REKLAMA

Nie dało się na to patrzeć na chłodno. Myślałem nawet, że będę musiał odejść z Korony

12-08-2017 15:12,
Mateusz Kaleta

Najlepszy strzelec Korony ubiegłego sezonu, początek tegorocznych rozgrywek stracił z powodu kontuzji. Jak sam podkreśla - czuje głód piłki i nie może się doczekać swojego powrotu na boisko. O przedsezonowych zawirowaniach wokół kieleckiego klubu, przygotowaniach do sezonu, współpracy z zawodnikami i trenerem, a przede wszystkim o swoim przywiązaniu do żółto-czerwonych barw opowiada pomocnik Korony Kielce, Jacek Kiełb.

Korona w pierwszych meczach nowego sezonu prezentuje się bardzo dobrze, zbiera wiele pozytywnych opinii. Przede wszystkim wrażenie robi fizyczne, kondycyjne przygotowanie do gry.

- Na pewno to duże zaskoczenie dla wszystkich. Wszyscy pamiętamy, jak to było na początku... Miało miejsce małe zamieszanie w klubie, ale bardzo szybko się pozbieraliśmy. Wcześniej też mieliśmy zaledwie dwa tygodnie przerwy. Pierwsze treningi były naprawdę mocne i intensywne – trenowaliśmy nawet trzy razy dziennie. Wydawało się, że jest to dla nas zbyt ciężkie, bo możesz mi wierzyć - to zmęczenie było naprawdę duże. Mimo to, oczywiście nie zapeszając, chłopaki wyglądają teraz bardzo dobrze. Na pewno szkoda tego pierwszego meczu u siebie z Zagłębiem Lubin, w którym nie udało nam się zdobyć punktów. Powoli jednak widać, że to wszystko się rozkręca i mam nadzieję, że tak już pozostanie. Na pewno po drodze przydarzą nam się jakieś wpadki - to jest nieuniknione - ale wierzę, że kibice będą zadowoleni z pracy chłopaków i trenera.

Dużo mówiło się o tym, że trener wymagał od was nie dużo, ale... za dużo.

- Nie mówiliśmy tak, że trener zbyt dużo wymaga. Ale faktem jest, że te treningi naprawdę były bardzo intensywne. Może nie były długie, ale dawały nam w kość. Teraz widać, że to zaczyna owocować i każdy sobie pluje w brodę, że niepotrzebnie się odzywał. Na razie to przygotowanie jest dobre, ale oczywiście dalej wszystko będzie weryfikowało boisko. Nikt nie malował tego jakoś bardzo kolorowo, ale póki co wygląda to bardzo pozytywnie.

Ta praca z pewnością procentuje. Po czwartkowym spotkaniu w Pucharze Polski, zawodnicy zgodnie przyznali, że aż tak nie czują tego zmęczenia.

- Wiadomo, ten tydzień jest dla nas bardzo intensywny, gramy mecze co trzy dni, teraz przed nami spotkanie z Jagiellonią. Rozmawiałem dzisiaj z chłopakami (wywiad został przeprowadzony w piątek – przyp. red.), mówią, że się czują dobrze. Wiadomo, jakieś zmęczenie na pewno jest, ta dogrywka z pewnością dała znać o sobie. Ale wierzę, że w kolejnych meczach też będziemy punktować. 

Ty jednak straciłeś początek sezonu z powodu kontuzji kolana. Kiedy będziemy mogli zobaczyć cię z powrotem w grze? Wszyscy kibice z niecierpliwością wyczekują twojego powrotu na boisko.

- Wiem... Ja tak samo tęsknię za kibicami, mam nadzieję, że oni za mną też. Bardzo chcę wrócić, ale też nie mogę popełnić takiego błędu, że wrócę zbyt wcześnie. Będzie chwila radości z mojej strony, kibice będą się cieszyć, że wróciłem, ale jak za bardzo to przyspieszę i noga nie będzie odpowiednio przygotowana, może się to odbić na moim zdrowiu. Muszę czuć na sto procent, że noga jest pewna i na sto procent sobie to w głowie poukładać, że już jest OK. Powoli wchodzę w treningi, trochę trenuję z drużyną, ale nie kończę jeszcze tych zajęć – m.in. omijają mnie gierki. Jestem spokojny, nie ma co się napędzać i ryzykować zbyt dużego obciążenia. Pracuję nad sobą, robię wszystko, żeby wrócić jak najszybciej. Jeżeli będę w pełni zdrów, to myślę, że w najbliższym czasie - mam nadzieję, że to jest kwestia paru dni - wrócę do pełnych treningów z drużyną. Może jeszcze nie w meczu z Jagiellonią, ale być może w następnych spotkaniach trener będzie mnie już brał pod uwagę przy wyborze składu.

