REKLAMA

Nutella na śniadanie i treningi na stacji benzynowej? (cz. II)

05-10-2017 20:15,
Mateusz Kaleta

Przed ostatnim meczem Korony Kielce z Pogonią Szczecin spotkaliśmy się z Michałem Dutkiewiczem, trenerem przygotowania fizycznego żółto-czerwonych. Czas na część drugą, a zarazem ostatnią naszej długiej rozmowy. W niej sporo mówiliśmy o obecnej drużynie Gino Lettieriego, ale także o tym, co działo się na Kolporter Arenie wcześniej, zanim Włoch objął stanowisko szkoleniowca zespołu.

Wspominał pan o AS Roma i o tym, jak dużą wagę do przygotowania fizycznego przykładają włodarze zagranicznych klubów. Często zarzucano jednak nawet wielkim zespołom "przetrenowanie zawodników". Tak było np. w zeszłym sezonie w angielskim West Bromwich Albion. Czym to jest spowodowane? Głównym czynnikiem jest fakt, że w Anglii kluby tak naprawdę nie mają zimowej przerwy od gry?

- Najważniejsze jest to, co powiedziałem już wcześniej – kluczem do sukcesu jest regeneracja. Nie można nieustannie pracować na wysokich obrotach. W pewnym momencie organizm będzie osłabiał się pod względem kondycyjnym, ponieważ nie będzie miał czasu na odpoczynek. Dla mnie bardzo ważne jest, że tak samo jak ciężko trenujesz, tak samo mądrze musisz odpoczywać. Organizm pracujący bez przerwy na wysokiej intensywności zagra 20 kolejek, ale po tym czasie nastąpi jego wyczerpanie, będzie koniec. Gdy jest on dobrze zregenerowany, to potrafi zagrać mecz, odpocząć, potem kolejny, znowu odpocząć i tak dalej. W trakcie długiego sezonu, gdy tych meczów jest około 37, tylko przy odpowiedniej regeneracji, organizm jest w stanie znieść te obiążenia.

REKLAMA

To właśnie brak regeneracji jest pana zdaniem najczęściej popełnianym błędem w polskich klubach?

- Nie wiem jak jest w innych klubach, ale w Koronie kładę na to bardzo duży nacisk. Owszem, są też ciężkie treningi, ale są one poparte odpowiednią regeneracją. Sztuką jest intensywnie trenować i jednocześnie mądrze odpoczywać. To jest najważniejsze.

W przygotowaniu fizycznym bardzo dużą rolę odgrywa także dieta. Ostatnio jednak znacznie wzrosła wiedza i świadomość piłkarzy na ten temat. Wielu profesjonalistów zwraca większą uwagę na odpowiednie żywienie.

- Przede wszystkim, we wszystkich dużych klubach jest dietetyk. U nas go natomiast nie ma. Oczywiście, posiłki, jakie jemy przed meczami są konsultowane, to nie jest tak, że jemy byle co. Jedzenie jest dobierane po rozmowach z dietetykami. Mimo że nie mamy takowego u nas w klubie, to posiłki zawodników są spersonalizowane, każdy z nich zna swój organizm, wie na co może sobie pozwolić. Wielu piłkarzy z tego najwyższego „topu”, jak m.in. Robert Lewandowski, mają swojego prywatnego dietetyka, a nawet kucharza, który się tym zajmuje. Ja osobiście bardzo bym chciał, żeby coś takiego było w Polsce, ale jeszcze chyba trochę czasu musi upłynąć.

W takim razie - czy piłkarze mogą jeść nutellę?

- (śmiech) Powiem ci tak – to jest mit, który pojawił się tutaj kilka lat temu. Dla mnie oczywiście ważne jest, co je zawodnik, ale też nie można się dać przesadnie zwariować. To są tylko ludzie. Raz na jakiś czas może zjeść nawet pizzę. Dla mnie liczy się przede wszystkim efekt na boisku. W tych największych klubach na świecie na pewno jest to dużo bardziej respektowane. 

Trener pierwszego zespołu Gino Lettieri, zapytany o Marcina Cebulę, przyznał ostatnio na konferencji prasowej, że jest bardzo dobrym zawodnikiem, ale musi mniej imprezować, a więcej skupić się na profesjonalizmie. To rzeczywiście jest tak, że zawodnicy czasem nadużywają tej wolności?

