REKLAMA

Widziałem rzeczy, jakich wielu piłkarzy nigdy nie doświadczy. To mnie wzmocniło

23-02-2018 11:40,
Mateusz Kaleta

Zanim Zlatan Alomerović trafił do Korony Kielce, w swoim życiu przeżył już wiele trudnych chwil. Sytuacja, w której przez całą rundę jesienną był rezerwowym w zespole Gino Lettieriego to tak naprawdę kropla wody w całym oceanie. To go nie załamało, bo życie - jak sam mówi - nauczyło go, że zawsze trzeba walczyć o swoje i dostrzegać w nim pozytywy, nawet jeśli nie wszystko układa się po jego myśli. Dziś jest pierwszym golkiperem Korony i stara się udowodnić, że w Polsce nie znalazł się przypadkowo.

26-letni golkiper to chyba najbardziej rozpoznawalna postać w szeregach kieleckiego zespołu, która dotarła do Polski z Niemiec. Jego profil na Instagramie obserwuje ponad 35 tysięcy ludzi. Zna się z gwiazdami światowego formatu - Robertem Lewandowskim, Pierre-Emerickiem Aubameyangiem, czy Marco Reusem. Trzy lata spędzone w pierwszym zespole Borussii Dortmund pozwoliły mu doświadczyć futbolu na najwyższym światowym poziomie.

Teraz życie zawiodło go do Polski. Sezon zaczął w pierwszym składzie, ale po dziewięciu kolejkach stracił miejsce w jedenastce. Rywalizację przegrał z Maciejem Gostomskim i musiał pogodzić się z rolą rezerwowego. Jednak teraz, ze względu na decyzję zarządu, który odsunął polskiego bramkarza od drużyny, to znów na barkach Alomerovicia będzie spoczywać odpowiedzialność za kielecką defensywę. 

REKLAMA

Wydawało się, że czeka cię zacięta rywalizacja z Maciejem Gostomskim o miejsce w składzie. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna, a o twojej wygranej zaważyły względy pozasportowe.

- Od samego początku, kiedy usiadłem na ławce, chciałem wrócić z powrotem do bramki. To oczywiste. Gdy wyjeżdżaliśmy do Turcji, wiedziałem, że to doskonały moment, aby udowodnić swoją wartość. Trenowałem, robiłem wszystko co w mojej mocy, aby to osiągnąć. Za każdym razem, gdy dostawałem swoją szansę w grach treningowych, dawałem z siebie wszystko. Chciałem pokazać trenerowi, że zasługuję na miejsce w składzie.

Ale jednak sytuacja z Gostomskim ułatwiła ci zadanie.

- To, co się wydarzyło, to nie moja sprawa. Nie znam szczegółów tego, co działo się między klubem, a Maćkiem. Ja nigdy nie miałem z nim problemów. To sprawa samego zawodnika i klubu.

W tym momencie kadra Korony liczy sobie tylko dwóch golkiperów. Konkurencja bardzo się osłabiła. Nie boisz się, że poczujesz się zbyt pewny siebie?

- Absolutnie nie. W pierwszej rundzie byłem rezerwowym. Nigdy nie możesz być niczego pewien. Każdego tygodnia muszę pokazywać na treningach, że zasługuję na miejsce w jedenastce, muszę dawać z siebie wszystko na treningach. To nie jest tak, że nie czuję presji. Czuję ją. Oczywiście, w kadrze jest tylko dwóch bramkarzy, ale my mamy do wykonania swoją robotę i na tym się skupiamy. Decyzja o tym kto zagra, należy do trenera. Ja staram się, aby była przychylna dla mnie. Chcę to udowodnić dobrymi występami na boisku i pracą na treningach.

Wcześniej nic jednak nie wskazywało na taki rozwój wydarzeń. Sezon rozpoczynałeś jako zawodnik podstawowej jedenastki.  Początek nie był jednak łatwy: Korona grała dobrze, ale brakowało punktów. I wtedy do bramki wszedł Gostomski, a ty usiadłeś na ławce.

- To była dla mnie bardzo trudna sytuacja. Kiedy jesteś graczem podstawowego składu i pewnego dnia okazuje się, że nie ma cię w jedenastce i musisz usiąść na ławce, to nie jest łatwo. Ale ja w swoim życiu miałem wiele dużo trudniejszych chwil niż ta. Zanim trafiłem do Korony, przez długi czas nie miałem klubu. Bycie rezerwowym to nie koniec świata. Choć oczywiście - nie ukrywam, że źle się z tym czułem. Starałem się cały czas być gotowym na ten moment, w którym ponownie będę mógł pomóc drużynie. Myślę, że dobrze przepracowałem ten okres. Teraz mogę być szczęśliwy z tego, że jestem z powrotem.

W poprzedniej rundzie wystąpiłeś w dziewięciu meczach w lidze oraz dwa razy w Pucharze Polski. Trudno było ci się pogodzić z taką decyzją trenera?

