłki Nożnej”, że Łukasz Tomczyk jest dla niego – i jest to cytat dosłowny - guru wśród kierowników drużyn...

- Jarek? O kurczę, muszę odszukać tę wypowiedź, bo jestem mocno zaskoczony. Naprawdę tak powiedział?

Tak, wymienił ciebie i Konrada Paśniewskiego z Legii.

- Gdybyśmy w tym momencie nagrywali rozmowę, na mojej twarzy można by ujrzeć rumieńce. Jestem tym podwójnie zaskoczony, bo to ja Jarka uznaje za guru. Raz, że długo w tym siedzi. Dwa, że ma ogromne doświadczenie w pracy dziennikarskiej. Zjadł zęby na sporcie. Miło to słyszeć, aczkolwiek to totalna przesada.

Chyba jednak szybko zyskałeś uznanie w środowisku?

- Gdy zostawałem kierownikiem, byłem najmłodszy w całej ekstraklasie. Teraz młodsi są Arek z Jagiellonii i Karol z Zagłębia. Wcześniej wszyscy byli starsi – wiekiem i stażem. To jest jednak w tej pracy fajne, że choć na boiskach drużyny walczą, chcą się przechytrzyć taktycznie, ukrywają informację (my też dbamy o to, by one nie wychodziły), kluby ze sobą rywalizują, to jednak kierownicy ze sobą współpracują i wspierają na bardzo wielu płaszczyznach.

To wymiana informacja – hotele, bazy treningowe, boiska. Radzimy, gdzie zjeść posiłek na trasie, jak zarejestrować zawodników. To chyba jedyna funkcja w klubach, która na co dzień ma ze sobą życzliwy kontakt i stara się wspierać wzajemnie. Mimo że rywalizujemy, to przed meczami sobie podpowiadamy. Gdy goście jadą do Kielc, doradzam, który hotel jest najlepszy, pomagam z organizacją boiska na miejscu, sugeruję, by omijać pewne ulice, gdzie trwają roboty drogowe. I później tego samego mogę oczekiwać, gdy my jedziemy na wyjazd.

Mam wśród kierowników kilku przyjaciół. Wciąż utrzymuję kontakt z Maćkiem z Zawiszy Bydgoszcz, który nie pracuje już w zawodzie. Utrzymujemy super relacje, z częścią kierowników jesteśmy dobrymi kolegami. Cenię sobie to, że do kogo nie zadzwonię, to zawsze mogę liczyć na podpowiedź. To nie jest tak, że my wszystko wiemy. To praca, gdzie sytuacja nas bardzo często zaskakuje – w tym natłoku i tempie nie da się zrobić wszystkiego idealnie, czasami można popełnić jakiś błąd. Dlatego konsultujemy się, dużo rozmawiamy, by wyeliminować te wpadki i nawzajem wspierać.

Najtrudniejsza sytuacja, odkąd zostałeś kierownikiem?

- Nie ma się co zastanawiać. To Puchar Polski sprzed dwóch lat. Nie chciałbym zbytnio wracać do tego, za wiele się wypowiadać... Może powiem tak. Tylko moja rodzina, bliscy pracownicy i przyjaciele wiedzą, ile mnie to kosztowało prywatnie. To moment, którego nie zapomnę do końca życia.

Muszę przypomnieć czytelnikom. Po meczu z Wdą Świecie z rozgrywek wyeliminowana została Korona, bowiem na boisku w 89. minucie pojawił się nieuprawniony do gry zawodnik. Chodziło o wychowanka klubu, Adama Zawieruchę.

- Najgorsze jest to, że do dzisiaj mam świadomość, że to nie była sytuacja zero jedynkowa. Nie wynikało to z błędu, tylko bardziej ze złej interpretacji. Zresztą, i tak nie mogę sobie tego do dziś wybaczyć. Siedzi to w sercu. Zasugerowałem się jedną rzeczą - błędem w systemie Extranet, który dopuścił do takiej sytuacji. Nawet nie tak dawno mieliśmy nieformalne spotkanie z kierownikami, by omówić pewne sprawy, które nas bolą i chcielibyśmy poprawić w centrali. Usłyszałem od chłopaków, że do dziś pamiętają tę sytuację. I też uznają, że nie do końca tak powinno to wyglądać. Nie chcę się jednak wdawać w szczegóły.