- To zależy od zawodnika. Ja szczerze powiem, że nie zaglądam w ich życie prywatne. Wiadomo – najlepiej by było, gdyby zawodnik skupił się tylko na pracy, ale podkreślam – to są tylko młodzi ludzie. Sam wiesz, jak to jest. Każdy z nas chce coś więcej od życia. Piłkarze dostają za swoją pracę pieniądze, wynagrodzenie, więc powinni skupiać się na treningu, ale na to często nie masz wpływu. Ja też byłem i nadal jestem młody, więc doskonale to rozumiem. Jeszcze raz powtarzam: dla mnie najważniejsze jest to, co zawodnik prezentuje na treningu i na boisku. Nawet jeśli zawodnik pójdzie na imprezę, a następnego dnia ma jednostkę treningową, to ma być do niej przygotowany w stu procentach.

Pan ma ręce pełne roboty przed sezonem, podczas okresu przygotowawczego. Czym zatem różnią się pana obowiązki już w trakcie trwania sezonu?

- Duża uwaga skupia się wówczas na rozgrzewkach treningowych, które są przygotowaniem zawodnika do treningu. Ten aspekt oczywiście realizuję po konsultacjach z pierwszym trenerem, w zależności od tego, co on chce zrobić podczas zajęć. Przykładowo: jeśli wiem, że głównym tematem dzisiejszego treningu będzie moc, a trener będzie chciał zrobić intensywne gierki, to ja też muszę odpowiednio pod to rozgrzać piłkarzy. Ta rozgrzewka nie może być wówczas bardzo leniwa, śpiąca, gdyż później podczas ćwiczeń nie będzie rezultatu, na jaki liczy szkoleniowiec. Gdy zawodnicy będą ospali, nie uzyskamy tego, co jest naszym celem. Tak naprawdę trening i przygotowanie do niego rozpoczyna się właśnie od mojej pracy.

Inna jest sytuacja, gdy gramy mecze praktycznie co trzy dni – wówczas nie jesteś w stanie w zasadzie nic zrobić. Wtedy stawiamy wyłącznie na regenerację – delikatna rozgrzewka, rozciąganie, rollowanie, bieganie. Nie jesteśmy w stanie wplatać w to żadnych intensywniejszych akcentów. Co innego, gdy mamy mecze co tydzień – wtedy już mamy więcej czasu. Możemy poświęcić nawet ze dwie jednostki treningowe na pobudzenie, starty do piłki, moc.

Jak to wygląda w przypadku wyjazdów? Jutro z samego rana wyjeżdżacie już do Szczecina, a mecz jest dopiero w sobotę o 18. Czy zatem znajdzie się jeszcze czas na jakiś dodatkowy trening?

- Mogę powiedzieć, jak to wygląda w tym tygodniu. Jutro wylatujemy do Szczecina, a na miejscu będziemy o godzinie 15. O 18 mamy jednostkę treningową. Ona będzie trwała około 60 minut, ale to też nie będzie nie wiadomo co. Ma ona na celu rozruszanie zawodników po tej długiej podróży, bo nogi po samolocie są dość ograniczone ruchowo. Decyzją pierwszego trenera, dosyć często jeździmy na wyjazd dopiero w dniu meczu. W takim przypadku dzień wcześniej w klubie wykonujemy jednostkę treningową, a następnego dnia lecimy i nie mamy już tam żadnego treningu. Z poprzednim trenerem czasami jeździliśmy dzień wcześniej do hotelu, a rano odbywał się krótki, pobudzający, 40-minutowy trening. W głównej mierze to właśnie ja, jako trener, brałem w nim udział. Najczęściej były to jakieś ćwiczenia z piłkami, krótkie pobudzenie zawodników na sztangach, a potem zawodnicy wracali do hotelu na obiad i wieczorem graliśmy mecz. Teraz to wygląda nieco inaczej, ale tak jak mówię – jest to zależne od trenera. Nie ma czegoś takiego jak złoty środek. Oczywiście, nie wszyscy muszą zgodzić się z tym, że wyjazd w dniu meczu jest dobry. Ale my tak robimy i wszystko jest OK, są wyniki i nie ma co narzekać. Inne osoby czują się dobrze dopiero po rozruchu w dniu meczu. Tak naprawdę każdy zawodnik jest inny. Cięzko jest dobrać to w ten sposób, aby każdemu pasowało. 

Rozumiem, że z rozciągania na stacjach benzynowych też już w klubie zrezygnowano. 