- Oczywiście. Trener rozmawiał ze mną o tym. Powiedział, że popełniałem błędy, ale do tego doszło jeszcze kilka innych problemów. To było tak jak powiedziałeś - graliśmy dobrze, ale brakowało punktów. Szkoleniowiec postanowił wymienić bramkarza, postawił na Maćka i wtedy zaczęliśmy wygrywać. Taki jest futbol. Kiedy masz dobre wyniki, pozostałe rzeczy nie są ważne.

Zmieniłeś się od tamtej pory fizycznie? Trener bramkarzy, Mirosław Dreszer przyznał na łamach "Przeglądu Sportowego", że zrzuciłeś wagę. To było twoim największym problemem w osiągnięciu pełnej dyspozycji w poprzedniej rundzie?

- Coś w tym jest. Zanim trafiłem do Korony, przez rok nie miałem klubu. Gdy trafiłem do Kielc, nie byłem w pełni przygotowany. Ale to nie było też tak, że byłem kompletnie niegotowy do treningów. Absolutnie. Nie było źle, ale też nie tak, jak oczekiwali tego ode mnie trenerzy. Mówili, że lepiej będzie, gdy pozbędę się kilku nadmiernych kilogramów. Nie miałem z tym problemu. Odpowiadałem: "OK, zrzucę". I tak się stało. Teraz wszystko zmierza we właściwym kierunku.

Jesteś fanem siłowni?

- Lubię poprzerzucać trochę żelaza przed treningiem. Trening siłowy to też część mojej pracy. Osobiście uważam, że to najlepszy sposób, aby przygotować się do zajęć. Dzisiaj po naszej rozmowie też zamierzam porozgrzewać się przed treningiem właśnie na siłowni. Robię to każdego dnia. Może nie za dużo, ale tak, aby w sam raz przygotować się do zajęć, porozciągać mięśnie, zyskać stabilizację.

Urodziłeś się w Serbii, ale już w młodym wieku wyjechałeś za granicę. Jak wspominasz ten czas?

- Myślę, że miałem naprawdę dobre dzieciństwo. Mieszkałem z moimi rodzicami w domu, niedaleko dziadków. Nie miałem wprawdzie żadnego rodzeństwa - a nie ukrywam, że zawsze chciałem mieć - ale cóż... Nic na to nie poradzę (śmiech). Gdy miałem osiem lat opuściliśmy Serbię, wyjechaliśmy do Niemiec. Myślę, że to była dużo trudniejsza decyzja dla moich rodziców, niż dla mnie. Gdy jesteś małym dzieckiem, tak naprawdę nie rozumiesz jeszcze wszystkiego, co dzieje się dokoła. Dorastasz, szybko uczysz się nowych rzeczy. Oczywiście, było to dla mnie nowe doświadczenie, ale niespecjalnie trudne do zaakceptowania.

Nieczęsto zdarza się, że do Polski przyjeżdża zawodnik z takim CV. Ty w Borussii Dortmund wspinałeś się przez wszystkie szczeble drużyn młodzieżowych. Regularnie grałeś w II drużynie, aż w końcu dołączyłeś do pierwszego zespołu prowadzonego przez Jurgena Kloppa. Żałujesz, że nie udało ci się w nim zaistnieć?

- Chwila, w której dołączyłem do pierwszego zespołu Borussii i byłem trzecim golkiperem w zespole była dla mnie ogromnym sukcesem.  Kiedy zostałem włączony do zespołu, BVB zdobyła Mistrzostwo Niemiec oraz krajowy puchar, a w następnym roku zostaliśmy wicemistrzem Bundesligi, dotarliśmy do finału Pucharu Niemiec i zagraliśmy w finale Ligi Mistrzów. To wielkie sukcesy w Niemczech. Z tego powodu trener nie miał powodu, aby zmieniać bramkarzy.

Pierwszym golkiperem był wtedy Roman Weidenfeller. Grał świetnie. Kiedy potrzebował odpocząć, do gry wchodził Mitchell Langerak. On także robił dobrą robotę. Trudno było mi się przez nich przebić. Regularnie grałem w drugiej drużynie, w trzeciej lidze. To było dla mnie bardzo ważne, aby zdobywać doświadczenie, regularnie występować na boisku. Taka jest piłka. Nie mogłem zrobić nic więcej ze swojej strony. Mogłem jedynie liczyć na „szczęście”, że któryś z bramkarzy nabawi się kontuzji i zrobi się miejsce dla trzeciego bramkarza. Takie jest czasem życie golkipera.

Miałeś potencjał na to, aby zostać pierwszym bramkarzem BVB?