Temat jest zamknięty, ale... Trauma pozostała. Powiem ci szczerze, że jeszcze jesienią, gdy graliśmy w Pucharze Polski w Sosnowcu, chłopaki śmiali się ze mnie, że po raz 50 czy 100 sprawdzałem maila z PZPN-u z informacją dotyczącą zgłoszeń zawodników czy kartek. Mimo że byłem pewny, iż wszystko jest w porządku, nie dawało mi to spokoju. To był najcięższy okres w mojej pracy, co miało też przełożenie na życie prywatne. Cała sytuacja odbiła się na mnie i moich najbliższych.

Z drugiej strony, uważam, że ten okres mnie wzmocnił. Mówi się, że co cię nie zabiję, to cię wzmocni. Mnie nie zabiło tylko dzięki temu, jaką decyzję podjął klub. Dzięki wsparciu, jakie dostałem od wielu osób z klubu i zespołu. Wiele mnie to nauczyło. Dostałem poważnego kopa w d..., ale wzmocniło to skórę.

Teraz mamy półfinał PP z Arką. Moim marzeniem jest, by przejść Arkę i zagrać na Stadionie Narodowym. Byłaby to taka rekompensata dla kibiców i klubu za tamtą sytuację. Boisko wszystko zweryfikuje, ale będę bardzo szczęśliwy, jeśli uda się tego dokonać.

Z Arką najpierw zagracie w Kielcach. Jeżeli wygracie, nawet nie chcę sobie wyobrażać, ile razy będziesz sprawdzał dane w systemie przed spotkaniem rewanżowym w Gdyni.

- Oczywiście, będę to robił. To samo dotyczy zresztą każdego meczu, również w ekstraklasie. Trzeba pilnować się na każdym kroku. Na boisku może przebywać aktualnie dwóch zawodników spoza Unii Europejskiej. W ubiegłej rundzie mieliśmy w kadrze czterech piłkarzy o tym statusie, na dziś mamy trzech. Każdy mecz odbywa się z groźbą, że skończy się walkowerem.

Widzieliśmy co działo się ostatnio w Poznaniu, gdy Nenad Bjelica przytrzymywał piłkarzy przy linii bocznej, przed wejściem na boisko przy zmianach. My też mieliśmy takie sytuacje za Marcina Brosza, czy już za Lettieriego. To ułamki sekund, a przepis jest ciężki. Jeśli cała ławka rezerwowych tym nie żyje, ty, jako kierownik, musisz być podwójnie skoncentrowany. Tutaj sekunda może spowodować, że dochodzi do tragedii. Każdy mecz, pod kątem tego przepisu, kosztuje sporo zdrowia. Prawdę mówiąc, jestem zwichrowany, bo chwilami mniej interesuje mnie to, co dzieje się na boisku, a bardziej myślę o tym, żeby wszystko było OK ze zmianami. Taki urok tej pracy.

To jeden z bardziej newralgicznych jej aspektów. Odpowiedzialność. Piłkarz nie trafi na pustą bramkę, to strzeli ją w następnym. Trener podejmie gorszą decyzję, za chwilę są kolejne mecze, by się odbudować. U kierowników jest inaczej. To chyba wspomniany wcześniej Jarek Krzoska powiedział kiedyś, że to robota, jak u sapera – mylisz się tylko raz. U mnie limit szczęścia został już wykorzystany. Jedną bombę przeżyłem. Na szczęście w trakcie tego wybuchu nie rozerwało mnie do końca.

Ale obserwuję cię na ławce rezerwowych. Widzę, jak żyjesz meczem, jakie emocje z ciebie wychodzą. Podejrzewam, że sędziów też czasami wyzywasz...

- Nie wyzywam. Nawet jeśli spytałbyś sędziów, to pewnie odpowiedzieliby ci, że jestem jedną z tych osób, z którą mają fajne relacje. Bardzo ich szanuje. Uważam, że sędziowanie w ekstraklasie poszło do przodu. To nie jest tak, że mylą się, bo chcą. Oni też są ludźmi. Jeden lepszy, drugi trochę słabszy – jak w sporcie. Ale nie da się ukryć. Mecz to mecz, każdy przeżywa go w wyjątkowy sposób – piłkarz, kierownik, trener czy masażyści. Każdy ma poczucie, wychodząc z szatni, że idzie na wojnę.

