Bramkarz musi być wariatem. Jak trzeba skasować, to kasuje

17-05-2021 08:30,
Mateusz Kaleta

Korona Kielce bramkarzami stoi. Kończący się sezon jest ostatnim w Koronie Kielce dla Mirosława Dreszera. 55-latek, zajmujący się w klubie golkiperami, 30 czerwca odejdzie z klubu. Przez cztery lata miał okazję pracować z dziewięcioma golkiperami, którym pomagał wznieść się na wysoki poziom. Przeżył czterech trenerów, spadek z ekstraklasy i trudne chwile - nie tylko te zawodowe, ale też prywatne. - Powikłania po koronawirusie były takie, że mogłem stracić nogę. Myślałem już o wózku inwalidzkim - zdradza trener Dreszer w długiej rozmowie z naszym portalem.

Doświadczony szkoleniowiec nie zawsze w klubie miał łatwo. Czasami musiał twardo bronić swojego zdania, ale opłacało się. To dzięki niemu do Korony trafił Marek Kozioł, który stał się jednym z najlepszych zawodników drużyny. Teraz klub stawia na młodych bramkarzy, a o miejsce w nowym sezonie mają walczyć Jakub Osobiński i Marcel Zapytowski. - Jestem przekonany, że nie powinniśmy martwić się o obsadę bramki Korony Kielce - mówi Mirosław Dreszer. Teraz trener bramkarzy kieleckiego klubu będzie szukał nowego sportowego wyzwania. - Nie czuję się ani wypalony, ani stary, aby całkowicie z tego rezygnować - przyznaje.

Przykro rozstawać się z Kielcami? 

- Szybko ten czas minął. Sam nie przypuszczałem, ze będę w Koronie aż cztery lata. Zawód trenera jest taki, że jesteś jeden sezon, ale potem przychodzi nowa ekipa i już nie masz roboty. Tak to jest – nie można nic planować. Ja też nie planowałem, że będę cztery lata. 

To pana decyzja, czy klubu?

- Klub ma inną koncepcję, stawia na innego trenera. Ja z chęcią bym w Kielcach został, zżyłem się z tym miastem i wszystko mi tu pasowało. Klub podjął taką decyzję i muszę się do tego dostosować. Biorę to na klatę.

Który z tych czterech sezonów spędzonych w Koronie był najlepszy?

- Najlepsze sezony były w Ekstraklasie. Na początku z Gino Lettierim szliśmy w bardzo dobrym kierunku. Super operowaliśmy piłką, z różnych stron słyszało się głosy, że Korona podniosła swoje umiejętności. Graliśmy dobrą piłkę jak na polskie warunki, ale trwało to krótko, dosłownie pół roku. 

No właśnie. Dlaczego tak krótko?

- Pozbywano się polskich zawodników, zatrudniano obcokrajowców. Myślę, że to był decydujący czynnik. Nie poszło to tak, jak wszyscy, włącznie z trenerem Gino Lettierim, sobie wyobrażaliśmy.

Piłkarzy wymieniano co pół roku.

- Można porównać to do starego domu. Fundamenty są bardzo dobre, ale cały czas coś się zmienia i góra nie wygląda tak dobrze. Podobnie było w Koronie. Mieliśmy podstawy do tego, aby być stabilną drużyną. Zmiany są w ten sport wkalkulowane. Niektórzy zawodnicy się sprawdzają, inni nie i muszą opuścić klub. Jednak tutaj tych zmian było bardzo dużo.

O najtrudniejszy moment nie pytam. Łatwo go wskazać.

- Oczywiście, musieliśmy ratować klub po spadku z PKO Ekstraklasy. Do tego nałożyła się pandemia, musieliśmy zrezygnować nawet z 40% swoich zarobków. Zgodziliśmy się na to całym sztabem szkoleniowym. Wydaje mi się, że lepiej dostawać troszkę mniej pieniędzy, ale dostawać, niż uprzeć się i stać na swoim. Nie wiadomo, czy klub by dalej istniał, gdybyśmy wtedy nie zrezygnowali z części poborów. Potem pomogło miasto. Nie wyobrażam sobie, aby Korona zniknęła z mapy Polski.

Były chwile zwątpienia? 

- Nie tylko moje, ale też całego sztabu. Nie wiedzieliśmy, czy klub sobie poradzi z problemami. Nie dostawaliśmy punktualnie pensji - zaczęło się od miesiąca, ale potem był drugi, trzeci, nawet czwarty opóźnienia. Trzeba było się z tym zmierzyć. Klub dalej istnieje i powinien dobrze się odbudowywać. 

Zeszliśmy na negatywne wspomnienia, ale początki były pozytywne. Jak to się wszystko zaczęło?

- Otrzymałem telefon od prezesa Krzysztofa Zająca, który pytał, jakie mam papiery trenerskie. Okazało się, że mam UEFA Goalkeepera, tą najwyższą licencję, która pozwala na pracę w Ekstraklasie. Robiłem ten kurs w Polsce jako jeden z pierwszych, z takimi trenerami jak Józef Młynarczyk, Andrzej Woźniak, czy Janusz Jojko. To bardzo dobrzy fachowcy. Do tego pomógł mi też fakt, że grałem w Niemczech, znałem język niemiecki. Pasowałem do koncepcji nowego trenera Gino Letieriego. 

Pana rola była podwójna: trenera i tłumacza.

- Były takie momenty, w których trener przedstawiał swoje pomysły, a ja starałem się je tłumaczyć. Był też drugi trener David Pietrzyk, który był Niemcem. Też tłumaczył, choć wychodziło mu to trochę gorzej. Staraliśmy się pomagać trenerowi Lettieriemu na tyle, ile mogliśmy. Nie uczył się polskiego, uważał, że ma w swoim sztabie fachowców, którzy mu wszystko przetłumaczą. I tak było. Chodziliśmy z nim na wszystkie spotkania, radziliśmy sobie w szatni i na odprawach przedmeczowych.

W pierwszym sezonie miał pan okazję pracować ze Zlatanem Aloveroviciem. Było po nim widać, że to zawodnik z innej półki w realiach polskiej ekstraklasy?

