W piłce jestem ponad 20 lat, ale takiej sytuacji nie widziałem. Sygnał Koronie powinien dać prezes
Już w dzisiaj, w piątek, po dwóch i pół miesiąca przerwy wraca piłkarska Ekstraklasa. Przed Koroną Kielce najważniejszy etap sezonu. Misja ratowania Ekstraklasy jest trudna, jednak nie niemożliwa. Na jedenaście kolejek przed końcem sezonu żółto-czerwoni mają pięć punktów straty do bezpiecznego miejsca, ale wciąż matematyczne szanse nawet na pierwszą "ósemkę". Dla Pawła Golańskiego, byłego kapitana kieleckiego zespołu, to wyjątkowa sytuacja. O utrzymanie w lidze będą walczyć dwie bliskie mu drużyny - Korona Kielce i ŁKS Łódź.
To sprawia, że jego serce jest rozdarte. - Będę kibicował obu - przyznaje wieloletni zawodnik żółto-czerwonych. Z byłym piłkarzem kieleckiego zespołu porozmawialiśmy o restarcie piłkarskich rozgrywek i szansach żółto-czerwonych na utrzymanie. - Dopóki jest nadzieja, to trzeba wierzyć. Mam nadzieję, że podobnie jest w głowach piłkarzy i trenerów - podkreśla "Golo".
A kto jak kto, ale on zna te emocje z własnego doświadczenia. Sam dokładał potężną cegiełkę w wywalczeniu dla żółto-czerwonych utrzymania w PKO Ekstraklasie. Dziś patrzy na kielecką drużynę z innej strony, ale ta wciąż jest mu bardzo bliska.
Dwa i pół miesiąca bez sportu i wystarczy. Stęsknił się pan już za futbolem?
- Zdecydowanie tak. Już we wtorek już miałem możliwość oglądania na żywo i komentowania meczu Pucharu Polski, więc ta tęsknota została już częściowo zaspokojona. Bardzo fajny mecz, na dobrym poziomie. Oby teraz napływały do nas same pozytywne informacje jeśli chodzi o kontynuowanie rozgrywek.
Miedź i Legia jako pierwsze dotknęły tej nowej piłkarskiej rzeczywistości. Jak ten mecz wyglądał od strony technicznej, organizacyjnej?
- Muszę przyznać, że wszystko wyglądało bardzo dobrze. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i nie było zupełnie mowy o przypadkowych sytuacjach, wszystko zostało doskonale zaplanowane. Oznaczenia na stadionie były bardzo przejrzyste, obsługa dokładnie wszystko i wszystkich sprawdzała. Jak najbardziej jesteśmy w stanie nad tym zapanować. Jeśli natomiast chodzi o samych piłkarzy, również są zmiany. Zawodnicy osobno wychodzą z tunelu, nie witają się przed meczem. Nie ma też dzieci do podawania piłek. Parę rzeczy jest innych, ale zupełnie nie wpływają na całą otoczkę meczu.
Piłki długo nie było, ale w Ekstraklasie sporo się działo. Wszystkie trzy drużyny ze strefy spadkowej wymieniły trenerów. Gdzie zadziała efekt "nowej miotły"?
- To faktycznie może być pozytywnym impulsem w ŁKS, Arce, czy Koronie. Nie możemy jednak zapominać też o stratach punktowych, jakie te zespoły już teraz mają do bezpiecznego miejsca. W przypadku czternastej Korony to aż pięć punktów do trzynastej Wisły Kraków. Wszystko tak naprawdę będzie zależało od samych piłkarzy. Myślę, że ta przerwa nie była pozytywna dla zawodników. Wielu graczom Korony kończą się kontrakty i na pewno głośno myślą już teraz o swojej przyszłości. Mam pewne obawy, czy dźwigną to pod względem psychologicznym. Trener Bartoszek będzie musiał wykonać dużą pracę.
Chyba najbardziej zaskakująca zmiana była w ŁKS-ie. Kazimierza Moskala zastąpił Wojciech Stawowy.
- To dla mnie bardzo duża niespodzianka. Trenera Moskala nie zwolniły tak naprawdę wyniki sportowe, a koronawirus. Oficjalnego komunikatu ze strony klubu, wyjaśniającego tę decyzję, nie było. Podano jedynie, że doszło do tego po wspólnej rozmowie działaczy i trenera. Wyszła nawet informacja, że sam trener był zaskoczony tym, że stracił posadę. Myślę, że musiały mieć na to wpływ jakieś relacje między szkoleniowcem, a prezesami.