W przerwie od gry, starasz się pomagać kolegom nie na płycie boiska - co jest zrozumiałe z powodu urazu - ale na trybunach. Na meczu z Legią obok Kamila Kuzery zająłeś miejsce w sektorze gości razem z kibicami Korony.

- Człowiek tęskni za tą piłką... W domu też się nie da cały czas siedzieć. Ostatnio jednak w Gdyni czy Sosnowcu nie mogłem być z chłopakami, ponieważ też mam swoją rodzinę, muszę się nią opiekować - spędzać czas z córką, pomagać żonie w domu. Tym bardziej teraz, kiedy już chodzę, biegam, normalnie funkcjonuję. Wcześniej byłem praktycznie takim drugim dzieckiem dla mojej żony. Nie mogłem chodzić, nic robić. Leżałem tylko na łóżku i nie było ze mnie pożytku. A co do samego wyjazdu - zapytałem się chłopaków, czy mogę z nimi jechać. Nie było żadnego problemu, zabrali mnie. Wyjazd był naprawdę bardzo pozytywny. Jeżeli nie mogę na boisku, to chociaż w taki sposób będę pomagał i wspierał chłopaków.

Od zawsze jesteś blisko związany z kibicami. Kręci cię ta pozytywna energia, atmosfera z trybun?

- Bardzo, naprawdę bardzo. Jest takie coś, że człowiek lubi jechać, pokrzyczeć sobie, pokibicować. Zawsze to jakaś dodatkowa adrenalina. A właśnie takiej adrenaliny też mi brakowało. Wiadomo - jestem uzależniony od piłki nożnej, kocham mocno ten sport. Zaczęło mi brakować takich emocji. Możliwość wyjazdu z kibicami takie emocje wyzwala i bardzo dobrze się tam czuję.

Wróćmy jednak do spraw boiskowych. Konkurencja w zespole Korony na wielu pozycjach jest teraz bardzo duża. Nie boisz się, że usiądziesz na ławce?

- Ale to oni mają się martwić, nie ja.

Jesteś już w treningu, obserwujesz kolegów na boisku. Drugi tydzień z zespołem trenują nowi zawodnicy Goran Cvijanović oraz Elia Soriano. Jakie zrobili na tobie wrażenie?

- Bardzo pozytywne. Nie mogę jednak zbyt dużo dzisiaj na ich temat powiedzieć, ponieważ dopiero, gdy zobaczy się chłopaków w meczu, na większej ilości treningów, to można będzie lepiej ich ocenić. Zwłaszcza teraz w mojej sytuacji jest to utrudnione. Kiedy chłopaki zaczynają gierki na treningu, to ja w tym czasie z boku wykonuję swoje ćwiczenia i skupiam się na swoich zadaniach. Ale to pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Cieszę się, że te wzmocnienia w Koronie są i naprawdę nie są słabe. Wierzę, że chłopaki, którzy przyszli do Kielc, mocno pomogą drużynie i Korona będzie walczyć o pierwszą ósemkę. Myślę, że jest to taki podstawowy cel, takie minimum na ten sezon, a później zobaczymy, co dalej. Na razie jeszcze daleka droga do tego, ponad 30 kolejek...

Do zespołu w letnim okienku transferowym przyszło wielu nowych graczy. Jak wygląda współpraca między zawodnikami, którzy w Koronie są już od dłuższego czasu, z nowymi graczami?

- Nie ma co ukrywać, że zawsze jest łatwiej, kiedy do zespołu przychodzą dwie, trzy, ewentualnie cztery nowe osoby, a nie wtedy, gdy połowa drużyny zostaje wymieniona. Trzeba to szybko scalić, ale na razie sobie jakoś dajemy radę. Ja osobiście też staram się wywrzeć presję na to, żeby oni się uczyli języka polskiego. To działa w dwie strony - kiedy my jedziemy za granicę, to zawsze musimy się uczyć obcych języków. Nie mówię tu tylko o sporcie. Wyjeżdżamy na emigrację do Anglii, Niemiec, Stanów Zjednoczonych -  pierwsze co, to tego języka się musimy nauczyć, bo inaczej zginiemy. Dlaczego mamy tego nie oczekiwać również u siebie? Ja na pewno będę tego wymagał od chłopaków. Wiadomo, teraz bardzo głośno słyszany w szatni jest język niemiecki. Między sobą dogadujemy się najczęściej po angielsku, bo żaden z Polaków nie zna niemieckiego. Na szczęście jest też paru chłopaków, którzy mają korzenie polskie i pomagają z tym językiem. Obcokrajowcy też starają się pomału tego języka uczyć, tak że nie ma wielkiej tragedii. Mam nadzieję, że w miarę szybko chłopaki będą łapać polski. Mam oczywiście świadomość, że to nie jest prosty język, ale jesteśmy w Polsce i nie ma przeproś.

