Przyszłość pokaże, jak tu jest. Bartek mnie chyba nie oszukał?

12-07-2016 21:37,
Wojciech Staniec II

W światku dziennikarskim Mateusz Możdżeń słynie z barwnego języka oraz błyskotliwych odpowiedzi, o czym przekonywały nas praktycznie wszystkie osoby, które miały okazję z nim rozmawiać. Z nowym pomocnikiem Korony porozmawialiśmy więc między innymi o jego początkach w Ekstraklasie, prywatnej rozmowie z Bartłomiejem Pawłowskim oraz o tym, dlaczego jest w Kielcach, a nie w Chorzowie.

Po tym, jak podpisałeś kontrakt z Koroną, poznańscy dziennikarze stwierdzili, że pociechę z ciebie będą mieli nie tylko kibice, ale również kieleccy dziennikarze. Chyba lubisz sobie pogadać?

- Widzę, że zaciągnąłeś języka (śmiech).

Sami informowali.

- Jeśli jest o czym porozmawiać, to ja zawsze chętnie do rozmowy przystępuję. Staram się unikać stereotypowych gadek, choć wiadomo, że czasem - szczególnie po meczu - jest to normalne, mówi się z automatu. Jednak jeśli udzielam jakiegoś głębszego wywiadu, to można powiedzieć parę słów. Też jesteśmy normalnymi ludźmi, nie będziemy ciągle o piłce gadać w ten sam sposób. To jest normalne, że każdy ma inny punkt widzenia, w zależności od tego, gdzie siedzi. Ja inaczej patrzę z boiska, a ty z boku i fajnie to czasem porównać.

Zaczęliśmy od tego Poznania, bo też ciężko od niego uciec. Wyobraź sobie, że rozmawiamy w listopadzie 2010 roku i mówię ci, że w ciągu najbliższych 6 lat: odejdziesz z Lecha, opuścisz Lechię Gdańsk, spadniesz z Ekstraklasy z Podbeskidziem i ostatecznie wylądujesz w Koronie. Uśmiałbyś się?

- Pewnie tak. Kurczę, piłka, ale w sumie to każdy sport, jest tak brutalny, że nigdy nie wiesz, co i kiedy cię spotka. Znamy zawodników, którzy mają trzydzieści lat i zdobywają swoje największe sukcesy oraz na odwrót - tych, którzy w młodym wieku osiągają świetne wyniki, a potem coś się rozmywa. Można zawsze wrócić na szczyt, a potem z niego spać. To jest normalne, bo to sport.

Gdybyś mi to wtedy powiedział, to pewnie bym nie uwierzył. Teraz jestem starszy, minęło pięć czy sześć lat i przez taki okres człowiek zmienia kompletnie myślenie. Podejrzewam, że każdy z nas: ja, ty, czy pan, który teraz obcina boisko, pięć lat temu patrzył na wiele spraw zupełnie inaczej niż teraz. Obecnie jestem bardziej świadomy tego, co się wydarzyło. Wtedy, w najlepszych momentach Lecha i moich, nie uwierzyłbym w to.

Patrząc na to doświadczenie, o którym mówisz, to masz już świadomość, co poszło nie tak? Masz sobie coś do zarzucenia?

- Mówi się, aby nie rozpamiętywać tego, co się działo. Nie ma sensu rozdrapywać żadnych ran i decyzji. Podejmuje się je przez całe życie, raz są lepsze, a raz gorsze. Nie widzę jakiejś jednej przyczyny. To idzie lawinowo, poznaje się różnych ludzi, samemu robi się coś źle i wszystko się na to nakłada.

Jeżeli zaś mówimy o podejściu do treningów czy czymś takim, to nie mam sobie nic do zarzucenia. Podejrzewam, że byłbym spokojny i dałbym sobie rękę uciąć, że żaden z moich trenerów nie powiedziałby nic o nieprzykładaniu się do treningów czy braku profesjonalizmu na boisku. Pewnie moje decyzje zaważyły na tym, gdzie jestem. Odejście z Lecha to była moja decyzja, zaufałem ludziom i liczyłem na coś więcej. Byłem po całym sezonie, w którym grałem, zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski, byłem wolnym zawodnikiem i oczekiwałem lepszego miejsca niż Gdańsk.