- Pewnie. Każdy piłkarz, który jest w składzie Borussii Dortmund ma potencjał, aby występować w tej drużynie. Nikt nie znalazł się tam przypadkowo. Nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Musisz czyhać na swoją szansę. Kiedy taką dostaniesz i ją wykorzystasz, możesz stać się kimś wielkim. Ja swojej nigdy nie dostałem, więc ciężko mi o tym dzisiaj mówić. Myślę, że skoro trener wziął mnie do swojego składu, na pewno widział we mnie potencjał.

Kilka wspaniałych wspomnień z pobytu w Borussii na pewno w twojej głowie pozostało. Na poziomie trzeciej ligi rozegrałeś ponad sto meczów. Z pierwszą drużyną byłeś na ławce m.in. w meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów czy finału Pucharu Niemiec z Bayernem.

- Mam świetne wspomnienia z tamtego okresu. Jestem bardzo wdzięczny Borussii za to, że miałem okazję doświadczyć rzeczy, jakich wielu piłkarzy nigdy w swojej karierze nie zobaczy. Zawsze podróżowałem na wyjazdowe mecze Ligi Mistrzów jako trzeci golkiper. W każdym mieście, w którym graliśmy, byłem z zespołem. Byłem częścią tej drużyny, gdy biliśmy się o finał Pucharu Niemiec. Dzieliłem szatnię z Robertem Lewandowskim, który obecnie jest najlepszym napastnikiem na świecie. Mario Goetze strzelił decydującą bramkę w finale Mistrzostw Świata w 2014 roku. Pierre-Emerick Aubameyang teraz gra w Arsenalu, Henrikh Mkhitaryan, Marco Reus, Ilkay Gündogan, czy Mats Hummels to piłkarze światowej klasy. Ze wszystkimi znałem się bardzo dobrze. Dziś może nie mamy już takiego kontaktu, ale czasami nadal komentujemy sobie posty w social mediach. Znamy się, ale dzisiaj każdy z nas ma swoje życie. To zrozumiałe.

Jakie to uczucie usłyszeć hymn Ligi Mistrzów na żywo na stadionie?

- To niezapomniana chwila. Każdy piłkarz marzy o tym, aby tego doświadczyć. Ciężko określić, co się wtedy czuje... Kiedy słyszysz ten hymn, dostajesz gęsiej skórki. Ja siedziałem tylko na ławce, ale to niewątpliwie jeszcze bardziej pamiętna chwila dla tych, którzy występowali wtedy na boisku. Kiedy słyszysz tę melodię, nie potrzebujesz dodatkowej motywacji. Od razu dajesz z siebie maksimum możliwości. To najważniejsze klubowe rozgrywki w Europie. Najwyższy światowy poziom.

W Niemczech byłeś częścią drużyny, która zwyciężała w superpucharze kraju, grała także w finale Pucharu Niemiec. Teraz historia zatacza koło. Jeżeli Korona wyeliminuje w półfinale Arkę Gdynia, zagra w finale Pucharu Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie.

- Oczywiście, w Niemczech puchar to ważne rozgrywki. Przede wszystkim dla małych klubów, które mogą zarobić w ten sposób większe pieniądze. Ale to, co najważniejsze dla sportowca, to tytuł. Kiedy po zakończeniu kariery zajrzysz w swoje CV, a tam widnieje wygrana w lidze, pucharze, superpucharze, to ma to największą wartość. Każdy piłkarz gra po to, aby zdobywać trofea. Osobiście uważam, że jeżeli tylko jest taka szansa, to trzeba grać w pucharze jak najdłużej. Musisz zrobić wszystko, aby to osiągnąć. Teraz finał pucharu stoi przed nami otworem.  Mamy duże szanse w spotkaniach przeciwko Arce. To oczywiście mocna drużyna, jedna z lepszych w ekstraklasie, ale jesteśmy naprawdę blisko. Jeśli uda nam się wygrać ten dwumecz, pojedziemy do Warszawy. Taki mamy cel.

Nie masz do siebie pretensji o to, gdzie dziś jesteś?

- Młodzi chłopcy zawsze dostrzegają tylko największe kluby. Wtedy nie widzi się tego, że życie często prowadzi cię gdzieś indziej. Ja miałem okazję być częścią Borussii Dortmund, a więc jednej z najlepszych drużyn na świecie. Codziennie na treningach mogłem mierzyć się z najlepszymi. Nie jestem zawiedziony z tego powodu, gdzie dziś jestem. Staram się dostrzegać pozytywy w swoim życiu. Najważniejsze jest dla mnie, że mogę wykonywać pracę, którą kocham. Kiedy idę do pracy, każdego dnia jestem szczęśliwy z tego, co robię. Nie muszę ciężko fizycznie pracować w fabryce, czy robić coś, z czego nie czerpałbym radości. To ma dla mnie największą wartość. Nie ma dla mnie znaczenia, w jakim kraju jestem - teraz gram w Polsce i nie myślę o tym, co było kiedyś. Oczywiście, brakuje mi tu mojej rodziny, która jest w Niemczech. To jedyne, za czym tęsknię.