- (śmiech) Nigdy tego nie stosowaliśmy, nie było takiej potrzeby.

Wcześniej w Koronie były takie praktyki. 

- Słyszałem, słyszałem (śmiech). My mamy taki komfort, że podróżujemy samolotem, więc jest to zdecydowanie krótsza droga. Kilka godzin i jesteśmy na miejscu. Zawsze tam można jeszcze wykonać trening, bez rozciągania się po drodze na stacjach benzynowych.

Jak to się stało, że trafił pan do Korony? W klubie pojawił się pan w sezonie 2016/2017 razem ze sztabem trenera Tomasza Wilmana.

- Zgadza się. Trener Wilman zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc i bez wahania się zgodziłem. Urodziłem się i wychowałem na Koronie, potem wyjechałem do Warszawy i bliżej związałem się z tym miastem. Miałem tam swoją firmę, pomagałem też zawodnikom indywidualnie pracować pod kątem przygotowania motorycznego. W tym czasie zrobiłem kilka szkoleń w Polsce. Cały czas jeździłem, uczyłem się. To się nie zmienia. Teraz przed nami przerwa na reprezentację. Niby są dwa dni wolnego, ale mnie to nie obowiązuje. Wyjeżdżam w tym czasie do Łodzi na szkolenie. Życie jest takie, że człowiek cały czas się uczy. Nieustannie trzeba iść do przodu. Sport się zmienia, inwestowane są w niego ogromne pieniądze. Jeśli ty nie będziesz się rozwijał, to w pewnym momencie się zagubisz, coś ci odjedzie , zostaniesz w miejscu.

Metody treningowe też nieustannie się zmieniają.

- Zdecydowanie tak. Cały czas pojawia się coś nowego. Ktoś coś wymyśli, więc trzeba podejrzeć trochę z tej strony, trochę z innej. Dużo musisz jednak obserwować zawodników na treningu. Często zdarza się tak, że mam zaplanowaną jednostkę treningową, którą chciałbym przeprowadzić, ale gdy wychodzę na trening i widzę, że zawodnicy są nieżywi, muszę z tego zrezygować. Mamy wtedy świadomość, że nie mogę zrealizować swoich planów, bo ten trening jeszcze bardziej ich pogrzebie. Mimo że zajęcia ustalone są na cały tydzień, często zmienia się charakter treningu. Myślę, że trzeba nabrać tej umiejętności z doświadczeniem, a mi tego ciągle brakuje.

Wracając jeszcze do sezonu, w którym pojawił się pan w klubie. Był to bardzo trudny moment dla Korony, ponieważ przyszła niechlubna seria 6 porażek z rzędu. Co wówczas nie zagrało tak, jak powinno?

- Wydaje mi się, że sam również popełniłem kilka błędów. To jednak był dobrze przygotowany zespół. Zabrakło trochę większej wytrzymałości tlenowej, czyli właśnie regeneracji. Gdy przyszedł trener Bartoszek, tak naprawdę nie byliśmy w stanie w dwa tygodnie zmienić zespołu. Wiedzieliśmy, gdzie popełniliśmy błąd i zaczęliśmy nad tym pracować już wcześniej. W rzeczywistości zespół zaczął zupełnie inaczej funkcjonować już za trenera Grzesika, który pełnił tę funkcję tymczasowo. Pojechaliśmy wówczas na Termalicę i wygraliśmy 3:1, a później była przerwa na reprezentację. Warto zauważyć fakt, że za trenera Wilmana graliśmy też troszeczkę innym ustawieniem. Gdy przyszedł trener Grzesik, to wówczas zmieniliśmy formację na dwóch defensywnych pomocników. Postęp w tym zakresie było widać już w pierwszym meczu z Legią. Do przerwy przegrywaliśmy 1:2, później wpadła czerwona kartka i finalnie ulegliśmy w tym meczu. Ale już wtedy było widać różnicę w naszej grze. Gdyby zespół nie był wówczas odpowiednio przygotowany, nie byłoby tego postępu. Zmiana czegokolwiek w tydzień czasu jest niemożliwa. Nawet gdybyś sciągnął najlepszego trenera na świecie, to on nie jest w stanie w zsiedem dni zmienić zespołu, jeśli ten byłby źle przygotowany. Błędy na pewno popełniłem, ale zespół był w dobrej formie fizycznej. Dwa, trzy tygodnie po tym, jak przyszedł trener Bartoszek, zaczęliśmy wygrywać. Owszem, za Wilmana też mieliśmy taką serię, gdy graliśmy na wysokim poziomie, ale potem przyszło pięć porażek i z pierwszej piątki spadliśmy na ostatnie miejsce w tabeli. Początek był niezły, ale po siedmiu kolejkach, te organizmy zaczęły inaczej reagować na obciążenia.