- Widać było pełen profesjonalizm. To bardzo komunikatywny człowiek, miał wiele pomysłów, które mogłem od niego podłapać. W przeszłości grał w rezerwach Borussi Dortmund w Regionallidze, do tego trenował z pierwszym zespołem. Rozmawialiśmy na wiele tematów i pokazał mi kilka ciekawych treningów z Niemiec. Od każdego można się czegoś nauczyć. A po drugie – umiał bronić. Był dynamiczny, obronił kilka karnych. Jego słabszą stroną było przedpole. Może nie był za wysoki, ale miał bardzo fajną dynamikę.

Pamiętam, że zatrzymał z jedenastego metra największe gwiazdy ligi – Carlitosa, Darko Jevticia, Christiana Gytkjaera. Jaki był jego sposób na karne?

- W dobie Internetu, InStatu i nowinek technologicznych, mamy prześwietlonych strzelców drużyny przeciwnika. Zawsze oglądam karne w wykonaniu rywali i przekazuję to bramkarzowi. Do tego doszły teraz również rysunki, które pokazuję przed meczami i daję im ściągę, gdzie dany zawodnik może strzelać. Czasami się to jednak nie pokrywa. W tym sezonie też mamy opanowane „jedenastki”, ale niestety czasami wybory są całkiem odwrotne. Zawodnik potrafi strzelać pięć razy w prawy róg, a przyjdzie mecz z nami i wybierze lewy. Bramkarz musi mieć instynkt i nos. Zlatan to miał. Potrafił przewidzieć i wygrać wojnę nerwów z napastnikiem. 

Analizuje się karne, a co z sytuacjami meczowymi?

- Nie mogę wszystkiego zdradzić, ale niektóre rzeczy się bramkarzom pokazuje – m. in. rzuty wolne, stałe fragmenty, czy jakieś charakterystyczne zachowania. Piłka jest taka, że w niektórych momentach zaskakuje. Wystarczy, że jeden zawodnik złamie linię, ktoś gdzieś indziej się ustawi i wszystko się popsuje. 

Korona nie grała wtedy źle, ale punkty uciekały. Alomerovicia zastąpił w bramce Maciej Gostomski. Słyszałem, o nim, że często rozpraszały go – nazwijmy to - czynniki zewnętrzne. 

- Był specyficznym zawodnikiem. Obracał się w swoim dziwnym świecie i trzeba było do niego dotrzeć, a mi się to udało. Kiedy Maciek do nas przyszedł, dzwonił do mnie pewien trener i mówił: „Mirek, odpuść go sobie, nic z niego nie będzie. U mnie dostawał szansę trzy razy i zawsze coś zawalił”. Odpowiadałem: Spokojnie, popracujemy i spróbuję znaleźć z nim wspólny język. I faktycznie – dużo pracowaliśmy, obserwowałem go na treningach, zwracałem uwagę na pewne rzeczy. Maciej to przyjmował, a w efekcie zaczął bardzo dobrze bronić. Potem dostał kontrakt w Cracovii i przeszedł do bogatszego klubu z większymi perspektywami.

Zaskoczyło to pana? Po tej sytuacji został odsunięty od składu.

- Nikt się tego nie spodziewał, my też byliśmy zaskoczeni. Gino mnie opieprzył: „Jak to, trener bramkarzy nie wie, gdzie idzie jego zawodnik?!” Ja mówię: trener też czasami nie wie, bo oni trzymają to w tajemnicy. Nie będę za nim jeździł tu, czy tam. Widocznie miał takie prawo, żeby pół roku przed zakończeniem kontraktu rozmawiać z innym klubem. Wyszło, jak wyszło, nie za fajnie, bo stawialiśmy na Maćka. Miał bronić, ale niestety został odsunięty do „klubu kokosa”. Trenowałem z nim indywidualnie. Szkoda, że tak wyszło, bo mógł dalej bronić. 

Jak pan wtedy zareagował na tę decyzję?

- Chciałem, żeby Maciek dalej grał. Był nam potrzebny, był w dobrej formie. Co my wtedy zyskaliśmy? Nic. Szansę dostał Matthias Hamrol i ją wykorzystał. Maciek poszedł w odstawkę. Dla mnie to są niezrozumiałe sprawy. Można było wyczekać do końca, albo dogadać się z Cracovią, aby puścić go od razu i dostać za to parę groszy, a tymczasem ktoś poszedł na udry, były kłótnie. To było poza mną, ale nikt w tej sytuacji nie zyskał – ani klub, ani Maciek, ani Cracovia. Gdyby Maciek dograł sezon do końca, Cracovia miałaby bramkarza w dobrej formie, a my mielibyśmy pewną bramkę i może jeszcze kilka groszy. A tak ktoś się uparł i wyszły takie głupie zagrania.

Teraz Maciej Gostomski gra w Górniku Łęczna. 

- Nieźle sobie radzi. Widać, że spuścił trochę wagi, wyszczuplał. Rozmawiałem z nim przy okazji meczu z Górnikiem. Taki jest futbol – dzisiaj jesteś tu, a jutro tam.

Kto wybiera bramkarza na mecz?

- W każdym klubie jest hierarchia. Każdy trener ma swoich współpracowników: trenera przygotowania fizycznego, asystenta, czy trenera bramkarzy. Ja przygotowuję golkiperów, a potem jest dyskusja, na kogo stawiamy. Muszę spełnić oczekiwania trenera i współpracować. 

Trener Lettieri wchodził w pana kompetencje jeśli chodzi o wybór bramkarzy?

- W końcówce zaczął kombinować. Chciał popierać Kukicia, uważał, że jest lepszy. Ja opowiadałem się za Markiem Koziołem, który wtedy przyszedł do klubu. Pewne rzeczy zaczęły się trenerowi nie podobać. Był taki moment, że nie działaliśmy na wspólnych falach. 

Matthias Hamrol przeszedł drogę od trzeciego bramkarza do pierwszego. Wspominał, że po pierwszym swoim treningu w Koronie usłyszał, że „jeśli tak ma bronić, to może sobie stąd iść”. Naprawdę wyglądał aż tak słabo?