Której decyzji najbardziej żałujesz? Odejścia z Lecha, transferu do Lechii czy tego Podbeskidzia ostatnio?

- Gdybyśmy się tak rozwinęli na każdy temat, to pewnie i milion innych momentów byśmy znaleźli. Jeszcze tego grania nie skończyłem i trochę jeszcze przede mną. Nie chciałbym teraz mówić, co było najgorszą decyzją. Może się przecież za pięć lat okazać, że przyjście do Korony było najlepszym wyborem, ale przecież i też najgorszym. Nie chciałbym ran rozdrapywać. Można się zawsze cieszyć, że nadal gram w Ekstraklasie i ciągle jest szansa na kolejne kroki.

Rozmawiając z tobą chyba trudno ominąć bramkę z Manchesterem City. To już się chyba będzie ciągnąć do końca. Ciąży to już czy raczej wracasz z chęcią do tej chwili?

- Rozmawiałem ostatnio ze stroną oficjalną Korony i mówiłem, że to głównie ludzie mi o tym przypominają. Tak, jak mówisz - ile można to przeżywać i powtarzać to? Ludzie, a w szczególności dziennikarze, chętnie do tego wracają, bo to jest pewnie ciekawy temat.

Czy to mnie męczy? To już będzie zawsze. Kiedy zdobędę kolejne bramki - nawet nie mówię o urodzie - z poważnym przeciwnikiem w rozgrywkach europejskich, to ludzie o City zapomną i będą mówić o tych nowych. Nie ominę już tego.

Odchodząc z Lecha wspominałeś, że w klubie jest pewien problem z wychowankami. Zbytnio nie wiadomo, co z nimi zrobić i nie zawsze traktowani są do końca poważnie. To też zaważyło na odejściu z Poznania?

- Kurczę, zastanawiam się, czy ja byłem wychowankiem? Na papierze niby nie, ale de facto tak, bo poważne granie zaczynałem właśnie tam. To Lech mnie do tego przygotował i ukształtował. Może te problemy biorą się z tego, że gdy człowiek jest długo w jednym miejscu, zna doskonale wszystkich ludzi wokół, to, gdy ktoś przychodził z zewnątrz, to zawsze miał „granie”. Musiał grać. Wychowanek zawsze musi się o to bić. Myślę, że podobne słowa mogłyby paść z ust młodych chłopaków w większości klubów. Trenują z pierwszą drużyną, ale nie grają, bo przychodzą starsi, bardziej doświadczeni gracze. Wątpię, czy tak jednoznacznie źle to oceniłem.

Stwierdziłeś, że Lech ma problem z wychowankami i nie wie zbytnio, co z nim zrobić.

- Zahaczyłem o ten temat, bo w tym czasie w Poznaniu było wielu dobrych zawodników, którzy odeszli. Chodzi mi tu przykładowo o Szymona Drewniaka czy Wojciecha Gollę, którzy trenowali, ale nie grali. Podejrzewam, że o to chodziło, bo paru dobry graczy, których, gdyby się przetrzymało i dało grać, to byłoby z nich więcej pociechy. Tych chłopaków puszczono, a teraz Szymon (Drewniak - red.) wraca znowu do Ekstraklasy. To kolejny zawodnik, z którym grałem w juniorach i przebił się. Roczniki 1991 - 1993 były bardzo silne, rzadko wychodzi, że aż tylu gra w Ekstraklasie.

Potem trafiłeś do Lechii, a więc do klubu, który z perspektywy całej Polski odbierany jest dość dziwnie. Razem z tobą do klubu przyszło naprawdę wielu bardzo dobrych graczy, wydawało się, że bez trudu osiągnięcie sukces, a to się nie udało.

- Kolejny rok nie ma pucharów. Niby były blisko, a znowu odjechały. Nie wiem, jak teraz to wygląda.

Bardziej chodzi mi o czas, w którym sam tam grałeś.