Przeżycia są ogromne, to normalne. Pracujesz cały tydzień na to, by na końcu, w zawodach, walczyć o dobry wynik. Nie da się przejść obok tego obojętnie. Powiem więcej, na ławce są takie emocje, że gdy już wracam do domu, to mam ten sam problem, co piłkarze. Nie mogę zasnąć. Żona się denerwuje, a ja nocami krzątam się po domu, otwieram lodówkę, włączam telewizor. Krew buzuje, ciśnienie jest wyższe. To idzie z człowiekiem ze stadionu do domu. Jeżeli ktoś jest zaangażowany, nie może być obojętny wobec tego, czy wygraliśmy, czy przegraliśmy.

Kolejny temat z przeszłości. Kto jest według ciebie najlepszym spikerem w historii ekstraklasy? I dlaczego jest to Wojciech Hadaj?

- (śmiech) Według mnie najlepszym spikerem w historii ligi jest Paweł Jańczyk. Nie mam żadnych wątpliwości.

Teraz w Koronie spikerów jest dwóch, więc nie doceniasz tego drugiego, Pawła Dudka.

- Ale było pytanie, kto jest najlepszy, dlatego wskazuję pierwszego Pawła. Takie jest moje zdanie. Co do Wojciecha Hadaja... Co ja mogę powiedzieć. Chyba tylko tyle, że po meczu podaliśmy sobie ręce. Na kolejnym meczu na stadionie Legii też podaliśmy sobie ręce. Oczywiście, spiker mógł mieć z tego powodu problemy, ale uznałem, że nie ma co rwać szat. Po meczu powiedziałem delegatowi, że nie opisujemy tej sytuacji w protokołach. Zachował się, jak zachował, było, minęło. Ja się cieszę przede wszystkim, że zachowałem się w ten sposób.

Obrazek poszedł w świat, wszystko zarejestrowała kamera klubowa. Każdy mógł wyrobić sobie opinie. Emocje na pewno jednak były ogromne.

- Przeszły mi przez głowę różne myśli. Ręka drgnęła, ale szybko pomyślałem, że nie będę przy kamerach schodził do poziomu, który spotkał mnie z naprzeciwka. Udało się utrzymać emocje na wodzy, to jest najważniejsze. Potem było o tym głośno w Internecie, oglądała to cała Polska. To kolejny etap życia, który wiele mnie nauczył. W różnych formach było to komentowane, ale docierały do mnie też głosy ludzi, którzy doceniali sposób, w jaki zareagowałem. Nie każdy by wytrzymał w tej sytuacji, mi się udało. Mogę się tylko cieszyć. Kolejne, cenne doświadczenie w tej pracy.

To też pokazuje, jak wiele niespodziewanych sytuacji może spotkać cię w tej robocie. W końcu wtedy chodziło o drużynę, która nie mogła się rozgrzewać przed meczem z Legią, bo na jej połowie pokazy wykonywały cheerleaderki.

- To jest praca, w której nigdy nie wiesz, co może się wydarzyć. Śmieję się z tego, że gdy nie ma treningu i przyjdę do klubu nadrobić zaległości, to pojawia się myśl w głowie, że dziś będzie spokojnie. Nie ma zawodników, nikt nie truje za uchem. Ale właśnie wtedy najczęściej wyskakuje coś nowego. To praca, która nieustannie przynosi nowe wyzwania. Nigdy nie da się powiedzieć, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Jeśli tak pomyślisz, zaraz znajdzie się coś, co zaskakuje i sprawia problemy. To samo zresztą mogą powiedzieć zawodnicy, trenerzy czy władze klubu. Praca w sporcie wymaga, by ciągle stawiać czoła nowym wyzwaniom i wymaganiom. Jeśli osiądziesz na laurach i uznasz, że wszystko jest załatwione, to jesteś stracony. To zaskakuje, a ty masz mało czasu, by zareagować. Wymaga to czujności i aktywności.

Prawdziwą legendą na tym stanowisku w Koronie jest Paweł Wolicki, który spędził w klubie kilkadziesiąt lat – najpierw jako piłkarz, potem popularny „kiero”. Wyobrażasz sobie, że mógłbyś pobić jego rekord?