- Trener Lettieri miał trochę inne podejście, bo obserwował wszystkich zawodników. Kiedy przyszedłem do Korony, Matthias przyjechał do nas na testy razem ze Zlatanem Alomeroviciem. Pojechaliśmy na obóz do Bremy, po którym zapadły decyzje. Mieliśmy wybrać jednego z nich, a postawiliśmy na obu. Matthias zaczął powoli wdrażać się do tej nowej sytuacji. Pierwszy raz był w Polsce, to była dla niego nowa specyfika treningu. Cały czas pracowaliśmy nad elementami, które musiał poprawić. Dostał swoją szansę i ją wykorzystał, bo był mocnym punktem zespołu.

Kojarzę, że miał sporo kłopotów z głową. Pomagał mu psycholog. To chyba bardzo ważne, aby głowa bramkarza nadążała za nogami.

- Zgadza się. Bramkarz może mieć w meczu jedną, dwie interwencje, ale musi się w nich dobrze zachować. Musi obserwować cały mecz, analizować. To spore obciążenie dla głowy.

Śledzi pan teraz jego losy?

- Z Korony trafił do Holandii, ale tam zmagał się z kontuzjami. Teraz jest w SV Wehen Wiesbaden na trzecim szczeblu rozgrywkowym w Niemczech.

Potem do składu wskoczył Michał Miśkiewicz. Nie dostał byt wielu szans.

- Czy mało? Nie sądzę. Gino nie był jego zwolennikiem, bo chciał sprowadzić do Kielc innego bramkarza. Ja widziałem, że „Misiek” jest niezłym bramkarzem, grał w niezłych klubach i zawsze można było na niego liczyć. Przyszedł pokorny, dobrze trenował, nigdy nikomu nie zawadzał. Bardzo sympatyczny człowiek. Gdy wszedł do bramki, to zaczął bardzo dobrze bronić.

Sami wiemy, jaka jest „przyjaźń” między kibicami Wisły Kraków i Korony Kielce. Jemu akurat zdarzył się fatalny mecz z Wisłą, w którym przegraliśmy 2:6. Przy bramkach zachowywał się irracjonalnie. To zamknęło mu dalszą drogę do gry w Koronie Kielce. 

On sam też miał tego świadomość. Do tego 0:4 z Zagłębiem Sosnowiec.

- Po tym pierwszym fatalnym meczu rozmawiałem z Michałem. Pytałem go: Michał, co jest? Przyjąłeś cztery bramki. Odpowiedział mi w krótkich słowach: „Trenerze, dostosowałem się do poziomu gry zawodników”. Mówię do niego: I tu jest twój błąd. Nawet jeśli drużyna słabiej grała, to ty jako bramkarz możesz wszystko jeszcze naprawić, a nie pomogłeś. A tydzień później Wisła, w tydzień dostał dziesięć bramek. Trudno, żeby z naszej strony była inna reakcja. Nie były to łatwe decyzje, ale trzeba było je podjąć.

Spotkałem się z nim w Krakowie. Cały czas pamięta o Koronie, śledzi jej losy. Pomimo, że jest wychowankiem Wisły.

- Jak ktoś jest inteligentnym zawodnikiem, to przeanalizuje sobie „za” i „przeciw” w danym klubie. Michał bardzo dobrze się tu spisywał, bardzo fajnie trenował. Nie było z nim żadnego problemu, a można było z nim porozmawiać merytorycznie na każdy temat. Ja byłem za Michałem, bo ja go tu ściągnąłem i dałem mu szansę. Niestety ciągnął się za nim ten cholerny mecz z Wisłą.

Był pan zaskoczony jego dalszym wyborem? Od dwóch lat gra w Wieczystej Kraków.

- Takie są koleje losów. Michał mieszka w Krakowie, dostał fajną propozycję budowania ciekawego projektu. W tym roku awansują, a jeśli to powtórzą z roku na rok, to mogą jeszcze namieszać. 

Raczej nie ma zbyt dużo pracy.

Pewnie trochę się tam wynudzi. Mają bardzo dobrych zawodników, byłych reprezentantów Polski. Koncentrację musi trzymać cały czas. Czasem w takim meczu pójdzie jedna akcja, jeden strzał na bramkę i musi uważać, żeby nie puścić jakiejś frajerskiej bramki, bo zaraz kibice mu to podsumują.

Ku zaskoczeniu wszystkich Korona postawiła na młodzieżowca w bramce. Paweł Sokół to był pana pomysł? 

- To był nasz wybór. Podsumowaliśmy sobie „za” i „przeciw”. W lidze musiał grać co najmniej jeden młodzieżowiec i na głębokie wody rzuciliśmy właśnie Pawła. Ale z drugiej strony: kiedy, jak nie wtedy? Mogliśmy rzucić na tę wodę Kubę Osobińskiego, ale nie był jeszcze gotowy. Paweł może nie miał dużo więcej doświadczenia, ale lepiej się poruszał. Nie bronił źle, nie robił wielkich „baboli”, „byków”, ale trafił na słabszy okres gry całego zespołu. Chłopaki mu nie pomagali, bo nie byli w najlepszej formie. Gdy Paweł puścił bramkę, to od razu były do niego pretensje, ale przy analizach wychodziło, że to nie były zawalone przez niego gole.

Było po nim widać, że poprzednie lata spędził w Manchesterze City?

- Paweł nie był moim wyborem. Transfer załatwił prezes, uważał, że Paweł miał dobre recenzje w Anglii. Po pierwszych treningach stwierdziłem, że jeśli tak trenują w Anglii i mają taki poziom, to nie jest za dobrze… Nic Pawła nie wyróżniało. Nie było żadnej różnicy, która wskazywałaby na fakt, że bronił w Manchesterze City. Może zauważalna była jego pewność siebie, ale jeśli chodzi o rzeczy stricte techniczne, taktyczne, to nie. Paweł musiał się tego wszystkiego uczyć.

Teraz zrobił krok w tył – broni w Chojniczance Chojnice.