- Nawał transferów, a co pół roku odwracano o 180 stopni politykę klubu. Przede wszystkim piłkarzy, ale też tych rządzących na samej górze. Był Juskowiak, potem pojawił się Jóźwiak, to się bardzo zmienia. Trenerzy też jak w kalejdoskopie, zmieniali się co pół roku. Były transfery ludzi, których totalnie nie kojarzyliśmy. Ktoś przychodził i nic, totalnie zero. Ciągle były jakieś testy tygodniowe czy dwutygodniowe.

W moim odczuciu to była naprawdę zła decyzja, bo było tam zbyt wiele kołowrotków. Ciągle coś się zmieniało i to z miesiąca na miesiąc. Kiedy ktoś mówi, że to jest dziwne, to się zgadzam, dla mnie też jest. Byłem w środku, widziałem, jak to wyglądało. Nie wiem, jak wygląda to teraz, ale podejrzewam, że wiele się nie zmieniło. Może już bardziej się ustabilizowało, bo nie ma nawału transferów, ale nadal czegoś brakuje. Niby są pieniądze, kibice i wszystko sprzyja, a tego najważniejszego, czyli wyniku, nie ma. Szkoda trwonić kupę pieniędzy i tych dobrych zawodników, którzy tam nie będą grać. Znowu ktoś się obrazi, że siedzi na ławce, a na końcu ktoś odejdzie i przyjdzie ktoś nowy.

Podbeskidzie to była jedyna opcja po Lechii. Nie ukrywajmy, wyglądało to wtedy jak totalny zjazd - z Poznania przez Gdańsk do Bielska - Białej. Rynek trochę brutalnie zweryfikował twoje umiejętności.

- Umiejętności, ale też cały sezon w Lechii, w którym grałem na prawej obronie, na której nie chciałem występować. Szanuję decyzję trenerów, wśród których ciągle istniałem na tej pozycji. Potem dopiero troszkę pograłem w środku pola.

Czy to była wtedy jedyna opcja? Na pewno najkonkretniejsza. Najbardziej stabilnym klubem wtedy wydawało się Podbeskidzie. Miałem oferty z Ekstraklasy, ale wiemy na przykład, jak wygląda taki Ruch Chorzów pod względem finansowym i organizacyjnym. Nie oszukujmy się, człowiek na to patrzy, bo każdy chce mieć jakiś spokój z tyłu głowy i w miarę normalnie funkcjonować. Wydaje mi się, że to było najrozsądniejsze, choć wiadomo, jak się skończyło. Indywidualnie jednak, po zakończeniu sezonu - jak tylko już ochłonąłem - byłem bardziej spokojny, że znajdę sobie klub w Ekstraklasie niż po tym, co było w Lechii. Tam było granie w kratkę i takie łapanie się deski, jaką było Podbeskidzie.

W Bielsku chyba też wszystko nie było w porządku. Zdarzyło ci się skrytykować trenera Dariusza Kubickiego. Mówiłeś, że  chodzi taki pogląd o odbębniających trening piłkarzach, a było zupełnie inaczej.

- Powiedziałem to już, kiedy pracowałem z trenerem Podolińskim. Rzeczywiście tak powiedziałem, bo po prostu tak było. Nie wiem, jak sam trener Kubicki się na to zapatruje, ale mówiłem prawdę. Nie lubię oczerniać ludzi poprzez media, lepiej wyjaśnić sobie coś twarzą w twarz. Jego styl pracy jednak nie załapał, kompletnie nam nie szło za jego kadencji. Tak wyszło, wszystko na temat tego trenera powiedziałem, sprawa jest zamknięta.

Mówiłeś, że starasz się o tym spadku zapomnieć, ale to chyba nadal w człowieku gdzieś siedzi?

- Będzie to siedziało. Rozmawialiśmy o tej bramce przeciwko City, tak samo będzie z tym. On będzie i koniec. Każdy, kto spojrzy, to go zobaczy. Nie ma sensu się przed nim chronić. Im dłużej gra się w piłkę, tym więcej ma się doświadczeń zarówno bardzo miłych, jak i tych dramatycznych. Człowiek staje się mocniejszy i na wiele spraw patrzy inaczej. Nigdy o tym nie zapomnę, bo to się zdarzyło, a teraz muszę robić wszystko, aby się nie powtórzyło.