- Paweł to osoba wyjątkowa. Nie da się mówić o Koronie i o nim nie wspomnieć. Człowiek instytucja, choć funkcjonująca oczywiście w zupełnie innych czasach. Teraz jest inaczej, ale absolutnie nie mówię, że łatwiej czy trudniej. Cieszę się, że mogę mieć kontakt z Pawłem na co dzień. Przy okazji treningów drużyny na Szczepaniaka widujemy się i rozmawiamy. Paweł opowiedział mi wiele fajnych historii, dużo też podpowiedział. Nie chciałbym jednak zapomnieć o osobie Pawła Grabowskiego, którego bezpośrednio zastępowałem. To jego chcę wskazać jako człowieka, który przekazał mi najwięcej wiedzy praktycznej i informacji w bardzo krótkim odstępie czasu.

Kiedy przechodziłem z biura prasowego do sztabu, był to ciężki okres. Przez dwa tygodnie nie mogłem zmrużyć oka. Miałem problemy ze snem, a potem śniły mi się różne rzeczy. To był bardzo duży przeskok. Jestem wdzięczny Pawłowi za pomoc w tamtym okresie. Przekazał mi mnóstwo wiedzy i kontaktów, dzięki czemu mogłem zacząć. O tym, że zostanę kierownikiem, dowiedziałem się po okresie przygotowawczym. Do ligi pozostało niewiele czasu. To był zbyt krótki okres, żebym podołał sam. Bez Pawła to wdrożenie byłoby niemożliwe.

Długo się wahałeś?

- To nie była kwestia wahania. Jeśli dostaje się taką propozycję, to będąc wcześniej chłopakiem, który kopał piłkę, kibicował i nagle może znaleźć się na poziomie ekstraklasy, jeździć z zespołem, być z nim na ławce – nie ma się co wahać. Bardziej myślałem o tym, czy podołam. Wiedziałem, że wiąże się to ze zmianą trybu życia. Z tym, że będzie przewrócone do góry nogami. Ale razem z żoną uznaliśmy, że takie sytuacje nie zdarzają się za często. Jeśli pojawiła się taka propozycja, to trzeba z niej skorzystać i dać radę.

Wracając do poprzedniego pytania, ile chciałbym pracować? Powiem szczerze, że w ogóle o tym nie myślę. Nie za bardzo mam nawet na to czas. Życie jest podzielone między pracę w klubie a rodzinę, której staram się poświęcać każdą wolną chwilę. Tych nie jest dużo. Staram się cieszyć każdym dniem i tym, że mam możliwość tutaj być i pracować. Nie zakładam, że spędzę w Koronie jeszcze rok, albo 5 czy 10 lat. Równie dobrze wizja klubu możne być taka, że za jakiś czas trzeba będzie się rozstać.  

Niesamowicie szanuję ludzi, którzy wytrwali na takim stanowisku przez kilkadziesiąt lat. Tak jak Leszek Zakrzewski z Floty Świnoujście, który kierownikiem został w 1978 roku, a łącznie w klubie jest już ponad 50 lat. To naprawdę trzeba mieć niesamowite zdrowie i dystans do siebie. Sama ilość przejechanych kilometrów, zgrupowań, nieobecność w domu... I tak przez 50 lat. To dowód dużej cierpliwości i miłości do tego, co się robi.

Ja nie patrzę w przyszłość. Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę być w szatni. To mi się podoba. Tak jak kiedyś chciałem grać w piłkę, tak jedną z najważniejszych rzeczy jest to, że dziś mogę być jej częścią. Obecność w niej napędza mnie do pracy. Nie zrozumie tego nikt, kto nie miał okazji być w szatni tuż przed meczem, kto nie zna realiów piłki nożnej na co dzień. Kto nie wie, jacy zawodnicy są, z czym się borykają, nie widzi ich zaangażowania. Atmosfera bycia w środku, przeżywania meczów, obserwowania wzlotów i upadków w samym sercu drużyny – w szatni, a potem tuż przy boisku – to niesamowita adrenalina.

Nie powszednieje?