Po wielu latach spędzonych w Dortmundzie, w poszukiwaniu regularnej gry przeszedłeś szczebel niżej - do drugoligowego Kaiserslautern. Pobytu tam nie wspominasz jednak najmilej. W trakcie całego sezonu rozegrałeś tylko jeden mecz.

- To był czas, w którym Jurgen Klopp postanowił opuścić Dortmund. Nowy trener chciał kupić nowego bramkarza, ponieważ nie był zadowolony z tych, którzy byli wtedy w klubie. To był ciężki rok dla Borussii. Na półmetku rozgrywek znajdowaliśmy się na ostatnim miejscu w lidze, notowaliśmy serię nawet ośmiu meczów bez zwycięstwa. Na koniec sezonu zajęliśmy jednak siódme miejsce i zakwalifikowaliśmy się do Ligi Europy. Ale to było dla nas jak porażka. Po tym sezonie klub postanowił zmienić trenera. Nowy szkoleniowiec potrzebował zmian w składzie, więc do Borussii przyszło kilku nowych zawodników. Kupiono także nowego golkipera - Romana Bürkiego.

Wtedy też otrzymałem propozycję przejścia do 2. Bundesligi. Wybrałem ją. Uważam, że decyzja o lidze była słuszna. Wcześniej regularnie grałem w drugim zespole Borussii Dortmund - w trzeciej lidze rozegrałem prawie sto meczów, więc następnym krokiem, aby stać się podstawowym bramkarzem był szczebel wyżej - 2. Bundesliga. Teraz, kiedy patrzę wstecz, jestem przekonany, że to był dobry ruch. Ale wybrałem zły klub. W historii Kaiserslautern przez 20 lat tylko dwóch bramkarzy pozyskanych z zewnątrz regularnie grało w tym zespole. Klub ma tradycję, aby wychowywać swoich młodych golkiperów. Sięgają po nich do zespołów młodzieżowych, regularnie dają im szansę w pierwszej drużynie. Bramkarze grają jeden, dwa sezony, a następnie są sprzedawani do mocniejszych zespołów. Taka jest filozofia klubu. Byłem troszeczkę zaślepiony, naiwny, że mogę zmienić ten system.

To był najgorszy czas w mojej karierze. Ale to oczywiście kolejne doświadczenie, które sprawia, że teraz jestem mądrzejszym człowiekiem. Nigdy nie możesz przewidzieć, co czeka cię w przyszłości. Teraz jestem w Koronie, mogę cieszyć się tym, że mam kontrakt, mogę grać. Staram się dostrzegać pozytywy. Nie rozmyślam nad tym, co było negatywnego w przeszłości, bo i tak nie mam na to teraz wpływu. To nie jest w stanie mi pomóc.

Tak jak wspomniałem, w Kaiserslautern zagrałeś tylko raz. Przegraliście wtedy 4:3, wpuściłeś cztery bramki.

- To był zły okres dla klubu. Przegraliśmy pięć meczów z rzędu, więc trener postanowił rotować składem, wymieniał sporo zawodników, zmienił również bramkarza, więc dostałem swoją szansę. Mówiłem ci wcześniej o tym, że w piłce bardzo ważne jest, aby wykorzystać szansę, jaką dostajesz od trenera. Ale z drugiej strony nie rozumiem, jak można ocenić na podstawie jednego meczu, czy ktoś jest dobrym bramkarzem, czy nie. Może powinienem był dostać kolejną szansę? Nie wiem. Nie dostałem jej. Teraz to nie ma znaczenia.

Właśnie wtedy spotkałeś się z trenerem Kostą Runjaiciem. Teraz pracuje w Polsce, jest szkoleniowcem Pogoni Szczecin. Jak go wspominasz?

- Tak, pracował w Kaiserslautern przez trzy pierwsze miesiące. Nie mieliśmy jeszcze okazji spotkać się w Polsce, ale Pogoń przyjeżdża do Kielc za tydzień, więc może wtedy porozmawiamy? Zobaczymy.

Nie mam złych wspomnień związanych z tym szkoleniowcem. Zawsze staram się utrzymywać dobre relacje ze swoimi trenerami, nie robię problemów, dobrze o nich mówię. Choć oczywiście to był dla mnie trudny czas. Bardzo chciałem grać w Kaiserslautern, ale on mi na to nie pozwolił (śmiech). Ale taka była decyzja trenera, szanuję ją. Nie jestem o to zły. Życzę mu wszystkiego najlepszego, ale wierzę, że trzy punkty w meczu z Pogonią zostaną w Kielcach. Niech zdobywa je na innych stadionach. Życzę mu, aby Pogoń utrzymała się w lidze.

Cały następny sezon byłeś bez klubu. To był najtrudniejszy moment w twojej karierze?