Któryś z zawodników już próbuje coś mówić po polsku, a może zadeklarował naukę języka?

- Nie ma takiej osoby, która w ogóle nie próbuje. Fajnie jest słyszeć, że każdy się stara.  Oczywiście na razie na spokojnie, łapią podstawowe zwroty typu "cześć", "do widzenia", "co tam słychać", "jak się masz", "boli", "nie boli". Takie słówka polskie wkładają w te zdania angielskie, niemieckie, ale postępy widać.

Jak wygląda współpraca z trenerem Gino Lettierim? Nie ma co ukrywać, że przed sezonem były problemy ze zrozumieniem i wzajemną komunikacją drużyny z trenerem.

- Wydaje mi się, że zderzyły się dwie strony o różnych kulturach. Trener oczywiście miał jakąś swoją myśl taktyczną. Tutaj trafił na Polaków, a my chcieliśmy może nie tyle coś narzucić, ale jednak te wszystkie wydarzenia sprawiły, że drobne sprawy przerodziły się w bardzo duże. Zaraz to zostało jednak zażegnane i nie ma co już tego odkopywać.

Trener zobaczył, jak naprawdę my funkcjonujemy, my natomiast zobaczyliśmy, jaki jest trener. Musieliśmy - jak to można delikatnie powiedzieć - po prostu się dotrzeć, poznać się. My mamy swoją kulturę, trener ma swoją, trzeba to uszanować.

Podobnie zresztą było, gdy przyszedł do Kielc trener Pacheta. To też przecież była zupełnie inna kultura. Wtedy też pojawiały się jakieś nieporozumienia. Nie było to jednak wszystko aż tak nagłośnione, jak teraz.

- Obecnie wszystko jest OK, już nikt tym nie żyje. Było - minęło. Wiadomo - gdyby nie było wyników, to każdy by w tym upatrywał przyczyn słabszej postawy. Uważam jednak, że takie coś było nam potrzebne, na pewno wyszło to na plus. Musieliśmy siebie wszyscy szybciej poznać. Po tym wszystkim odbyliśmy rozmowy z trenerem, z prezesem. Usiedliśmy, porozmawialiśmy szczerze "w cztery oczy" - w przenośni oczywiście, bo brała w tym udział większa grupa. Sprawa została wyjaśniona.

Kuba Żubrowski w rozmowie z weszlo.com przyznał, że trener bardzo chciał postawić na swoim, ale ostatecznie zrozumiał, że musi niejako dostosować się do tego, co ma do powiedzenia szatnia i reguł panujących w drużynie.

- Dokładnie. To jest mniej więcej to, co ja powiedziałem. Musieliśmy się dotrzeć. To też nie jest tak, że trener dostosował się do tego, co my jemu narzuciliśmy. Czegoś takiego absolutnie nie ma. Po prostu musieliśmy się poznać, żeby to wszystko się zazębiło i nałożyło jedno na drugie. I mniej więcej jest tak, jak "Żuberek" powiedział - trener bardzo chciał postawić na swoim, a my też nie do końca chcieliśmy na to przystać. Niektóre rzeczy nie pasowały nam, niektóre też nie pasowały trenerowi. Powtórzę - to było potrzebne.

Jeśli chodzi o współpracę z polskim trenerem i zagranicznym - jest to dla ciebie jakaś trudność?

- Nie jest to dla mnie duży problem. Zawsze jednak będę mówił, że język stanowi pewną barierę w komunikacji. Rozmawiać przez tłumacza z trenerem, a bezpośrednio w cztery oczy, to jest zdecydowanie co innego. Język niemiecki jest też na tyle specyficznym, twardym językiem, że nie do końca znasz intencje wypowiedzi tłumacza: to jest istotne, czy przekładasz słowa trenera dosłownie, z jakim akcentem i wydźwiękiem. Naprawdę nie wiadomo, kiedy Niemiec żartuje, a kiedy mówi poważnie. Musieliśmy się też do tego jakoś przystosować.