Teraz los napisze kolejny scenariusz. Na boisku jest jedenastu graczy plus pewnie drugie tyle w kadrze oraz cały sztab. Każdy za to odpowiada. W Podbeskidziu dużo grałem, brałem na siebie więcej, a wiadomo, że w takich się najwięcej strzela.

Patrząc tylko na ten spadek, to można powiedzieć pół żartem, pół serio, że trochę się wkopałeś. Trafiasz do Korony, która w opinii wielu jest właśnie „faworytem” do degradacji.

- Piłka ma to do siebie, że nie wiemy, co nas spotka. Podejrzewam, że wiele osób tak właśnie na Koronę patrzy. Tym bardziej, że odbyły się roszady, a trener Wilman dostał pierwsza poważną pracę, jaką jest Ekstraklasa. Dostał ją od razu z grubej rury, podobnie jak kiedyś Mariusz Rumak w Lechu. Choć on dostał jeszcze większy klub, nie oszukujmy się.

Dopóki runda się nie skończy, to nie będzie żadnej odpowiedzi. Można sobie oczywiście gdybać, ale wszystko zweryfikuje boisko. My nic nie wiemy. Mówię to teraz, z perspektywy czasu - nie lubię gdybania, bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy.

Masz więc pewnego rodzaju porównanie, bo chyba właśnie trener Rumak był jednym z ostatnich, którzy tak naprawdę po pracy w grupach młodzieżowych dostali pod swoje skrzydła pierwszą drużynę. Widać pomiędzy nimi pewne podobieństwa?

- Mówimy o samym charakterze pracy, a nie o człowieku? Trener Wilman jest na pewno bardzo zaangażowany, ale to normalne, jeśli mówimy o pierwszej pracy. Nie masz wyrobionej marki na rynku i ze wszystkich sił starasz się zrobić taki wynik, aby zostać na tej karuzeli. Trener ma zwykle gorzej niż piłkarz, bo mogą go zwolnić po pięciu meczach i lecisz.

A podobieństwa pomiędzy nimi? Zostańmy na tym, że na pewno wiek. Nie chcę ich porównywać, bo obecnie trener Rumak jest w innej sytuacji. Podejrzewam, że gdybym teraz z nim porozmawiał, a nie robiłem tego od ponad roku, to zupełnie zmienił swoje myślenie i tok rozumowania, bo pewną markę już ma.

To trener Wilman przekonał cię do podpisania kontraktu tutaj?

- Były inne zapytania, ale na pewno nie aż tak konkretne. Trener do mnie zadzwonił. Czegoś takiego w innych klubach nie było. Były rozmowy poprzez menadżera z prezesami, ale na tyle konkretnej, że dzwoni osobiście trener, to nie było. Cenię sobie coś takie. Jeśli ktoś naprawdę cię chcę, wykonuje sam telefon i wchodzi w konstruktywne tematy, to jest to najważniejszy argument.

Podawałeś przykład Ruchu i mówiłeś, że problemy organizacyjne zwykle działają nie niekorzyść klubu i nie zachęcają. Przychodzisz więc do Korony, która ze stabilności nie słynie?

- No ale na pewno bardziej niż Ruch. (śmiech) To też się okaże w przyszłości najbliższej, czy jest stabilna czy nie. Rozmawiałem przed przyjściem z Bartkiem Pawłowskim, który był tutaj rok i on mi polecał. I to nie to przed samym podpisaniem, ale po rozmowie z trenerem zadzwoniłem do Bartka się zorientować, to normalne. Znamy się dobrze i on mówił, że żadnych problemów nie widział i nie miał, na co narzekać. Gdyby coś takiego było, to pewnie by mi powiedział. Po co miałby kręcić? Miałby w tym jakiś cel? Jeżeli takie coś będzie, to nie wiem. Chyba, że Bartek mnie oszukał? (śmiech) On nie powiedział złego słowa na Korona, a przecież już nie był jej zawodnikiem, a to zawsze jest inaczej.

W sumie wszyscy wiemy o bolączkach organizacyjnych, ale generalnie każdy z piłkarzy, kiedy tylko spędzie trochę czasu w klubie, to mówi o niesamowitej atmosferze wokół niego. Coś w tym jest?