- Zdecydowanie tak. Jakby to powiedzieć... Jako piłkarz pracowałem cały tydzień, przygotowywałem się, aż do soboty. Wtedy przychodził weekend, mecz. Brakowało mi tego. Ćwiczyłem tydzień w tydzień, ale nie grałem spotkań. Pierwsze dwa tygodnie były OK. Mogłem sobie myśleć - jest fajnie,  mam wolne, mogę się cieszyć, spać poza domem. Ale po dwóch tygodniach pomyślałem sobie... "Nie chcę tego". To gówniane uczucie. W sobotę mogłem oglądać mecz... To nie było to, czego chciałem. Chciałem grać w piłkę, nie oglądać ją w telewizji, czy iść na stadion. To było bardzo trudne.

Dużym problemem była motywacja. Kiedy grasz w klubie, masz swoje cele, starasz się realizować je w swoim życiu. W tym momencie mi tego brakowało. Oczywiście, miałem jakieś cele, ale tak naprawdę nie mogłem udowodnić, że to co robię ma tak naprawdę sens. Z perspektywy czasu doceniam jednak ten okres w swoim życiu. To kolejne doświadczenie, które mnie wzmocniło. Tak jak mówię - staram się dostrzegać pozytywy. Gdybym wtedy dołączył do jakiegoś klubu z niższej ligi w Niemczech, dziś nie byłbym w pierwszej lidze w Polsce.

Dlaczego tak długo nie mogłeś znaleźć nowego klubu?

- Przede wszystkim władze klubu bardzo późno poinformowały mnie o tym, że nie planują przyszłości ze mną w składzie. Odejść pozwolili mi tak naprawdę dopiero pod sam koniec lipca. W tym momencie w Niemczech każdy klub ma już pierwszego bramkarza. Jedyne na co mogłem liczyć to to, że ktoś dostanie kontuzji. Oczywiście, nikomu tego nie życzę, ale to była moja jedyna nadzieja na to, abym załapał się do nowej drużyny. Przez kolejny miesiąc nic się nie wydarzyło. Wtedy postanowiliśmy rozwiązać kontrakt z Kaiserslautern. Doszliśmy do porozumienia. Wierzyłem w to, że jako wolny piłkarz będzie mi łatwiej dołączyć do nowej drużyny, gdy jakiś golkiper dostanie kontuzji we wrześniu, albo później i będzie nagła potrzeba zakontraktowania nowego bramkarza. Ale nic się nie wydarzyło. Taki stan rzeczy trwał aż do następnego okienka transferowego. W styczniu dostałem kilka propozycji, ale to były oferty z niskich lig. Nie chciałem tego. Jedna z ofert była dla mnie interesująca, ale warunkiem było, aby dotychczasowy bramkarz odszedł - dopiero wtedy mogłem dołączyć. Ale on nie opuścił klubu. Czekałem, ale to nie było dla mnie łatwe. Zostałem na lodzie.

Co spowodowało, że zdecydowałeś się na transfer do Korony?

- To było dla mnie coś nowego. Pierwsza liga, ekstraklasa - potrzebowałem tego. Widziałem kilka spotkań ligowych w telewizji. Poza tym, wielu piłkarzy z Polski wyjeżdża właśnie do Niemiec, więc to świadczy o wysokim poziomie rozgrywek. Przede wszystkim jednak znaczenie miało to, że jest to pierwsza liga. Chciałem ponownie grać w piłkę, cieszyć się tym. Korona była najlepszym wyborem.

W momencie, kiedy trafiłeś do Kielc, drużyna była w fazie przebudowy. Kibice zastanawiali się jak będzie wyglądać nowa drużyna, a prasowe doniesienia nie napawały optymizmem. Nie miałeś wątpliwości w co tak naprawdę się pakujesz?

- Zupełnie nie czytałem tego, co wypisywano w polskich mediach. Nie znałem przecież waszego języka, więc było to dla mnie niemożliwe (śmiech). Zresztą, nie było dla mnie ważne to, co pisały gazety. Wiedziałem czego można się spodziewać. Znałem mentalność niemieckiego szkoleniowca, wiedziałem, jak pracuje, jak wygląda dyscyplina. Wszystkie duże zmiany zawsze niosą ze sobą pozytywne doznania, ale i te negatywne. Tak jest zawsze. Najważniejsze jest jednak to, aby na końcu móc cieszyć się z dobrych wyników.

W pierwszym meczu przeciwko Zagłębiu Lubin zagraliśmy dobrą piłkę. Ludzie byli z nas zadowoleni, mimo że nie zdobyliśmy w tym meczu żadnych punktów. Przegraliśmy, ale nie było w tym nic dziwnego - Zagłębie to przecież jedna z najlepszych drużyn w lidze. W następnym tygodniu pojechaliśmy na Legię i zremisowaliśmy z mistrzem Polski 1:1. Krok po kroku ludzie zmieniali swoje zdanie na nasz temat. Ale ich początkowa reakcja była zrozumiała. Do klubu przyszli nowi ludzie z Niemiec, jest nowy właściciel, trener, odchodzi wielu zawodników, którzy w opinii kibiców mogli być wartościowymi piłkarzami. To zrozumiałe, że pierwsza myśl wielu ludzi była taka, że nie jest to dobra droga. Ale teraz, kiedy robimy dobre wyniki, nikt już o tym nie pamięta. Umiemy cieszyć się grą, mamy swoje cele, które staramy się realizować. Do tego dochodzi także rywalizacja w pucharze. 

