Zieliński po Piaście: Mamy duży niedosyt
W 14. kolejce PKO BP Ekstraklasy Korona Kielce bezbramkowo zremisowała na wyjeździe z Piastem Gliwice. Swoją opinią po spotkaniu podzielił się Jacek Zieliński, szkoleniowiec „Koroniarzy”.
Jacek Zieliński (trener „żółto-czerwonych”): – Nie było to spotkanie wysokich lotów, bo nie padły żadne bramki. Myślę, że kibice nie będą chyba wracać do domu szczęśliwi. Mamy duży niedosyt, ponieważ uważam, że powinniśmy wygrać ten mecz. Chyba sobie na to zasłużyliśmy. Jednak w piłce nożnej nie ma czegoś takiego jak „powinniśmy”, „zasłużyliśmy”, musimy to pokazać na boisku, a niestety bramki dziś nie padły.
Naprawdę bardzo chcieliśmy, parliśmy do przodu, ale czegoś nam brakowało. Zabrakło nam wykończenia, tudzież finalizacji. W defensywie graliśmy naprawdę dobrze i pewnie, a Piast praktycznie nie stworzył zagrożenia pod naszą bramką.
(O tym czego zabrakło Koronie w ataku) Z przodu, dla każdego, kto uważnie przygląda się naszemu zespołowi, to widział jaki skład dzisiaj wystawiliśmy. Bez Błanika, Długosza, Nikolova i Antonina. Praktycznie wszyscy, którzy strzelają dla nas bramki, z różnych powodów, dzisiaj nie mogli wystąpić. Jednak to też nie jest żadne tłumaczenie. Ci, którzy wyszli dali z siebie bardzo dużo, ale czasami zabrakło im chłodnej głowy, o czym mówili w szatni po spotkaniu. Trzeba było się niejednokrotnie spokojniej zachować, sam Stjepan Davidović mógł trzy razy „ukąsić” Piasta, miał strzał w poprzeczkę, a potem najlepszą okazję posłał obok bramki. Wówczas Plach nie mógłby zareagować. Brakło nam czegoś, podejrzewam, że właśnie tego spokoju, ponieważ staraliśmy się, a graliśmy bez klasycznego napastnika. Ciężko gra się takie mecze przeciwko tak dobrze zorganizowanej w defensywie drużynie jak Piast. Wprawdzie próbowaliśmy ich straszyć innymi sposobami, ale to nic nie dało. Brak płynności wynikał z nerwowości i z faktu, że za bardzo chcieliśmy, czasami nawet z jakości piłkarskiej, bo można rozgrywać daną akcję inaczej. Takie błędy nam się dzisiaj zdarzały. Poza tym boisko wraz z upływem czasu się „rozrabiało” i ono tez nie pomogło w grze. Nie ma jednak co narzekać i szukać alibi, po prostu nie wyszło.
(Dlaczego Mateusz Głowiński wszedł na ostatnie kilka minut) Bo dwa miesiące nie trenował z drużyną, leczył kontuzję i jest po 26 minutach gry w drugiej drużynie. Dlatego właśnie tak późno wszedł na murawę. Gdybym wiedział, że się przewrócę, to bym nie wychodził na ulicę, teraz też jestem mądrzejszy.
Fot. Maciej Urban