- Wydaje mi się, że zrobił dobry ruch. My też go w pewnym momencie odpuściliśmy, został wypożyczony z Korony do Elany Toruń. Nie spełnił naszych nadziei, myśleliśmy, że będzie lepiej. Bardzo się cieszę, że broni regularnie w drugiej lidze i to na pewno będzie owocowało. Zespół Chojniczanki jest w czubie tabeli, grają o awans, mają cele i to jest najważniejsze. Zobaczymy, jak będzie, gdy wejdą do pierwszej ligi. Z roku na rok Paweł powinien być coraz pewniejszy i bardziej doceniony. 

Pan był zwolennikiem Marka Kozioła.

- Oglądałem parę jego meczów i byłem do niego przekonany. Lubię takich solidnych bramkarzy. Marek przypomina mi trochę Michala Peskovicia - nie robi głupich błędów i widać, że jest bardzo doświadczonym bramkarzem. Powiem szczerze, że bardzo chciałem go tu ściągnąć i prosiłem prezesów, aby mnie poparli. Gino był na jednym meczu, żeby go obejrzeć w akcji. Nie wierzył mi, mówił do mnie: „Nie, nie, Mirek, ja sobie sam pojadę i obejrzę”. Akurat Marek dostał wtedy powrotną piłkę od obrońcy, zagrał źle, strzelili mu bramkę. Gino przyjechał i mówił, że to słaby zawodnik i tak dalej. Nie był jego zwolennikiem i nie za bardzo chciał go w Koronie. Wtedy ja po raz pierwszy postawiłem na swoim i uważam, że dobrze zrobiłem. Byliśmy z niego bardzo zadowoleni.

Nie był to oczywisty wybór, bo Marek Kozioł przed Koroną rozegrał tylko dwa i to niezbyt udane mecze w ekstraklasie.

- Powiedziałem mu: Mareczku, jeśli wszystko będzie dobrze, to będziesz miał tych meczów w ekstraklasie więcej. I ma ponad trzydzieści. Zasłużył sobie na to.

Był pewnym punktem drużyny – tej spadającej z ekstraklasy i tej, grającej w Fortuna 1. Lidze.

- Kiedy w bramce jest Marek, obrońcy ufają mu bardziej, są stabilni. Kamil Kuzera, który przejął Koronę po Maćku Bartoszku, pierwsze co zrobił, to skontaktował się ze mną w kwestii wyboru bramkarza. Od razu powiedziałem, że stawiamy na Marka. On dał impuls drużynie swoim doświadczeniem. Te punkty były też jego zasługą. 

Teraz Marek Kozioł gra mniej. Kończy się jego czas w Koronie?

- (Chwila ciszy). Co by tu powiedzieć. Takie są założenia. Próbujemy zmieścić się w trójce Pro Junior System, która daje zastrzyk finansowy dla klubu. Te decyzje są po części wymuszone. Gdy Marek przechodził COVID-19, do bramki wskoczył Marcel Zapytowski. Po chorobie Marek musiał odpocząć, a „Zapyt” zagrał jeden, drugi mecz bardzo dobrze. Nie było okazji do tego, aby Marek wrócił do bramki, choć powinien. Teraz wrzuciliśmy Kubę Osobińskiego, który punktuje w Pro Junior System podwójnie, bo jako wychowanek. Bronił trzy mecze – jeden bardzo dobrze, drugi średnio, a trzeci słabo. Zobaczymy, jak to będzie dalej. Marek wie, że klub nie wiąże z nim dalszej współpracy. To już nie ode mnie zależy, ja jestem poza tym. Widzę, że tak jest. Może sam Marek też ma inne plany. Jest dużo znaków zapytania, na które ja nie mogę odpowiedzieć. Mogę tylko powiedzieć, że Marek dalej trenuje bardzo solidnie i jest przygotowany do gry w każdej chwili. Ja też jestem za tym, żeby budować zespół od bramkarza. Młodzi chłopcy, jak Zapytowski, Osobiński, Sandach, będą popełniać błędy i wpuszczać „babole”. Młodość ma to do siebie, że mogą się w pewnych momentach zagubić. Marek ma to już za sobą, jest doświadczonym bramkarzem i przeszedł już te wszystkie szczeble.

On, Grzegorz Szymusik i Jacek Kiełb – tylko ta trójka pozostała po spadku Korony z Ekstraklasy. Chcieli pomóc w odbudowie klubu.

- Zgadza się. Marek wiedział, że ja zostaję przy trenerze Bartoszku. Nie znaliśmy się z trenerem, ale on ocenił moją przydatność do sztabu szkoleniowego i był bardzo zadowolony. Szybko znaleźliśmy z Maćkiem Bartoszkiem wspólny język. Być może fakt, że ja zostałem, miał jakiś wpływ na Marka. Od niego budowaliśmy tę drużynę. 

Kogo umiejętności: Marcela Zapytowskiego czy Jakuba Osobińskiego ceni pan wyżej?

- Marcel Zapytowski jest troszeczkę w przodzie, bo bronił sporo meczów w Resovii w pierwszej lidze. Ma więcej doświadczenia, którego brakuje Kubie. On musi patrzeć na niektóre mecze chłodniej, spokojniej. Niestety czasami się „grzeje”. Przykładem był przedostatni mecz z Sandecją Nowy Sącz (1:2 – przyp. red.), w którym przegrała mu się grzałka. Musi popracować nad swoją stroną mentalną. Wiele do życzenia pozostawiają też aspekty techniczne, wprowadzanie piłki. Musi dalej nad tym pracować. Kiedy pierwszy raz wziąłem Kubę z juniorów, miał wiele mankamentów, w pewnych elementach fachu bramkarskiego nie był korygowany. Pochłonęło to sporo czasu, aby Kuba dopasował się do tego poziomu, w którym jest teraz. 

Tak to jest z młodymi – w jednym meczu bronią świetnie, w innym słabiej. Takie są cechy młodości – nie są jeszcze opierzeni, wyrachowani, jak starsi bramkarze.

Na Termalice Osobiński puścił sześć bramek, ale chyba trudno mieć do niego pretensje.