Zostałem bardzo dobrze przyjęty w drużynie. Od początku czułem się przyjemnie, nie miałem kłopotów z aklimatyzacją. Mamy świetną atmosferę w szatni. Nie mogę powiedzieć nic negatywnego o zespole.

W Koronie możesz czuć się bardzo swobodnie. Trener Gino Lettieri mówi po niemiecku. W klubie jest ponadto kilku zawodników, który dobrze porozumiewają się w tym języku.

- Oczywiście. Dzięki temu wszystko od początku było dla mnie prostsze. Dużo łatwiej jest, kiedy spotykasz inne osoby, które są w dokładnie takiej samej sytuacji, jak ty - przychodzisz sam do nowego klubu, nie wiesz jak się odnaleźć. Razem było nam raźniej, dobrze się rozumieliśmy. To miało także znaczenie w życiu prywatnym, takim poza klubem. Miło, gdy masz osoby, z którymi możesz wyjść na kawę, czy na zakupy, porozmawiać. Wtedy jest dużo łatwiej.

Najbliżej w zespole trzymasz się chyba jednak z chłopakami z Bałkanów: Adnanem Kovaceviciem, Goranem Cvijanoviciem oraz Ivanem Jukiciem.

- To prawda, zawsze trzymamy się razem. Na początku Goran - podobnie jak ja - był w Kielcach sam. Nie było tu jego żony, więc ze wszystkim musiał sobie radzić samemu. Szybko złapaliśmy wspólny kontakt. Oczywiście, z pozostałymi graczami także rozmawialiśmy, ale oni mieli w Polsce rodziny, dziewczyny, całe swoje życie. Naszym życiem było grać w piłkę, a poza nią mieliśmy tylko siebie. Byliśmy zdani na siebie samych. Uważam, że mamy fajną ekipę. Wiele rzeczy robimy razem, trzymamy się blisko.

Ale każdy z was jest przecież z innego kraju! W jakim języku rozmawiacie?

- To jest ten sam język! Kiedy Jugosławia rozpadła się na kilka krajów: Serbię, Bośnię, Chorwację, Słowenię, to wszędzie obowiązywał ten sam język. Z czasem pojawiły się nowe dialekty - tak samo jak u was, w Polsce. Tak jest przecież na przykład na Śląsku, czy na północy kraju, gdzie mówi się po polsku, ale to brzmi troszeczkę inaczej. Tak samo było na Bałkanach. Wszyscy porozumiewamy się teoretycznie w jednym języku, ale czasem mamy problemy ze zrozumieniem Gorana. Język słoweński jest strasznie trudny (śmiech)!

Próbujesz uczyć się polskiego? Podczas ostatniego sparingu z Podbeskidziem Bielsko Biała można było usłyszeć jak podpowiadasz kolegom z obrony w naszym języku.

- Znam podstawowe piłkarskie zwroty: prawo, lewo, plecy... W zeszłym tygodniu ściągnąłem sobie aplikację... Bubble.com, chyba jakoś tak to szło. Kiedy jestem w domu, czasem ją uruchamiam, żeby pouczyć się nowych słów. Znam kilka podstawowych zwrotów, ale na razie ciężko jest mi mówić płynnie po polsku. Sporo jednak rozumiem. To podobny język do serbskiego. Niektóre słowa są zbliżone, więc łatwo jest skojarzyć.

Ale początki były trudne... Miałem dokładnie tę samą przygodę co "Kova". Kiedy koledzy krzyczeli do mnie "prawo", cały czas gapiłem się do przodu. Nie wiedziałem, o co im może chodzić (śmiech)! "Lewo" znaczy dokładnie to samo. Ale "prawo" w moim języku to "prosto". Miałem z tym problem.

Nie mogę nie zapytać o trening z Dieterem Burdenskim... Stresowałeś się?

- Nie. Czemu miałbym się stresować? To legenda niemieckiej piłki, właściciel klubu, nie miałem żadnych obaw. Taka jest piłka. W każdym kraju gra się w nią tak samo. To świetne doświadczenie. Pan Burdenski doskonale zna się na swoim fachu. Po zakończeniu kariery był przecież trenerem bramkarzy, szkolił golkiperów w Werderze Brema, m. in. Tima Wiese czy Andreasa Reinke. Ale muszę przyznać, że ma trochę oldschoolowe metody treningowe. Każdy trener ma przecież swoje ulubione ćwiczenia, styl prowadzenia treningu. To były bardzo pożyteczne zajęcia. Od każdego trenera możesz się czegoś nauczyć, nigdy nie będziesz stratny. To jest jak z czytaniem książek. To nigdy nie może ci zaszkodzić - wręcz przeciwnie.