- Jestem już chyba miesiąc i da się to odczuć. Nastąpiła wyjątkowo szybka aklimatyzacja. Co prawda mam już takie doświadczenie, że trzy razy zmieniałem klub i to rok po roku. To naprawdę nie jest fajne. Przeprowadzki po kilkaset kilometrów,  przenoszenie wszystkich rzeczy i szukanie mieszkania dla całej rodziny nie jest proste.

Tutaj naprawdę szybko się zaaklimatyzowałem, a w innych klubach nie zawsze tak było. Sam jestem zaskoczony, że to tak szybko poszło. Podczas obozu spędza się ze sobą sporo czasu i siłą rzeczy zapoznaje się z chłopakami. Boisko to inna sprawa. Jeżeli rozmawiamy o atmosferze, to jest ona naprawdę fajna. Mamy sporo młodych chłopaków, w wieku podobnym do mnie. Nie wiem, czy jeszcze zaliczam się do tych młodszych? (śmiech) Są też oczywiście starsi, ale nie ma żadnej różnicy. Wiadomo, że jest szacunek, ale nie ma wyraźnego podziału. Rozmawiamy ze sobą normalnie.

Po powrocie z obozu, kiedy poznałeś lepiej drużynę, musiałeś mieć jakieś spostrzeżenia. Co pomyślałeś: „pilnie potrzebujemy wzmocnień” czy raczej „spokojnie, nie będzie problemu z utrzymaniem”?

- Wracamy znowu do tego, że nic nie przewidzę. Możemy nagle odpalić, super grać i zdobywać punkty, ale może też być bardzo pod górkę. Może tak być, że przegra się parę spotkań i jakieś refleksje się pojawią. Tak się zdarza, bo jak się wraca z kolejnego przegranego spotkania, to się o tym myśli. Podejrzewam, że jeśli pytasz o zawodników, to jak najbardziej. Im więcej dobrych piłkarzy, tym lepsza drużyna. Sezon jest długi, szczególnie z tym podziałem. Dobrych zawodników zawsze na plus. Okienko dopiero się otworzyło, tak?

1 lipca do końca sierpnia. W zeszłym sezonie Bartek Pawłowski przyszedł właśnie ostatniego dnia sierpnia.

- On przecież był ze mną w Podbeskidziu. Razem tam pojechaliśmy

Faktycznie, nawet przecież oficjalnie to ogłoszono.

- Ja z nim byłem w tym samym czasie. Było tak. Do końca sierpnia pozostało jeszcze parę kolejek. Może nawet jego ktoś cofnie? Może się przecież coś takiego zdarzyć. Z takiego Bartka na pewno bym się ucieszył. To jest przecież bardzo dobry zawodnik ze sporym doświadczeniem, który jest potrzebny w takim klubie, jak Korona. Na początku myślimy przecież o utrzymaniu, bo ona jest najważniejsze, a w walce o nie kluczowe jest właśnie doświadczenie. Tacy zawodnicy są na wagę złota.

Nie oszukujmy się - czeka was piekielnie ciężki sezon i walka do samego końca o utrzymanie.

- Gra do końca o utrzymanie? No może, nie wiemy, co się wydarzy. Na dzień dzisiejszy pewnie tak. Sprawa jest taka, że wszyscy w Kielcach i w całej lidze skazują nas na spadek.

Czwarty rok z rzędu.

- No to widzisz sam. Są może i tacy, którzy w to utrzymanie wierzą. Każdemu się pewnie marzy zapewnienie sobie pierwszej „ósemki”, bo to najwspanialsza rzecz, której byłem blisko z Podbeskidziem. Każdy chyba zna tę sytuację. To jest kolejne duże doświadczenie, bardzo bolesne zresztą. Z nieba do piekła.

Wszystko jest możliwe w piłce. Tak jak mówisz - przychodzi załóżmy dwóch czy trzech nowych zawodników, dają nową jakość i już nie mówimy o utrzymaniu, ale o spokojnym graniu.