Fajnie oczywiście byłoby, gdyby trener mówił w naszym języku. Wiem oczywiście, że to nie jest proste, ale to jest wszystko do osiągnięcia. Trzeba się uczyć od najlepszych. Jose Mourinho w pół roku nauczył się włoskiego praktycznie perfekt. Sam Gennaro Gattuso powiedział, że gdy z nim zaczął rozmawiać, to pomyślał, że Mourinho lepiej gada po włosku niż on sam. Wszystko zatem jest do zrobienia.

Zawsze powtarzasz, że raczej starasz się patrzeć na rzeczywistość pozytywnie. Jak zatem zareagowałeś na przedsezonowe decyzje zarządu? Zmienił się właściciel, doszło do wymiany szkoleniowca, odeszło wielu zawodników, również takich, którzy byli piłkarzami pierwszej jedenastki, a w ich miejsce sprowadzono liczną grupę zawodników, którzy już znali trenera, pracowali z nim wcześniej w Niemczech, w tym m.in. syna właściciela. 

- Starałem się raczej patrzeć na to chłodno, ale... tak się nie dało. Kibice, dziennikarze zaczynali swoje, człowiek też niepotrzebnie zaczął czytać jakieś wpisy, artykuły. To miało ogromny wpływ na moją ocenę. Przyznaję, to nie była taka chłodna opinia. Wszystko to miało znaczenie, odbiło się na myśleniu. Każdy mówił, że przychodzą zawodnicy z trzeciej, czwartej ligi, bo znają trenera, ale nigdy wcześniej wyżej nie grali. Ale z drugiej strony - dlaczego nie powinniśmy dać im szansy?

Teraz widać, że chłopaki naprawdę dają radę. To samo tyczy się Fabiana. Nie wiem, jak w czwartek zagrał w pucharze, bo nie widziałem tego meczu, ale zmiany w lidze dawał nie najgorsze. Wiadomo - przychodzi "nowa miotła", i to nie tylko nowy trener, ale właściwie cały pion zarządzający. Od samego początku było widać, że wprowadzają swoje zasady do klubu, mają określony plan działania. Tych zasad każdy się trzyma. Widać, że w ten sposób chcą coś osiągnąć i nie można z góry na kogoś naskoczyć, jeśli nie widać, jak tak naprawdę on pracuje.  Nie można po samym wyglądzie kogoś opisywać, jeśli się tej osoby nie zna. Dlatego spokojnie, zobaczymy, jak to wszystko będzie dalej funkcjonowało. Na razie jest OK, nie zapeszając, wszystko idzie w dobrym kierunku.

Prezes przed rozpoczęciem sezonu dał ci jasny sygnał: "Jacek, słuchaj potrzebuję cię w tym zespole", czy może przemknęła ci gdzieś przez głowę taka myśl, że jednak trzeba uciekać z tego tonącego okrętu?

- Każdy miał rozmowę indywidualną, a ja sam nie wiedziałem, czego prezes będzie ode mnie oczekiwał. Przez chwilę miałem takie myśli, że może mi podziękuje. Zaczęły napływać nowe propozycje z różnych klubów. Powoli zaczynałem się zastanawiać, ale wiadomo - zawsze w Kielcach było mi dobrze. Nie miałem pojęcia, jaki będzie mój dalszy los, ale po rozmowie z prezesem wiedziałem już na czym stoję i to mnie uspokoiło. Powiedział, że chce mnie w drużynie. Dodał także, których chłopaków chce zostawić, kto ma odejść, wspomniał również, jakich zawodników chciałby sprowadzić. Mniej więcej wiedziałem, kto i na jakie pozycje przyjdzie, oczywiście bez nazwisk, ale po tej rozmowie czułem się spokojniejszy. Ale jak widać, nie wszystko ode mnie zależy... Wyskakuje mi głupia kontuzja i to na pewno nie ułatwiło sprawy. Chciałem grać od początku. Po tym poprzednim, fajnym sezonie, który zaliczam do w miarę udanych, czułem się pewnie i chciałem od samego początku powalczyć o coś więcej w tym roku. Kontuzja to ciężka sprawa. Dopiero w takim okresie człowiek uświadamia sobie, że jeżeli jest się zdrowym, to trzeba to naprawdę szanować.

Trener Lettieri wielokrotnie zaznaczał, że chce zaszczepić w drużynie niemiecką filozofię gry w piłkę, bazując oczywiście na potencjale zawodników, jakich ma do dyspozycji. Pierwsze efekty pracy nowego szkoleniowca chyba już widać.