- Trudno jest oceniać bramkarza. Każdy kibic z boku powie, że to fatalny występ i jak można puścić sześć bramek. Ale nikt sobie nie zdaje sprawy z tego, że Kuba dostał dwie bramki z rzutów karnych, dwie ze stałych fragmentów gry i dwie z akcji, i to z bliskiej odległości. Do tego dwie, trzy piłki wybronił, bo mógł tych bramek mieć na koncie więcej. To była ciężka weryfikacja. Bronił w kolejnym meczu na Sandecji, ale ten mecz zupełnie mu nie wyszedł. Trudno. Jesteśmy drużyną – wygrywamy i przegrywam wszyscy.

Michał Walski z Sandecji zaskoczył go strzałem z rzutu wolnego? Wydawało mi się, że był gotowy do dośrodkowania.

- Nie, Kuba wiedział, że Walski będzie uderzał. Analizowaliśmy to. Niestety na samym początku źle zajął pozycję bramkarską i źle reagował na piłkę. Miał zachować się zupełnie inaczej. Nie wiem, co chciał zrobić. Być może chciał interweniować efektowną paradą bramkarską, ale to jeszcze trzeba trafić w piłkę. 

A jeśli chodzi o drugą bramkę? Tam chyba nie pomogli obrońcy. Piłkę powinien „skasować” Rafał Kobryń.

- Czy ja wiem? Nie do końca. Kuba krzyknął mu „moja”, a Rafał cofnął głowę. Gdyby nie to, pewnie by tę piłkę wybił, a tak dostał sygnał od bramkarza, ale Kuba był spóźniony i nie miał szans, aby do tej piłki dojść. To był jego błąd. Całkowicie mu ten mecz nie wyszedł. Źle wprowadzał piłkę do gry, kilka piłek rozrzucił nogą po autach. Miał też fajną okazję na uruchomienie kontry, ale źle wznowił grę ręką. 

Jak podnieść się po takim meczu?

- W takich chwilach wychodzi mental i to jak umie się przyjmować takie porażki na klatę. Odbudować się jest najlepiej w kolejnym meczu. Sporo rozmawialiśmy. Na treningu zaserwowałem bramkarzom zajęcia z tarczą, aby jeszcze szybciej reagowali i byli agresywniejsi. Kuba musi szybko zapomnieć o tym meczu. Przed nim nowy rozdział i może niedługo znów kibice będą go oklaskiwać. Musi chodzić z podniesioną głową i nie może się załamywać. Takie są losy bramkarza.

Patent na karne miał Alomerović, ale Osobiński też ma to coś. 

- Zgadza się, chwycił kilka karnych w rezerwach w III lidze. Szkoda, że akurat na Termalice Wlazły dwa razy okazał się sprytniejszy. Uderzał bardzo dobrze. Analizowaliśmy go. Kuba dobrze reagował, dokładnie tak, jak się umawialiśmy. Przy pierwszej „jedenastce” strzelec go wyczekał, podobnie przy drugim, gdzie Kuba próbował zmylić go jeszcze ruchem w prawo i w lewo. Nie udało się.

Najmłodszy z pierwszej drużyny, 17-letni Adrian Sandach to duży talent?

- Ma papiery na granie, ale musi więcej pracować nad mentalem, bo to jest jego duży deficyt. Na słabym poziomie też jest gra nogami i musi ją poprawić. Musi bardziej wierzyć w swoje umiejętności. Widzę, że pomału robi postępy, jest bardzo pracowity, pierwszy przychodzi i ostatni wychodzi z klubu. Jeśli będzie tak pracował, to efekty przyjdą. Już teraz w niektórych meczach spisuje się fajnie i zbiera dobre recenzje od trenerów, ale są też momenty, w których rosną mu piórka i widać, że jest jeszcze nieopierzony.

Który typ bramkarza jest panu bliższy: cichy i spokojny Matthias Hamrol, czy pokrzykujący i ustawiający drużynę Jakub Osobiński?

- Sam byłem takim bramkarzem, który przez cały mecz krzyczał, ustawiał zawodników, starał się im podpowiadać i współpracować. Byłem agresywny. Takich bramkarzy lubię. Coś mi nie pasuje, jak bramkarz jest spokojny i zamknięty w sobie. Golkiper musi być trochę wariatem. Jak trzeba wyjść, to wychodzi, jak trzeba skasować, to kasuje. Jako zawodnik często miałem kontuzje, bo tam, gdzie inni nie włożyliby nogi, ja wkładałem ręce i szedłem na maksa. W tej profesji musisz to robić. Jeśli chcesz iść na 95 proc., czy 50 proc., to nie masz co tu szukać.

Prześledźmy jeszcze trenerów. Po Gino Lettierim Koronę przejął pana imiennik, Mirosław Smyła. To był nieoczywisty wybór – Korona sięgnęła po trenera spoza karuzeli.

- O Mirku można mówić same superlatywy. Metodyka jego treningów, podejście, ustawienie zespołu, motywacja, analizy – wszystko było bardzo profesjonalne. Ale w tym fachu, jeśli nie masz szczęścia, to nic nie zrobisz. Mirkowi brakło dwóch, trzech zwycięstw i może do tej pory byłby dalej trenerem. Pod jego wodzą graliśmy niezłą piłkę, stwarzaliśmy mnóstwo sytuacji, których nie umieliśmy wykorzystać. Zabrakło mu szczęścia.

Z kolei Maciej Bartoszek nie uznawał półśrodków. Starał się wycisnąć z tej drużyny jak najwięcej.

- Zawsze żył z drużyną, był bardzo energetyczny, cały mecz żył z drużyną w szatni i na boisku. To trener, który umie zmotywować chłopaków. Za jego pierwszego pobytu w Koronie zawodnicy kradli konie, skakali za nim w ogień. Tak napędzał tych zawodników. Były momenty, w których graliśmy fajną piłkę, ale było zbyt dużo rotacji i zmian.

Próba gry trzema obrońcami okazała się niewypałem?

- Trener Bartoszek próbował coś zmienić. Być może nie mieliśmy zawodników, aby grać trójką. 

Jakby go pan porównał w odniesieniu do Gino Lettieriego?