Trener Wilman nie miał wtedy pomysłu jak wyprowadzić drużynę z tego kryzysu?

- Nie chcę się wypowiadać za kogoś innego. Ja mogę powiedzieć, jak to wyglądało z mojego punktu widzenia. Nie ma ludzi, którzy nie popełniają błędów. Najważniejsze jest, jak z nich wychodzisz, jak szybko wyciągniesz wnioski i potrafisz wdrożyć coś, aby było lepiej. Najczęściej to właśnie trener odpowiada za wyniki zespołu. Łatwiej jest zwolnić cały sztab, te 4-5 osób, niż całą drużynę. Cały czas powtarzam – w treningu musisz dużo obserwować. Wydaje mi się, że my właśnie wtedy popełniliśmy błąd, bo powinniśmy bardziej regenerować zawodników. Zabrakło im większej bazy tlenowej. To była kwestia 2-3 tygodni, bo po nich zespół dźwignął się do góry. Często mówi się, że to „efekt nowej miotły”. Ale to nie była tak drastyczna zmiana. To nie jest tak, że przychodzi nowy trener i zespół dostaje nowych sił, trzy razy szybciej biega i jest trzy razy lepiej przygotowany. Tak się nie da. Jedyną rzeczą, która może to zmienić, jest czas. Popełniliśmy błąd i chcieliśmy go szybko skorygować. Potrzebowaliśmy na to więcej czasu. Tego nie da się zrobić w jeden, dwa tygodnie. Akurat wszystko to zbiegło się w czasie ze zmianą szkoleniowca i ten obraz był nieco rozmazany. Taki jest sport. Po przyjściu trenera Bartoszka, bardzo zmienił się też charakter gry. On dużo chciał grać wyższym pressingiem, a gdyby zespół nie był na to przygotowany, to żaden zawdonik nie dałby rady grać 90 minut w tak wysokim ustawieniu. OK – akurat wtedy wszystko odpaliło od razu, gdy przyszedł trener. Graliśmy wówczas bardzo agresywnie, wysoko i wygraliśmy dwa mecze z rzędu. To jest też kwestia tego, w jakim momencie treningu jesteś. 

To właśnie atmosfera była wtedy najważniejsza w zespole?

- Oczywiście, jest ona bardzo ważna. Zupełnie inaczej przychodzisz do pracy, gdy czujesz się w klubie potrzebny i jest z kim porozmawiać. Atmosfera odgrywa bardzo dużą rolę. Moim zdaniem jest ona dużą siłą tego klubu.

Po sezonie został wymieniony cały sztab szkoleniowy. Pan jako jedyny dostał propozycję pracy w "nowej" Koronie. Czuł pan satysfakcję?

- Z jednej strony tak, z drugiej nie. Na tę chwilę jestem tutaj i chciałbym dalej kontynuować swoją pracę. Trener obdarzył mnie dużym zaufaniem. Mam nadzieję, że jest zadowolony z mojej pracy, a ja zawsze będę starał się ją wykonywać jak najlepiej potrafię. Oczywiście nie zatrudnia cię trener, tylko klub i to właśnie dla Korony tu jestem. Ważne jest, jak zawodnicy odbierają twoją pracę, a przede wszystkim, jak czują się przygotowani do meczu. Na razie jest dobrze i nie ma co zapeszać, ale staramy się cały czas, aby było jeszcze lepiej. Wiemy, że da się być jeszcze lepszym. Są olbrzymie możliwości i małymi krokami do przodu trzeba je wykorzystywać.

Pojawiały się myśli, że powinien pan odejść z całą kadrą trenerów?

- Oczywiście, miałem wątpliwości. Po zakończeniu sezonu dostałem również propozycję z z dobrego klubu w Polsce. Postanowiłem jednak zostać w klubie, któremu kibicuję od dziecka.

Przybyciu nowego trenera towarzyszyło wiele kontrowersji. Nie dało się tego uniknąć?