OK, pogadaliśmy trochę o piłce, więc czas na coś luźniejszego. Jak ci się podoba w Kielcach?

- Lubię to miasto. Wszystko co potrzebuję, mam w zasięgu ręki. To idealne dla piłkarza. Nie ma tu zbyt wielu miejsc, rzeczy, które mogą oderwać się od piłki, przeszkadzać. Mogę skupić się wyłącznie na swojej pracy. To przyjemne, ciche miejsce. Dla mnie najważniejsza jest jednak piłka. Miasto jest OK, nie jest największe i to sprzyja wykonywaniu swojej pracy.

Chyba świetnie czujesz się z mikrofonem w ręce. Na zgrupowaniu w Turcji brylowałeś przed kamerą klubowej telewizji w roli reportera i szło ci naprawdę nieźle. Może po zakończeniu kariery spróbujesz swoich sił w nowym fachu?

- Kto wie... Ale jest jeszcze dużo czasu do tego. Na razie skupiam się na następnym półroczu. Chcę wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Wracając do obozu - to był ostatni dzień pobytu w Side. Każdy był szczęśliwy, że zgrupowanie powoli zmierza do końca. Mieliśmy trochę luzu. To było widać na filmie.

Gdyby nie piłka… zrobiłbyś karierę w Internecie?

- Czemu tak sądzisz?

REKLAMA

Ostatnio natknąłem się na twój kanał na YouTube, gdzie dodałeś dwa filmy - ostatni raz dwa lata temu. Jeden z nich to kompilacja twoich najlepszych parad bramkarskich, drugi natomiast zatytułowany jest "Moja droga do Borussii". Przedstawiasz w nim swój pierwszy klub, w którym grałeś - TuS Heven. W opisie widnieją słowa: "Nigdy nie zapominaj, skąd przyszedłeś".

- Aaa, tak, pamiętam. Kiedy jeszcze parę lat temu byłem w Borussii, miałem znajomego, który wpadł na pomysł i zaproponował mi nagranie kilku filmów przedstawiających moją drogę do Dortmundu - jak tam dotarłem, gdzie sięgają korzenie mojej przygody z piłką itp. Skończyło się na jednym filmie. Zaczęliśmy od tego pierwszego nagrania, które było moim pierwszym krokiem do Borussii. Film przedstawia moją pierwszą szkołę, pierwsze boisko, na którym grałem. Dziś już go nie ma, zrobili tam parking (śmiech). Uważam, że to, co tam zaprezentowaliśmy, jest dla mnie najważniejsze.

Nie ma znaczenia, jak wiele osiągniesz w swoim życiu, jeżeli nie jesteś człowiekiem. Wtedy jako człowiek nie możesz być lepszym od drugiego człowieka. Najważniejsze jest, aby pamiętać skąd pochodzisz, nie zapominać o przyjaciołach, rodzinie. Pozostałe, mniejsze rzeczy tak naprawdę nie liczą się w życiu. Jakim jeździsz samochodem? To bez znaczenia. Dużą wartość ma to, aby umieć dostrzegać w swoim życiu drugiego człowieka, zapytać czasem "jak się masz, co słychać?". Kiedy wchodzę do klubu i mijam ochronę, często myślę sobie o tym, jak ciężko muszą pracować ci ludzie po dziesięć godzin dziennie... Nie umiałbym przejść obok i nie powiedzieć "dzień dobry, jak leci?". Wystarczą takie proste słowa, aby na twarzy drugiego człowieka pojawił się uśmiech. Gdy to widzę, zawsze cieszę się, że wykonałem dobrą robotę. W ten sposób staram się przekazywać moją pozytywną energię innym.

Latem ubiegłego roku podpisałeś kontrakt na rok, ale po spełnieniu pewnych warunków, klub może przedłużyć z tobą umowę na kolejny sezon. Gdzie będziesz w lipcu?

- Nigdy nie wiesz, co przyniesie przyszłość. W piłce wszystko zmienia się bardzo szybko, dynamicznie. Mój cel na teraz jest taki, aby dobrze przepracować najbliższe pół roku w Koronie. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy później. Zobaczymy. Teraz jestem w Kielcach i na tym skupiam całą swoją uwagę.

Chciałbyś zostać w Kielcach na dłużej? Czy były prowadzone w tym celu już jakieś rozmowy?