Czyli, jak patrzysz de facto ze środka, ale jednak jeszcze trochę z boku, to sprawa wygląda tak - trzech nowych graczy i mamy spokojną „ósemkę”?

- (śmiech) No tego nie mogę obiecać. Nigdy nie będę nic takiego robił. Nie zdarza mi się obiecywać strzelonych bramek czy wyniku zespołu, bo przede wszystkim jest na to zbyt wcześnie. Sparingi, sparingami, ale to i tak jest tylko trening. Fajną rzecz powiedział prezes Boniek przed Mistrzostwami Europy, że te mecze towarzyskie to są tak samo ważne, jak zeszłoroczny śnieg. Czy ktokolwiek pamięta o porażce z Holandią i remisie z Litwą? Graliśmy wtedy optymalnymi składami. Ja też będę uczulał i mówił, że to tylko mecze towarzyskie. Gdybyśmy w sobotę wygrali 2:0, to tylko obudzilibyśmy ogromne nadzieje. Wiadomo, nieprzyjemnie się przegrywa, ale tak to jest tylko mocny trening, ale na pewno przyjemniejszy.

W lidze są inne zachowania. Gdybyś grał z takim AEK- iem w Lidze Europy, to na pewno nie klepałby na takim luzie i swobodzie, bo wynik byłby ważniejszy. W Lubinie też będzie inaczej, bo musi być siłą rzeczy. Każdy mówi, że zawsze podchodzisz tak samo do każdego meczu, no i niby tak jest, ale też nie do końca. Dochodzi zawsze cała otoczka spotkania i te punkty, które są ponad miarę. Nie wstyd wtedy nawet obrońcy czasem wybić w aut w niebezpiecznej sytuacji.

Rozmawiamy na tydzień przed inauguracją ligi. Czuć już pewnego rodzaju napięcie?

- Nawet w sobotę rozmawiałem z dziennikarzami po ostatnim gwizdku i mówiłem, że już się czeka na ligę, bo te sparingi się gra i to wszystko toczy się wolno. Trenuje się po dwa razy dziennie, wpada się w monotonię. Chciałoby się grać o coś więcej. Liga nadchodzi dużymi krokami, a ona jest najważniejsza. Wiadomo, że to najbardziej mobilizuje i wzbudza największe emocje. To jest zupełnie co innego, nawet to, że gra się przy światłach. Każdy, kto usiadłby tutaj z drużyny, powiedziałby pewnie to samo.

W twoim przypadku trudno uniknąć porównań do Vlastimira Jovanovica, który chyba masz w Kielcach zastąpić. Nawet będziesz grał z tym samym numerem.

- Długo był tutaj, prawda?

Prawie sześć lat.

- Chciałbym robić swoje. Numer wyszedł zaś zupełnie przypadkowo. Nigdy nie grałem z „8”. Zdarzało się z „7”, ale wiem, że „Ceba” (Marcin Cebula - red.) ma ten numer i raczej nie miałem ochoty o niego walczyć. „8” była najbliższa wolna, więc powiedziałem kierownikowi: „to daj ósemkę, nie ma problemu”. Wiem, kto z nią grał, bo przeciwko sobie wiele razy występowaliśmy. Próbuję się jednak od tego odciąć. Fakt, gramy na podobnych pozycjach, ale jednak chyba mamy inne charakterystyki. On też jest starszy, inaczej zupełnie funkcjonuje na boisku, bo miał kupę doświadczenia.

To też będzie przecież inna drużyna. To nie jest tak, że wyjęto „Jovę” i wsadzono Możdżenia. Wokół mnie będzie grało też wielu innych zawodników, więc uważam, że nie ma sensu porównywać.

Przewiduje się, że w środku zagrasz z Rafałem Grzelakiem. I w tym duecie, to od ciebie będzie się więcej wymagało jeżeli chodzi o grę do przodu.

- Podejrzewam, że będzie tam jeszcze jedna osoba w środku, bo gramy zwykle „trójką”. Tak pewnie będzie, bo Rafał jest defensywnym pomocnikiem i skupia się głównie na destrukcji. Mnie też to nie omija, muszę też tam pracować. I tak było też w Podbeskidziu, gdzie parę bramek strzeliłem. Udzielałem się tam sporo w ofensywie, bo to po prostu lubię i jeśli tylko będzie ku temu okazja, to chętnie.