- Gino też był impulsywny, chociaż w inny sposób. Jak krzyczał, to zazwyczaj negatywnie, widział złe rzeczy. Maciej Bartoszek jak krzyczał, to pozytywnie. Tym się różnili. 

Przygoda trenera Bartoszka w Koronie zakończyła się dosyć w dziwny sposób. 

- Z trenerami to tak jest. Jednego pożegna się lepiej, drugiego gorzej. Najważniejsze, że trener Bartoszek pracuje teraz w Ekstraklasie i wykonał swoje zadanie – utrzymał w lidze Wisłę Płock.

Okres pod wodzą Kamila Kuzery to chyba najlepszy moment w tym sezonie. Cztery mecze, zero straconych bramek i dziesięć punktów. 

- Ja akurat nie mogłem w tych meczach uczestniczyć. Muszę do tego wrócić, bo w tym okresie swojej pracy w Koronie dwa razy chwyciłem koronawirusa. Pierwszy raz w październiku zeszłego roku bezobjawowo, ale powikłania były poważne, miałem zator w nodze. Nie wiem, co by było, gdyby nie ordynator Jarosław Miszczuk z Wojewódzkiego Szpitala na Czarnowie na oddziale naczyniowym. Uratował mi nogę. Z całego serca mu dziękuję, bo dzięki niemu dziś mam dwie nogi, a nie jedną. Gdyby nie on, już wtedy mogłem skończyć karierę w Koronie. To były bardzo ciężkie chwile. Trafiłem do szpitala, w głowie pojawiały się myśli, że na wózku też można funkcjonować. Tak naprawdę do tej pory mam problem z dużym palcem u nogi. Nie mogę go przemrozić, robi mi się biały. 

Bardzo przykre chwile.

Drugi raz złapałem koronawirusa 12 marca – i znowu w pracy. Cztery dni miałem gorączkę, potem przez dwa tygodnie problemy z kaszlem i płucami. Niestety zaraziłem też moją żonę, która przechodziła COVID-19 bardzo źle. Dostawała sterydy, miała zapalenie płuc. Wyglądało to bardzo kiepsko. Tak naprawdę do tej pory jeszcze nie wyzdrowiała, cały czas jeździmy po lekarzach. Szkoda, że nie mogłem akurat brać udziału w tym sukcesie Kamila Kuzery, bo byłem uziemiony. Mimo to każdego dnia rozmawiałem z trenerem Kamilem i trenerem Michałem Dutkiewiczem. Na treningach zastąpił mnie Paweł Gil z drugiego zespołu. Wszystko miał rozpisane, wysyłałem mu treningi dla bramkarzy. Można powiedzieć, że pracowałem zdalnie i nie opuściłem żadnego dnia.

Co takiego zrobił Kamil Kuzera, że tak odmienił drużynę?

- Długo się nad tym zastanawiałem. Myślę, że najważniejsze było to, że sam był piłkarzem. Mieliśmy kryzys, a on tchnął w tą drużynę ducha piłkarskiego. Znał tę sytuację z tej drugiej strony. Wiedział, jako były zawodnik, jak trzeba się zachować i jak przekazać drużynie pewne rzeczy. 

Trener Dominik Nowak proponuje teraz grę ofensywną. Korona ma piłkarzy do tego stylu gry? 

- Powiem krótko: ja się zajmuję bramkarzami, a za pierwszy zespół odpowiada trener Dominik Nowak i ma do pomocy asystentów.

A jak się panu współpracuje z nowym trenerem? 

- Współpracujemy do czerwca. Na razie nie poznaliśmy się tak dobrze. Trener ma swoje wynurzenia, decyzje. Klub ma inną opcję i chce ułożyć przyszłość w oparciu o innego trenera bramkarzy. Ja wykonuję swoją pracę wykonuję do końca profesjonalnie, aby nikt nie mógł powiedzieć, że ją olałem. Jestem poświęcony Koronie Kielce. W czerwcu kontrakt się skończy, ale na pewno będę czasem przyjeżdżał odwiedzić Kielce, klub i chłopaków.

Jest żal rozstawać się z Koroną? 

- Życie nie jest tylko piękną kostką wybrukowane. Mamy świetnego kibica – mojego proboszcza z parafii pw. bł. Jerzego Matulewicza na Ślichowicach. Jest obecny na każdym meczu i mam nadzieję, że teraz też pojawi się na tych ostatnich spotkaniach. Sporo rozmawiamy i serdecznie go pozdrawiam. Takich kibiców, jak on, życzyłbym sobie wszędzie. Ma swoje stałe miejsce na stadionie. 

Sporo pozostawia pan po sobie. Przez te cztery lata Korona miała zawsze solidnych bramkarzy. Jest z tego satysfakcja?

- Oczywiście, że tak. Wcześniej w Koronie był prawdopodobnie najlepszy golkiper w dziejach klubu, Milan Borjan. Taki bramkarz by mi pasował. Długo go obserwowałem. Był impulsywny, był wariatem, poza tym miał bardzo duże umiejętności. Kiedy przyszedłem do klubu, zabrano mi go, bo Korony nie było na niego stać. Trzeba było szukać nowych ludzi, aby nie zrobić gafy i nie postawić na kogoś, kto będzie puszczał bramki. Ja radziłem sobie z bramkarzami, ale oni ciężko pracowali. To nie jest łatwy kawałek chleba. Nie jestem łatwym trenerem, dużo analizuję ich poczynania treningowe, meczowe, rozmawiam z nimi, przedstawiam im pomysły. Jeśli oni się do tego dostosują, to pójdą w dobrym kierunku. A gdy ktoś myśli inaczej, to staram się go przekonać do swojej drogi. Wychodziło to bardzo dobrze. Każdy z tych chłopaków, o których rozmawialiśmy, mi zaufał. 

Były momenty, w których widziałem, że schodzili z treningu bardzo wymęczeni, ale opłacało się. Mikrocykl trzeba tak przygotować, aby na koniec tygodnia trochę im odpuścić, to daje świeżość na mecz ligowy. Nie jest to proste, bo to są tylko ludzie, a nie automaty, które ja nakręcę na sprężynę i będą chodzić tak, jak ja sobie życzę. To ludzie, którzy mają problemy w swoich domach – dzieci, żony, dziewczyny. Czasami trzeba do nich dotrzeć.