- Nie. Każdy mecz to jest inna historia. Każdy sezon podobnie. Człowiek marzy, by szło to do przodu. W Koronie przeżywaliśmy różne chwile. Cieszę się, że jesteśmy cały czas na poziomie ekstraklasy. Są też ambicje, by dalej to rozwijać. Nie może spowszednieć coś, w czym spełnia się marzenia. Tych jest wiele. Chciałbym przeżyć z Koroną jakiś większy sukces. Nie zdobyliśmy do tej pory medalu mistrzostw Polski, ani Pucharu Polski. Wierzę, że to uda się kiedyś osiągnąć. Nowy sezon to nowe rozdanie, a ty bierzesz udział w budowaniu tego. Wierzysz, że grasz o coś, co może przynieść fajne sukcesy, wspomnienia. Coś, co zapamiętasz na całe życie.

Śledząc choćby nagrania z obozów, widać, że masz bardzo konkretne kontakty z piłkarzami. Nie powiem, że rządzisz nimi twardą ręką, ale na pewno nie dajesz sobie wejść na głowę.

- Przede wszystkim – jestem przekaźnikiem decyzji. Nie jest tak, że o czymś mówię, bo sobie tak to wymyśliłem, tylko informuję o tym, co zadecydował trener lub zarząd. Przekazują ogólne decyzje, nie moje pomysły. Jestem osobą, która ma komunikować pewne sprawy. Twardą ręką? Nie, absolutnie. Chłopaki by się śmiali, czytając takie słowa. Raczej jestem ich przyjacielem. Staram się pomagać we wszystkim, jak tylko mogę. Choć to zawodowcy, ich naprawdę nie trzeba prowadzić za rękę i mówić, co mają robić. Oni to doskonale wiedzą. Ja też wiem, co do mnie należy. Relacje są fajne i wesołe, ale każdy z nas ma swój zakres obowiązków. Oni i ja jedziemy na tym samym wózku, jesteśmy tak samo rozliczani z efektów.

Widać jednak, że z niektórymi zawodnikami miałeś szczególny kontakt. Do głowy przychodzą mi choćby Maciej Korzym czy Kamil Kuzera. Nie przeszkadza to w codziennych relacjach z innymi, mniej lubianymi piłkarzami?

- Maciek, Kamil... To byli ludzie, którzy wtedy, gdy zostawałem kierownikiem, widzieli mnie w tej roli. Oczywiście to nie zależało od nich, lecz od ówczesnego zarządu i trenera, ale będąc przy zespole jako człowiek z biura prasowej, byłem im znany. Jeździłem na wyjazdy, widzieli moje zaangażowanie. Nie ma co ukrywać, że te relacje były i są fajne. W pewnym stopniu pomogli mi znaleźć się tutaj, gdzie jestem dziś.

Wiadomo, że inne są relacje z Polakami, inne z obcokrajowcami. Inaczej jest gdy znasz kogoś kilka lat,  inaczej, gdy kilka tygodni. Brzydko to zabrzmi, ale ten przemiał zawodników w Koronie jest bardzo duży. Zanim niejednego piłkarza zdążysz poznać, to on wyjedzie z Kielc. Zagra pół roku i już go nie ma. Staram się do każdego podchodzić tak samo. Bez względu na to, skąd jest i ile czasu tu przebywa. Jest piłkarzem Korony, to wymaga identycznego podejścia. Myślę, że oni też to czują i w pewny sposób szanują oraz doceniają.

Nie mam swoich faworytów. OK, jak w każdej pracy – idziesz do firmy, która zatrudnia 35 osób, widzicie się codziennie i wiadomo, że te relacje z każdym są na innym poziomie. Niektórych lubisz mocniej, innych mniej. To wiele zależy też od samych zawodników. Niektórych dzień w dzień jest pełno - żartują, mają mnóstwo energii, sami szukają kontaktu, by pożartować i porozmawiać. A są tacy, co mają swoją prywatną otoczkę i przychodzą do klubu, by wykonać tylko swoją pracę. Integrują się z zespołem, ale nie szukają bardzo bliskich relacji. To zależy od charakteru. Mam jednak to szczęście i mówię o tym otwarcie, że od początku trafiłem na grupę fajnych zawodników. I mimo że ci piłkarze się zmieniają, podobnie jak trenerzy, to cały czas trafiają do Kielc ludzie, którzy prywatnie są na wysokim poziomie.

REKLAMA

To pytanie jest bardzo ogólne, ale taki jest właśnie jego zamysł. Jestem ciekaw twojej odpowiedzi. Jaka jest ta obecna Korona?