- To jest nie dokońca do mnie pytanie. Ja osobiście staram się odcinać od takich rzeczy. Moim zdaniem każdemu należy dać szansę. Ciężko było ocenić trenera, skoro nawet nie było jeszcze żadnych meczów i efektów jego pracy. Podejrzewam, że gdy ja przychodziłem do pracy w pierwszym roku, to tak samo ktoś mógł ocenić mnie, mimo że nie wiedział kim jestem. Na pewno ludzie zadawali sobie pytania: „Co ty tu gościu robisz?!”. Ale najważniejsze są rezultaty, efekty pracy i dopiero wtedy można oceniać, podjąć decyzję. Niech ludzie wypowiedzą się, jak to wygląda po pierwszej rundzie, a nie po pierwszym tygodniu lub paru dniach.

Przychodząc do Korony, trener Lettieri miał swoje metody treningowe, pan miał swoje. Jak znaleźliście porozumienienie?

- Każdy trener ma swoje metody treningowe – obojętnie, czy jest to Lettieri, czy ktokolwiek inny. Najważniejszą kwestią jest współpraca między mną, a pierwszym trenerem. To też nie jest tak, że ja robię wszystko w stu procentach, co sobie założyłem, bo jest to najlepsze. Swoje pomysły konsultuję z pierwszym trenerem przed każdym treningiem. Rozmawiamy na temat tego, co ja chciałbym zrobić, a także jaki on ma plan i jaka jest jego wizja. Decydujemy: OK – zróbmy trochę mniej tego, a bardziej skupmy się na innych rzeczach. To zdecydowanie nie jest tak, że jedna osoba za to odpowiada. Jest to praca całego sztabu: pierwszego, drugiego trenera, asystenta, a także moja. Bardzo ciężko byłoby, gdyby to jedna osoba ponosiła odpowiedzialność za wszystko.

Jak wiele miał pan do powiedzenia w czerwcu, kiedy przyszedł nowy trener i jak to wygląda obecnie?

- Powiem ci, że naprawdę nie mogę narzekać. Osobiście z trenerem współpracuje się bardzo dobrze, nie mam żadnych problemów. Mogę robić wiele rzeczy, mam dużą dozę dowolności. Szkoleniowiec obdarza mnie zaufaniem, a na razie są efekty naszej pracy, więc mam nadzieję, że idzie to w dobrym kierunku.

Rozumiem, że nie wykonuje pan jedynie poleceń trenera Lettieriego.

- Zdecydowanie nie.

Zna pan język niemiecki?

- Nie znam, ale we wszystkim dogadujemy się po angielsku. Nie ma z tym najmniejszego problemu, trener rozmawia w tym języku.

Zawodnicy też nie mają problemów z komunikacją?

- Oczywiście, że nie. Trener mówi w języku niemieckim, ale wszystko to jest tłumaczone na polski przez drugiego trenera. Dodatkowo, szkoleniowiec rozmawia dobrze po angielsku, a u nas jest duża grupa grupa zawodników anglojęzycznych. Kilku zawodników porozumiewa się też po włosku, więc równie dobrze go rozumieją. Nie ma problemów z komunikacją. Myślę, że na tę chwilę w drużynie jest świetna atmosfera i wszystko jest na dobrej drodze. Teraz zostało nam zapunktować w Szczecinie, a potem przed nami dwa tygodnie wytężonej pracy.

Nauczył się pan czegoś nowego u boku nowego szkoleniowca?

- Zdecydowanie przy każdym trenerze się czegoś uczę. Od każdego szkoleniowca można czerpać wiedzę i wyciągnąć coś dla siebie, czy to podczas treningów, ćwiczeń, czy nawet poprzez rożne zachowania i psychologiczne rozmowy z zawodnikami. Ważne jest jednak, jakie ty masz na to spojrzenie, musisz wiedzieć, co chcesz osiągnąć. Człowiek uczy się przez całe życie.

REKLAMA

Skąd u pana tak duże zamiłowanie do sportu? To tata zaraził pana tą pasją (Robert Dutkiewicz - doktor, wykładowca Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach - przyp. red.)?  