Ale oprócz ludzi pozostawia pan w Koronie też rzeczy. Legendarna tarcza z herbem Korony – podobno stworzył ją pan samodzielnie.

- Zgadza się. Chętnie bawiliśmy się takimi gadżetami, były pomocne w treningu. Do tego okulary, które Alomerović przywiózł mi z Niemiec. Później zrobiłem tarczę, były też piłeczki do tenisa i rakieta oraz różne gumy. Kombinowaliśmy, aby urozmaicić trening. Chciałem, żeby zawodniczy czuli, że się rozwijają, ale i ja tak samo.

Proszę opowiedzieć o okularach. Jak działają? Bramkarz ma ciemno przed oczami i nagle pojawia mu się piłka?

- Może nie ciemno, ale faktycznie pole jest ograniczone. Okulary mają w środku czarną pleksę i pełno dziurek. Trzeba się mocno skupić, aby chwycić piłkę.

Tarcza, jak rozumiem, to symulacja piłki skontrowanej z bliskiej odległości.

- Dokładnie. Parę razy nam to wyszło w meczu. Graliśmy z Wisłą Płock, napastnik uderzył Gostomskiemu po długim rogu z sześciu metrów, a „Gostom” to wyciągnął. Mówiłem mu: Patrz! To było to samo, co robiliśmy z tarczą na treningu! Gdybyśmy tego nie ćwiczyli, to może by nie zareagował tak, jak powinien. Są w meczu takie sytuacje, w których zawodnik uderza nogą lub głową w dużym zamieszaniu, a takie odbicie tarczą powoduje, że bramkarz musi być bardzo skoncentrowany. Wie mniej więcej, jaki powinien być kąt uderzenia piłki.

A piłeczki tenisowe? Jaką one sytuację meczową symulują?

-  Piłeczka tenisowa jest mała, a jak uderzy się ją rakietą, to ma dwa razy większą siłę i szybkość, niż duża piłka, jaką gramy w meczach. Jeśli bramkarz skutecznie złapie małą piłeczkę tenisową, to może to samo łatwiej powtórzyć w meczu.

30 czerwca i co dalej? Przyda się panu chwila odpoczynku?

- Nie jestem tego typu człowiekiem, który odpoczywa. Gdy mamy wolne, to zawsze robię coś w ogrodzie, albo żona szuka mnie gdzieś w garażu. Nie usiedzę w domu na jednym miejscu, cały czas muszę coś robić, coś poprawiać, coś naprawiać. Tak samo jest w piłce. Tu nie ma czasu, aby rozmyślać. Na pewno poszukam nowego wyzwania. Przed Koroną Kielce pracowałem pięć lat z młodzieżą i też były fajne efekty. Zobaczymy. Jestem pewien, że będę dalej pracował w piłce. Nie czuję się ani wypalony, ani stary, aby całkowicie z tego rezygnować.

Ofertę z Ekstraklasy albo pierwszej ligi bierze pan w ciemno?

- Jeśli dostanę propozycję, to jestem bardzo chętny. Poza domem jestem z żoną już ponad 17 lat. To kawał czasu. Przyzwyczaiłem się.

Korona ma zabezpieczoną bramkę na kolejne sezony?

- Myślę, że spokojnie możemy myśleć o przyszłości. Jest Marcel Zapytowski i Kuba Osobiński, do tego młody „Sandaczek”, który musi ciężko pracować i nie schodzić z obranej drogi. Niedawno rozmawialiśmy w całym gronie i powiedziałem im, że dalej muszą pracować nad swoimi słabszymi stronami. To tak, jak buduje się dom. Możne być piękny, ale całokształt dostrzega się dopiero wtedy, gdy jest gotowy. Wtedy widzi się, że jeszcze można było coś zrobić, coś wymyślić, coś zmienić. Podobnie w treningu bramkarskim. Jestem przekonany, że nie powinniśmy martwić się o obsadę bramki Korony Kielce. 

Rozmawiał: Mateusz Kaleta

fot: Mateusz Kaleta, Grzegorz Ksel, Mateusz Kępiński / Korona Kielce, Paweł Jańczyk / Korona Kielce, Maciej Urban

------------

Dziękujemy, że jesteś z nami i wspierasz twórczość dostępną na CKsport.pl. Kliknij w link poniżej i postaw naszej redakcji symboliczną kawę.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Ostatnie wiadomości