- To jest poruszane w mediach ogólnopolskich. Ciężko powiedzieć, skąd się to bierze, ale jaka by sytuacja w klubie nie była, co by się tutaj nie działo, to ma to jakąś otoczkę i magię. Mówię o atmosferze w zespole, ale też samym klubie. Dokładnie tak samo jest teraz. Mimo bardzo dużej liczby obcokrajowców, da się wyczuć w szatni, że jest to grupa ludzi, która na pewno chciałaby coś osiągnąć. Oni chcą pracować. Są problemy, chwile wzlotów i upadków, ale wszyscy wkładają maksymalne zaangażowanie. To zespół, który ma potencjał. Może sprawić niespodzianki. Nie chciałbym, jako kierownik, mówić o tym, na czym nam zależy, ale przy pewnej dozie szczęścia i kontynuacji pracy, którą wykonujemy od dłuższego czasu, jesteśmy w stanie ucieszyć ludzi w Kielcach.

To jest bardzo ważne. Nikt nie stawia przed nami nie wiadomo jakich celów, ale każdy z nas po cichu o tym myśli. Chcielibyśmy sprawić, by o Koronie mówiło się pozytywnie. Chcemy sprawić radość ludziom w klubie, mieście i regionie. Ale tak jak mówią piłkarze – boisko jestem miejscem, gdzie wszystko się rozstrzyga. Tam może zdarzyć się wiele. Najważniejsze, żebyśmy byli przygotowani na to, co nas czeka i starali się robić swoje.

Zmierzamy do końca rozmowy. I co, było tak ciężko?

- Nie było źle. Aczkolwiek potwierdzam, że łatwiej się rozmawia w cztery oczy. Kamer nie lubię...

To może warto iść za ciosem i wziąć przykład z kolegi Arkadiusza Szczęsnego, kierownika Jagiellonii Białystok, który ma konto na Twitterze i też się tam uaktywnić? Albo na Instagramie. Takie obrazki z wnętrza szatni na pewno biłyby rekordy popularności.

- Arkadiusz... Tak, to jest brylant, jeśli chodzi o media społecznościowe. Ja nie jestem ich miłośnikiem. Nawet ich nie mam, tylko na Facebooka zaglądam raz na jakiś czas. Uważam, że nic na siłę. Jeżeli ktoś lubi takie rzeczy, odnajduje się w tym, to jak najbardziej – niech korzysta. Jest koniunktura, bo to się sprzedaje, jest fajne, o tym się mówi, ale jeśli człowiek nie czuje potrzeby, to lepiej w to nie wchodzić. Ja naprawdę lubię to, co robię, ale wolę być w cieniu. Lepiej się czuję. Zauważ jedną rzecz – gdyby nie ten Puchar Polski, to przez sześć lat nikt by o mnie nie mówił. Podobnie z Hajadem – nikt nie zwracałby na mnie uwagi. Wiesz, mi to pasowało. Bo z kierownikami jest tak, że jak się o nich mówi, to najczęściej wtedy, gdy coś się wydarzy. Kiedy podwinie im się noga. Taka specyfika tej roboty. Dlatego lepiej być w cieniu, robić swoje i nie dopuszczać do takich sytuacji.

Czyli Michał Siejak nie zdoła namówić cię na film z życia kierowników Korony?

- Nie wiem, zobaczymy. Gdyby miał powstać, to z moim serdecznym przyjacielem, czyli „panem Bu” musielibyśmy usiąść przed kamerą. Bo to nie jest tak, że robię wszystko sam. Z Mateuszem pracuję od początku i wśród zawodników, czy pracowników klubu, jesteśmy uznawani za nierozłączny duet. I tak trochę jest, nie wyobrażam sobie pracy bez niego. Wykonuje kawał ciężkiej, czarnej roboty. Jest niewidoczny, choć ostatnio zaczął dbać o wizerunek... Ale nie mówię nie. Może kiedyś coś razem zrobimy fajnego przed kamerami.

Rozmawiał Tomasz Porębski

fot. Paula Duda


W poprzednich odcinkach…

Nie żałuję, wiele się nauczyłem

W pewnym momencie tego zniecierpliwienia i irytacji było tak wiele, że nie do końca to wytrzymałem. Próbowałem to poczucie, tę nadwyżkę energii, to ciągłe oczekiwanie zabić. Ja zabijałem to dodatkowymi treningami na siłowni lub innymi, podobnymi zajęciami. Patrząc dzisiaj, z odpowiedniej perspektywy, czasami robiłem aż za dużo naraz.