- Nie, przez wiele lat sam trenowałem sport wyczynowo – pływałem, startowałem nawet w jakichś zawodach. Później, gdy poszedłem na studia, sport odszedł trochę na dalszy tor. Wówczas zamiłowała mnie pasja do trenowania sportów siłowych. Zacząłem się uczyć, jeździć po szkoleniach, miałem okazję szkolić się u boku trenera przygotowania fizycznego reprezentacji Polski. Skończyłem u niego niemal wszystkie możliwe kursy, jakie były dostępne. Zrobiłem też licencję National Certificate in Strength & Conditioning (NCSC), która obowiązuje na całą Europę. Ten kurs jest też organizowany w Polsce, składa się z dwóch, dużych zjazdów. Miałem też okazję poznać trenerów, którzy pracowali przy Manchesterze United, potem wyjechałem jeszcze na staż do Hannoveru. Teraz jadę do Łodzi do trenera Tima Gabbetta, który odpowiada za monitorowanie systemów GPS i kamizelek. To trener, który nadzorowal i współpracował z Manchesterem United, Realem Madryt, Barceloną czy Ajaxem, a obecnie w swoim dorobku ma ponad 140 publikacji naukowych z zakresu treningu, często uczestniczy w prestiżowych konferencjach w różnych zakątkach świata. Ja cały czas chcę się uczyć, zdobywać nową wiedzę. Sprawia mi to frajdę i myślę, że jest to coś, co mnie napędza do przodu.

To właśnie te szkolenia w Niemczech i w Anglii dały panu najwięcej?

- Myślę, że tak. Te zajęcia otworzyły dużo szerzej moje myślenie na ten temat. Jedno ze szkoleń kończyło się nawet egzaminem, który udało mi się zdać i otrzymałem za to licencję. Ten test składał się z dwóch części: teoretycznej i praktycznej. Teoretyczny był wysyłany do Stanów Zjednoczonych, gdzie go oceniali i wysyłali z powrotem do Polski. Egzamin praktyczny odbywał się już u nas w kraju. Przez około 40 minut sprawdzali cię z ćwiczeń, a oba wyniki podsumowywały twoje umiejętności. Aby zdać ten egzamin, trzeba było zaliczyć obie części, ja poświęciłem na to nawet rok czasu. Była to druga seria w Polsce. Z całego kursu test udało się zdać tylko 4 osobom. Na tą chwilę firma, która to organizuje – Elite Performance Institute (EPI) - bardzo rozrosła się już w Polsce i mam z nimi kontakt nawet do dzisiaj. Są to szefowie, założyciele Polskiego Stowarzyszenia Treningu Motorycznego. Mam w tym środowisku sporo znajomości, bo znam się również z trenerem przygotowania fizycznego reprezentacji Polski, jestem w stałym kontakcie z jego fizjologiem i gdy potrzebuję pomocy, zawszę się z nim konsultuję. Jeszcze inny temat to badania krwi chłopaków, które trwają niemal cztery tygodnie i zajmuje się tym jeszcze ktoś inny. Tak samo jest w przypadku, gdy zawodnik jest np. niedotrenowany i jest potrzeba zastosowania dodatkowej suplementacji. W pojedynkę nic się tu nie zdziała.

Wzoruje się pan na kimś?

- W Polsce mam osobę, u której się uczyłem i od niej wyciągnąłem wiele nauki. Myślę, że to jest dobra droga, aby się wzorować na kimś, bo wtedy uczysz się od lepszych od siebie. Ale moim największym marzeniem jest praca w lidze angielskiej. Bardzo chciałbym spróbować tam swoich sił z tego względu, że to właśnie tam futbol fizycznie jest najmocniejszy. Trzeba mieć swoje marzenia, żeby móc do czegoś dążyć. Myślę, że to właśnie miejsce, w którym chciałbym kiedyś pracować.

Rozmawiał Mateusz Kaleta

fot. Rafał Rusek / PressFocus, Paula Duda


To była część druga i ostatnia.

Pierwszą opublikowaliśmy w naszym portalu w środę.

Można z niej dowiedzieć się m.in. tego, kto w Koronie ma najlepszy start do piłki, a kto potrafi biegać wręcz bez wytchnienia. Z jakich metod korzysta kielecki klub i jak wiele brakuje nam do Zachodu - zachęcamy do lektury.

CZYTAJ

 

REKLAMA

Wasze komentarze

lol2017-10-06 13:09:41
Dlaczego zdjęcie Vanji przy fragmencie z imprezowaniem? :D
Redakcja2017-10-06 13:10:42
Nie doszukujcie się podtekstów tam, gdzie ich nie ma.

Dodaj komentarz

Copyright © 2019 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group