- Na pewno tak. Trener bardzo dużo zmienił w zespole. Wcześniej za trenera Bartoszka pracowaliśmy zupełnie inaczej, zupełnie inny styl był także za trenera Wilmana. Obecny trener wymaga od nas jeszcze innych rzeczy. To na pewno jest spory przeskok. Naprawdę się staramy. Ja powiedziałem na samym początku: to co trener powie, to my zrobimy wszystko, żeby to poprawnie wykonać. Będziemy się starać . Na razie widzę, że moje słowa nie zostały rzucone na wiatr. Wiadomo - ja póki co fizycznie nie biorę w tym udziału, ale serduchem jestem z chłopakami cały czas i naprawdę serce mi się cieszy, gdy oni wygrywają. Mnie tam nie ma, ale zawsze patrzę na dobro Korony. Nie jest ważne, kto strzela bramki, ważne jest, aby Korona wygrywała. Najważniejsza w tym wszystkim jest dla mnie oczywiście szatnia, Korona i kibice - oni też bardzo to przeżywają. Po raz kolejny muszę powiedzieć, że fajnie to wygląda, ale oczywiście nie chcę tego zapeszać. Lepiej powiedzieć na początku, że będzie to słabo wyglądało, że Korona będzie skazywana na porażkę, tak jak miało to miejsce przed sezonem. A na razie jesteśmy zaskoczeniem. 

Kilka razy do Korony wracałeś, zostawiłeś w Kielcach kawał zdrowia i spędziłeś tu wiele lat. Chyba dobrze się tu czujesz?

- Dokładnie. Ja tu już nie muszę nic udowadniać, mówić czegokolwiek na temat Korony. Osoby, które mnie znają, na pewno wiedzą, jak to wszystko wygląda. Od początku się w Koronie zakochałem, tak jest do tej pory i dlatego w Kielcach się tak wspaniale odnajduję.

W najbliższą niedzielę spotkanie z Jagiellonią Białystok. To będzie mecz z dodatkowym smaczkiem? Żółto-czerwone derby na trybunach, w "Jadze" grają też zawodnicy, którzy jeszcze niedawno reprezentowali barwy Korony: Łukasz Sekulski i Bartosz Kwiecień. To będzie miało znaczenie?

- Ciężko powiedzieć... "Sekul" to wiadomo - musiał odejść, skończyło mu się wypożyczenie. Poszedł do Piasta Gliwice, teraz wrócił z powrotem do Jagiellonii. Na razie dobrze mu idzie i życzę mu jak najlepiej. A jeśli chodzi o "Kwiatka"... Też swego czasu miałem podobną sytuację. Byłem mniej więcej w jego wieku, dostałem propozycję z Lecha Poznań, dlatego wiem dobrze, co on czuje. Ja dostałem propozycję z mistrza Polski, on dostał od wicemistrza - to jest praktycznie to samo. Nie ma się mu co dziwić. Miał prawo skorzystać z tej klauzuli. Jeżeli on jest zadowolony, szczęśliwy, to jest to dla mnie najważniejsze. Każdy robi to, co serce podpowiada, każdy myśli też o swojej przyszłości. Na pewno "Kwiatek" pomyślał, że będzie mógł więcej osiągnąć w Jagiellonii.  Miał okazję zagrać w pucharach - to też jest bardzo ważne. Bartek jest osobą na tyle inteligentną, że na pewno wie, co jest dla niego właściwe. On się dopiero uczy, jeszcze się będzie rozwijał i liczę, że będzie z niego bardzo dobry stoper. Kwestia czasu. Ma cztery lata na to i wierzę, że Jagiellonia będzie miała z niego ogromny pożytek.

Wspominałeś wcześniej o celach na ten sezon. Zawodnicy, trener raczej zgodnie podkreślają, że jeśli jest taka możliwość, to trzeba grać w Pucharze Polski jak najdłużej, a tak się powszechnie utarło, że puchar to właśnie najkrótsza droga do europejskich pucharów. Zarząd też chce tak w dłuższej perspektywie budować drużynę, żeby w przyszłości Korona walczyła o te czołowe miejsca w lidze. Ty miałeś już okazję zagrać w pucharach z Lechem, ze Śląskiem. Jak się na to zapatrujesz z Koroną?