W Grand Hotel Kielce oficjalnie rozpoczął się Heyball World Cup – Kielce 2026. W międzynarodowym turnieju biorą udział zawodnicy reprezentujący 28 krajów z niemal wszystkich kontynentów. Inauguracja zawodów odbyła się tuż po zakończeniu European Heyball Championships, dzięki czemu stolica województwa świętokrzyskiego pozostaje jednym z najważniejszych punktów na międzynarodowej mapie bilardowej.
Zakończyła się rywalizacja drużynowa podczas European Heyball Championships rozgrywanych w Grand Hotel Kielce. Po złoty medal w kategorii mężczyzn sięgnęła reprezentacja Czech, natomiast w turnieju kobiet triumfowała Ukraina.
Rozgrywający Industrii Kielce i reprezentacji Polski Michał Olejniczak przeszedł operację kolana. Zabieg został wykonany w Szpitalu Rehasport w Poznaniu przez dr. hab. n. med. Tomasza Piontka i – jak poinformował klub – przebiegł zgodnie z planem.
Rozlosowano pary pierwszej rundy STS Pucharu Polski. Ekstraklasową Koronę Kielce czeka wyjazdowe starcie z Widzewem Łódź. Z kolei trzecioligowe rezerwy zespołu zagrają na własnym obiekcie przeciwko Radomiakowi Radom.
Poznaliśmy sędziego głównego spotkania 3. kolejki PKO BP Ekstraklasy, w którym Korona Kielce zagra na Exbud Arenie z liderującą w tabeli Legią Warszawa.
W 3. kolejce sezonu 2026/2027 PKO BP Ekstraklasy Korona Kielce zmierzy się na Exbud Arenie z Legią Warszawa. – Jednym z jej największych atutów są stałe fragmenty gry, ponieważ to zespół potrafiący je wykorzystywać – powiedział przed spotkaniem Jacek Zieliński, trener „żółto-czerwonych”.
Kacper Kucharczyk został nowym zawodnikiem Chełmianki Chełm. 20-letni ofensywny piłkarz podpisał z trzecioligowcem roczny kontrakt z opcją przedłużenia o kolejny sezon, kończąc tym samym wieloletni pobyt w Koronie Kielce.
Rozegrano mecze rundy wstępnej STS Pucharu Polski sezonu 2026/2027. Jedenaście zespołów uzupełniło grono uczestników I rundy zmagań o krajowy puchar.
Dobrą wiadomość dla kibiców Industrii Kielce przekazał TVP Sport. Wszystkie mecze kieleckiego zespołu podczas przedsezonowego turnieju ICT Cantabria Infinita w hiszpańskim Santander będzie można oglądać na TVPSPORT.PL oraz w aplikacji TVP Sport.
Industria Kielce przygotowała wyjątkowe wydarzenie dla swoich najwierniejszych kibiców. W sobotę od godziny 10.00 w Hali Legionów odbędzie się otwarty trening zespołu, a po jego zakończeniu zaplanowano wspólnego grilla z zawodnikami. Wstęp na wydarzenie będą mieli wyłącznie posiadacze karnetów na sezon 2026/2027.
Korona Kielce interesuje się Bogdanem Viunnykiem z Lechii Gdańsk. Ukraiński ofensywny pomocnik ma za sobą dwa udane sezony w Ekstraklasie, a według informacji Trojmiasto.pl do transferu może dojść po złożeniu przez „żółto-czerwonych” wyższej oferty.
Industria Kielce rozpocznie nowy sezon bez jednego ze swoich kluczowych zawodników. Michał Olejniczak doznał kontuzji kolana podczas sobotniego treningu. Badania potwierdziły uszkodzenie łąkotki, a rozgrywającego czeka zabieg i około czteromiesięczna przerwa.
W dniach 1–3 sierpnia na torze w Pruszkowie odbyły się Mistrzostwa Polski Elity w Kolarstwie Torowym, na których nie zabrakło reprezentantów województwa świętokrzyskiego. Zawodnicy z MKS Cyclo Korona Kielce oraz Świętokrzyskiej Fundacji Sportu Daleszyce walczyli z krajową czołówką, wywalczając kilka bardzo wartościowych lokat.
Piłkarze Korony Kielce wypożyczeni do innych klubów w pierwszych kolejkach rozgrywek zgromadzili premierowe minuty na boiskach od 3. Ligi aż po zaplecze Ekstraklasy. Część z nich miała powody do zadowolenia po pewnych wygranych, dla innych był to wymagający debiut w nowych klubach.
Korona Kielce opublikowała ważny komunikat dla kibiców wybierających się na sobotni mecz z Legią Warszawa. Klub poinformował, że przed wejściem na Exbud Arenę zostanie przeprowadzona dwuetapowa kontrola biletów, dlatego apeluje o wcześniejsze przygotowanie odpowiednich dokumentów.
Druga seria spotkań PKO BP Ekstraklasy przyniosła kibicom mnóstwo emocji, obfitując w efektowne powroty z dalekiej podróży oraz pojedynki trzymające w napięciu do ostatnich minut.
Korona Kielce poznała termin rozegrania meczu 6. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Dla „żółto-czerwonych” będzie to czas wyjazdowej konfrontacji z Wisłą Płock.
Prawdziwy festiwal strzelecki i gigantyczne emocje towarzyszyły inauguracji nowego sezonu Betclic 3. Ligi w Jędrzejowie. Przebudowana przed sezonem Korona II Kielce stoczyła szalony pojedynek z miejscowym Naprzodem.
Przed Koroną Kielce dwa bardzo ważne wydarzenia z udziałem kibiców. Najpierw „żółto-czerwoni” zainaugurują domowe występy w nowym sezonie, a już tydzień później czeka ich drugi ligowy wyjazd.
Pomocnik Adam Chojecki w sezonie 2026/2027 będzie występował w barwach Resovii Rzeszów. 21-letni gracz został wypożyczony z Korony Kielce do drugoligowego klubu.

W piątkowe przedpołudnie piłkarze Korony Kielce odbyli otwarty trening na boisku treningowym przy ul. Kusocińskiego. Po zajęciach z dziennikarzami spotkał się obrońca „żółto-czerwonych”, Bartłomiej Smolarczyk, który mówił o przygotowaniach do meczu z Legią Warszawa, wpływie przełożonego spotkania z Górnikiem Zabrze oraz pracy nad stałymi fragmentami gry.
Poznaliśmy szczegółowy harmonogram Superpucharu Polski w piłce ręcznej. Mecz Industrii Kielce z ORLEN Wisłą Płock, który zainauguruje sezon 2026/2027, rozpocznie się w sobotę 29 sierpnia o godzinie 19.00 w łódzkiej Atlas Arenie.
Departament Logistyki Rozgrywek Ekstraklasy zmienił termin wyjazdowego meczu 4. kolejki PKO BP Ekstraklasy Korony Kielce z Widzewem Łódź.
Korona Kielce poznała termin rozegrania domowego meczu 5. kolejki PKO BP Ekstraklasy z Motorem Lublin.
Korona Kielce sonduje możliwość pozyskania dwóch czołowych zawodników Lechii Gdańsk. Jak poinformował na portalu X dziennikarz Sebastian Staszewski, kielecki klub chciałby wykupić ze spadkowicza z PKO BP Ekstraklasy słowackiego napastnika Tomáša Bobčeka oraz ukraińskiego pomocnika Ivana Żelizkę. Problemem pozostają jednak oczekiwania finansowe Lechii.

Copyright © 2026 CKsport.pl Redakcja

Projekt i wykonanie: CK Media Group