- Na razie nie rozmawialiśmy o konkretach. Mamy dobre relacje, często rozmawiamy, ale na razie nie poruszaliśmy tego tematu. Podoba mi się klub, miasto. Chciałbym osiągnąć z Koroną najwyższe cele w tym sezonie.  To jest dla mnie w tej chwili najważniejsze, tylko o tym myślę.

fot. PressFocus

 

REKLAMA

Wasze komentarze

Boczek2018-02-23 12:42:17
Największy sukces tego ręcznika to zrzucenie wagi , a ile Nasz bramkarz na wzrostu ?
Moze warto dac jeszcze mu szanse?2018-02-23 13:32:14
Może jeszcze odpali...!?..
ABC2018-02-23 13:35:32
Tymczasem na stronie Echa artykuł "Wyłapują nasze talenty. Kolejni piłkarze świętokrzyskiego na testach w Legii Warszawa"
kibic2018-02-23 13:36:22
Boczek-efekt uboczny
Juriusz2018-02-23 13:47:16
W niedzielę na mecz z Lechem bierzemy białe chusteczki by pogonić i pożegnać Zająca z Korony. Nie będzie robił z Korony klubu jak z 3-4 ligi niemieckiej. Niech idzie być prezesem do 3 ligi niemieckiej, do takiego SV Meppen. Tam będzie mieć 3 ligi niemieckiej pod dostatkiem i to 24 godziny na dobę. Tam może sobie ściągać Kecskesa, Alomerovicia, Hamrola, Jukicia, Petraka, Kapidzicia.
Rafał W.2018-02-23 14:24:10
Przestańcie już z tym Sandomierskim on nawet nie dorównuje do pięt Alomeroviciovi .
Sandomierski się nadaje ale do 1-2 ligi a nie do Korony więc on tu nie jest potrzebny wogóle.
Sandomierski to typowy frustrat,płaczek i te katastrofalne błędy robi jeden za drugim aż mi szkoda słów na jego poczynania.
Alomerovic jest o 2 klasy lepszy od Sandomierskiego.
do juriusza2018-02-23 14:24:11
Co ty masz z tym Zającem, pod każdym artykułem piszesz o nim w negatywnym świetle
pilkolapacz2018-02-23 14:46:17
ja bym dal szanse Hamrolowi, Zlatan sie ostatnio nie popisal, a Hamrol dobrze wygladal na treningach. Alomerovic ma wyrazny klopot z gra na przedpolu
Jarek2018-02-23 14:52:40
Nie wazne jak ale trzeba wygrac w niedziele !
tadek2018-02-23 15:03:48
CK sport wyrasta na wiodący portal sportowy regionu, a p.Kaleta na czołowego dziennikarza. Brawo!
@Rafał W.2018-02-23 16:17:28
Zgadzam sie Sandomierski to talent pokroju Cebuli, duąo się o nim mówi ale niewiele z tego wynika.
Przykład Cebula jest w życiowej formie, świetnie wykorzystuje technikę urzytkowa w grze 1 on 1 ale ja chcę z tego zobaczyć liczby, a tych nie ma.
Wracajac do Alomerovic'a to chłopak musi grać. Wagę już zrzucił i pewnie jeszcze trochę z niej zejdzie, a forma wróci szybciej niż sam sie spodziewa
potwierdzam2018-02-23 16:24:26
większość nie widziało ławki rezerwowych Borussi Dortmund.
lucas_ck2018-02-23 16:33:19
narazie to nam zawalil bramke z Sandecja, zobaczymy co wyskrobie z lechem
Szaku2018-02-23 17:10:42
Ludzie ogarnijcie bramkarz potrzebuje regularnego grania inaczej nie ma pewności, czucia piłki.
Dominik2018-02-23 17:56:40
-4 bedzie
Alomerovic pokaze klase z Lechem2018-02-23 18:58:50
Dajmy mu szanse!
do Boczek2018-02-23 19:17:19
Proponuje płaczkom obejrzeć mecze Korony, w których Zlatan wielokrotnie ratował wynik w pojedynkach sam na sam. Dopiero 2 (słownie: dwie) niepewne interwencje na przedpolu nie zakończone utratą bramki, spowodowały, że w bramce stanął Gostomski.
Kris2018-02-23 19:24:08
Zlatan nie wychodź dalej niż na 5 metr i będzie dobrze
Look2018-02-23 20:47:14
Zlatan powodzenia!!! Najważniejsze że wierzysz w swoje umiejętności. Będzie ok! Powodzenia jesteś fajnym gościem!!!!!
rr2018-02-24 07:13:49
@Juriusz
Ciężko przywyknąć,że nic nie robiąc MIASTO płaciło Ci kasę za pierdzenie w fotel!
Całe,życie jako NIC NIE ROBIĄCY urzędnik miejski-a tu taka zmiana!
CIĘŻKA Praca u PRYWACIARZA!
DASZ RADĘ! Wujek Wel coś ci znajdzie!
Nie płacz....
2:0 dla KORONY!2018-02-24 08:15:23
Idę w niedzielę z 7letnim synem! On liczy na zwycięstwo Koronki! Dostał od dziadka szalik i już żyje tym meczem! Ja i syn liczymy na widowisko i 3pkt dla Korony!

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group