Wiadomo też, jak będą wyglądać te mecze. Jeżeli będzie się cofniętym, to też tych okazji będzie mniej. Może tak się przecież zdarzyć, to normalne. Gdy będzie się grało na przykład na Lechii, z Lechem czy z Legia, podejrzewam, że tak wyjdzie z automatu, że liczyć będziemy na kontry. Zawsze chce się strzelać bramki, to jest naturalne u pomocnika. Każdy chce ciągnąć do przodu i rozumiem, że te wymagania są, abym dawał do przodu więcej niż Rafał, bo on skupia się na innych zadaniach. Powiedzmy sobie szczerze - nie zawsze będę musiał wszędzie być, bo tam będzie on i mi będzie pomagał.

Początek sezonu dla was pewnie będzie nie tyle decydujący, co wręcz piekielnie ciężki. Wystarczy tylko spojrzeć na terminarz.

- Wczoraj właśnie się dowiedziałem. Znałem pierwsze dwie czy trzy kolejki, ale nie wiedziałem, co dalej.

A jak się spojrzy na pierwsze sześć...

- Cała góra poprzedniego sezonu.

Zagłębie, Pogoń, Piast...

- Potem jeszcze jest wyjazd do Gdańska, u siebie Lech i Wisła.

Czyli jest gorąco i trudno chyba o optymizm.

- W tej sytuacji nikt na ciebie nie liczy, prawda? Nie oszukujmy się. Nawet sam powiedziałeś, że może być gorąco. Z drugiej strony, co takiego może wydarzyć się złego? Ktoś może być lepszym zespołem, ale równie dobrze, to my możemy być lepsi. Tak jak się patrzy, to gramy z całą górą tabeli poprzedniego sezonu. Znamy jednak polską ligę i wiemy, jak to jest. Gdybyś spojrzał na to dwa lata temu, to Piast raczej nie był u góry. Zagłębie - wiadomo. Nawet ostatni sezon Lecha był zupełnie w drugą stronę. Ja nie pamiętam nigdy takiego wyniku. Nie ma żadnej recepty na wygrywanie, ani nawet na przegrywanie.

Okazję się zawsze stworzy, a te sześć kolejek faktycznie robi wrażenie. Z drugiej jednak strony, to ja chyba wolę mieć na początku lepszych rywali i tam uciułać punkty, aby potem z tymi „teoretycznie słabszymi” punktować jeszcze lepiej i mieć spokojną zimę.

Rozmawiał Wojciech Staniec II

 

 

Wasze komentarze

piłkarski poker2016-07-12 22:28:19
Zgadzam się z opinią, że trudno o optymizm. Przynajmniej na tę chwilę...
Lukas2016-07-12 22:58:22
Powodzenia! Liczymy na Ciebie!!!
Adrian2016-07-12 23:12:58
Kadra w rozsypce i do tego bez Napastnika.. po meczuw Lubinie mozemy być na ustach piłkarskiej Polski, ze dostalismy solidne baty.. Gdzie ten Napastnik Panie Paprocki!!? Gdzie Skrzydłowy?!
Kibic2016-07-12 23:14:03
Szkoda Nas Kibiców.. kadra w rozsypce.. Gdzie Napastnik!!!!???
Jacek2016-07-12 23:16:35
A czy obydwie strony czyli Paprocki-Kibice z "Młyna" dogadali się w sprawie Dopingu?
Kibic2016-07-12 23:18:15
Panie Mozdzeń liczymy na Pana dobrą grę!!!
MojPanie2016-07-13 10:48:13
W Lubinie sezon zaczynają z Lechem na wyjeździe. 17 lipca maja trening strzelecki.
kkk2016-07-13 15:15:44
To może teraz na drugą nóżkę?
bartek2016-07-13 19:20:45
Zeby sie chlopak nie rozpił w tej Koronie..
brak profesjonalizmu2016-07-14 07:26:51
Że strony zarządu Korony Kielce.
Nie będzie napastnika przed inauguracją sezonu.

Projekt i wykonanie: CK Media Group