Czytaj więcej

 

Liroy o sporcie i polityce

Jak zobaczyłem to hasło „don’t give up”... Nie, nie chowałem się ze wstydu. Jeżdżę po Polsce i wszystkim mówię, że pochodzę z Kielc. Nigdy nie było inaczej, jestem dumny z Kielc i regionu, nie powiem na niego złego słowa. Ale pojawia się to „don’t give up” i zażenowanie jednak jest. Głupi ludzie wydają ogromne pieniądze na takie pomysły. A są inne, lepsze, wręcz na wyciągnięcie ręki, za które nie trzeba wcale płacić. Jednak trzeba być kreatywnym, mieć coś w głowie. Mieć wizję.

Czytaj więcej

 

Grzegorz Piechna - legenda Korony

Było fajnie. Człowiek był na topie. Wprawdzie chwilami sytuacja stawała się męcząca i uciążliwa, przede wszystkim dla mojej rodziny. Dostawałem dużo różnych telefonów – od mediów, kibiców, i to o różnych porach. Gdy wracałem do domu, żona groziła mi, że wyrzuci telefon, bo nie dadzą nam spokoju. Tak było jednak kiedyś. Teraz już tak często telefon nie dzwoni.

Czytaj więcej

 

 

REKLAMA

Wasze komentarze

kkfan2018-02-27 17:54:45
czy to ten kierownik co nie zna zasad rozgrywek i wylecielismy frajersko z Pucharu Polski bo zagrał nieuprawniony zawodnik - a on o tym nie wiedział?
CK-dezerter2018-02-27 18:22:10
Fajne ZDJECIA!
Kawał historii
Plankton2018-02-27 18:33:03
Łukasz Tomczyk nasz chuligan :D
krok2018-02-27 19:10:23
nie na tapetę, tylko na tapet
...2018-02-27 19:23:56
Dobry Chłopak. Charakter, ambicja, przywiązanie, stanowczość - te określenia pasują do Łukasza i to bardzo. Kto go zna ma miał z nim kontakty każdy powie że to odpowiednia osoba na odpowiednim stanowisku + dużo dużo extra od samego siebie. Jest ważną częścią Koronki. Zaangażowany. 100 lat Łukasz w Koronie. Szczerze.
dobry wywiad2018-02-27 19:34:48
fajnie ze kiero jest kibic Korony od dziecka, robiacy to z pasja i skoro pracuje tu juz 6 lat to znaczy ze dobrze wykonuje swoja robote. Choc przy wpadce z walkowerem mial szczescie, jego odpowiedniczka pani z Legii tyle go nie miala, no ale to byly jednak inne rozgrywki...
Ck2018-02-27 20:10:01
Super człowiek, zawsze wesoły, uśmiechnięty, dobra dusza w szatni. Szkoda jedynie ze nie dał w mordę Hadajowi przed pewnym meczem z Legią, bo należało się temu burakowi ze stolycy.
Mks2018-02-27 20:26:46
Tomczyk to kierownik po znajomosci.
PDK2018-02-27 20:48:06
Kiero. Pozdro z Podkarczówki:)
Menago2018-02-27 20:56:17
W Niecieczy przed meczem Kiero witając się z Grzelakiem zapytał " dlaczego nie odbiera telefonu ?" Czy to z tego powodu nie wrócił do Korony?
Kriss2018-02-27 20:59:20
Bierze się coś/kogoś na tapet, a nie tapetę
sck2018-02-27 21:08:22
ziomki zważcie że to nie byl do końca jego błąd.. nie zapomniał karteczki z domu pt. "ci nie mogą grać" tylko system nawalił. A rozmowa spoko cksport oby tak dalej : )
Mario do kkfan2018-02-27 21:55:05
Najpierw przeczytaj artykuł ze zrozumieniem,póżniej oceniaj gościa...
obaj2018-02-27 22:59:28
kierownicy to do jatomi na odchudzanie, bo niedlugo w futryny sie nie zmieszczą.
KK fan2018-02-28 09:07:37
Do Mks -ta po znajomosci bo jego matka jest prezesem hahaha ogarnij papę
Bryx2018-02-28 11:21:33
Spoko gość. Rzeczywiście trochę tajemnicza postać, dobrze, że się wreszcie pokazał.

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group