- To jest moje wielkie marzenie, żeby Korona zagrała w pucharach.  Już nawet nie mówię o kibicach, o chłopakach. To jest takie moje marzenie i mam nadzieję, że ono się spełni. Arka Gdynia zdobyła Puchar Polski, zagrała w pucharach. Kurczę, dlaczego Korona ma nie zagrać? Przy okazji, gratuluję jak najbardziej Arce, trenerowi Ojrzyńskiemu.

Jeśli chodzi o Koronę - już raz byliśmy blisko. Byłem wtedy w Bełchatowie, na tym meczu z Dyskobolią. Zabrakło mnie w meczowej osiemnastce, ale brałem udział w tym wszystkim. Widziałem nie tyle żal i smutek kibiców, ale takie... wkurwienie. Było mi ich szkoda. Widziałem, jak oni cierpieli. Gdy przyjechali, oni już mieli ten puchar. Chłopaki mówili: "puchar jest nasz, dawaj, jedziemy, my go naprawdę mamy". Widziałem, ile kibiców wtedy dotarło na stadionie. To było coś niesamowitego.

Dlaczego my mamy na tym Narodowym nie zagrać? Mam świadomość, że to jest daleka droga, teraz mamy najbliższy mecz z Wisłą u siebie. Przyjdźcie licznie na to spotkanie, na stadion. Trzeba go z powrotem zapełnić. Wierzę, że my znowu do tego doprowadzimy, że na te mecze będzie chodziło dużo ludzi. To też jest jeden z naszych celów.

Przede wszystkim chcemy się dostać do pierwszej ósemki, to takie nasze minimum na ten sezon. Pucharu Polski na pewno nie odpuścimy. Podoba mi się to podejście. Wiadomo - każdy może powiedzieć, że nie chce odpuścić tych rozgrywek, ale na własne oczy widzimy, że Lech odpada, Lechia odpada. Oni też na pewno nie chcieli odpuścić.

Jeżeli jest taki twardy warunek, że my walczymy w tym pucharze, to mi się to podoba. Wtedy ja też to czuję. Skoro właściciele, trenerzy tak mówią... To tylko mnie wypuśćcie na boisko, to ja normalnie trawę zjem, bo nie dość, że ładna to i dobra pewnie! Bardzo tęsknię za tą piłką, to mnie rozsadza wewnętrznie. Z chęcią bym już wszedł na murawę, no ale... Wiem, że jeszcze nie jestem gotowy.

Wiesz, samo to gadanie o tych pucharach, to... Już normalnie ryj się cieszy. Mam nadzieję, że jak nie za mojej kadencji gry w piłkę, to może kiedyś, jak będę jakimś pracownikiem, trenerem w Koronie, to się uda tego dokonać. Życie bym oddał, żeby Korona w nich zagrała. Nie mówię nawet o mistrzostwie Polski, bo to w ogóle byłoby coś niesamowitego. Ale puchary - piękna sprawa, naprawdę.

Rozmawiał Mateusz Kaleta

 

REKLAMA

Wasze pytania

CK2017-08-12 16:19:59
Ciekawy wywiad.
Ale takie małe sprostowanie: Kwiecień w pucharach NIE zagrał z Jagiellonią
Mks2017-08-12 17:48:45
Brawo Ryba. Widać ile ten klub dla niego znaczy. My kibice tez liczymy ze zagracie kiedyś w Pucharach. Powodzenia i trzymaj się Jacek
@CK2017-08-12 20:16:10
To chyba skrót myślowy, pewnie chodziło autorowi o fakt, że z Jagą ma możliwość występowania w pucharach, co w Koronie jest średnio możliwe.

Fajny wywiad, szkoda, że tak krótki, przydałyby się takie ponadgodzinne wywiady, bo nie każdy miał możliwość chodzenia na te spotkania z piłkarzami, Korona po godzinach czy jakoś tak.
Korona_Esteoka2017-08-13 09:00:50
RYBA !!! RYBA !! Nasz Scyzoryk.
Kapitalny koleś
n1ck2017-08-13 12:48:11
Ryba jesteś gość ! Szacun i wszystkiego dobrego dla Ciebie i rodziny !
Eryk2017-08-14 00:32:49
Do @CK:
Co do spotkań, to ludziom się po prostu nie chce na nie chodzić... pewnie niektórzy faktycznie nie mogą, bo termin im nie odpowiada, ale większość, nie ma się co oszukiwać po prostu ma wyje***e, skutkuje to tym, że na takich spotkaniach jest 20-30 osób...

Dodaj komentarz

Copyright © 2017 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: Grzemach Internet Services