Zatrudnienie trenera Wojciecha Stawowego to dla mnie spora niespodzianka. To szkoleniowiec mocno "odkurzony" przez działaczy ŁKS-u, bo pięć lat nie było go na ławce trenerskiej w seniorach. Piłka jednak nie takie rzeczy widziała i kto wie - może to będzie dobry ruch prezesów. Sytuacja nie jest łatwa, ale biorąc pod uwagę dwumiesięczną przerwę od treningów i meczów, to był to przemyślany ruch. Skoro Wojciech Stawowy podjął się tej roli, to na pewno wierzy w utrzymanie.
Pana serce jest trochę rozdarte, bo zarówno Korona, jak i ŁKS okupują ostatnie miejsca w tabeli. Kto będzie miał trudniej?
- Zdecydowanie ŁKS, bo jego sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Łódzki Klub Sportowy już teraz traci jedenaście punktów do miejsca bezpiecznego i ta strata jest olbrzymia. Zostało jedenaście kolejek i każdy będzie chciał jak najszybciej zapewnić sobie byt w Ekstraklasie. W Łodzi, do póki piłka w grze, wszyscy trzymają kciuki i liczą na to, że ŁKS się w lidze utrzyma. Nie będzie to łatwe, ale wszystkie drużyny, które są obecnie w strefie spadkowej nie mają łatwej sytuacji. W tym wszystkim bardzo ważna będzie głowa, żeby nie blokowała piłkarzy. Sam nie raz przerabiałem takie spotkania, w których wydawałoby się, że to tylko mecz ligowy, ale w rzeczywistości był małym finałem. Przygotowanie mentalne będzie najważniejsze.
Patrząc z kolei na terminarz, to tutaj najtrudniejszą sytuację ma Arka. Na rozkładzie w pierwszych czterech kolejkach Lechia Gdańsk, Śląsk Wrocław, Legia Warszawa i Wisła Kraków.
- Zdecydowanie może to mieć znaczenie. Widziałem trzy dni temu Legię na żywo i jeśli utrzyma taką dyspozycję fizyczną, to będzie w tym sezonie bardzo mocna. Na tle pierwszoligowej Miedzi wyglądała bardzo dobrze i to murowany kandydat do mistrzostwa Polski. Legia nie może pozwolić sobie na straty punktowe, jeśli chce zdobyć tytuł bez niepotrzebnej nerwówki. Wisła Kraków to z kolei zespół, który przed pandemią prezentował się wybornie i myślę, że jeśli chodzi o ich styl gry w piłkę, nie powinno się wiele zmienić. Wiadomo, że faworyt jest tylko na papierze, natomiast często wszystko weryfikuje zielona trawa i wyniki są zupełnie inne, niż można zakładać przed spotkaniem. Jestem jednak przekonany, że piłkarze Arki, patrząc w swój terminarz, już teraz drapią się mocniej po głowie.
W Koronie też problemów nie brakuje. Odejścia, kontuzje, do tego ewentualne kartki.
- Z drugiej strony w każdym klubie jest podobna historia. Trener musi w takiej sytuacji planować, zastanawiać się, szukać rozwiązań, przygotowywać strategię na najbliższe spotkania.
Największe problemy są zdecydowanie z zestawieniem obrony. A przecież ta formacja była dotychczas dużym atutem żółto-czerwonych.
- Gra obronna jest niezwykle ważna. Trenerzy często powtarzają taki frazes, żeby grać na zero i coś może się uda strzelić. Świetnie w dotychczasowych meczach bronił Marek Kozioł i pomimo tego, że Korona jest nisko w tabeli, to był on jeden z najlepszych, o ile nie najlepszym zawodnik w całej drużynie. Dzięki niemu, ale też całemu zespołowi Korona traciła mało bramek.
Teraz odszedł jednak podstawowy obrońca, Ivan Marquez.
- Są natomiast młodzi zawodnicy, którzy na pewno zrobią wszystko, aby zaprezentować się jak najlepiej. Jestem przekonany, że Korona ma wartościowych juniorów. Teraz jest już 26 kolejek za późno, ale jestem przekonany, że gdyby od samego początku w klubie była inna strategia i więcej szans dostawaliby młodzi piłkarze, teraz sytuacja byłaby inna.
Ktoś może powiedzieć, że to nie jest czas na eksperymenty. Ale skoro nie ma innych piłkarzy na tej pozycji, to trzeba podjąć odważną decyzję i spróbować innych rozwiązań. Tak naprawdę Koronie zostało dwóch nominalnych środkowych obrońców. Można oczywiście przesuwać też do defensywy zawodników grających normalnie wyżej. Trener Bartoszek miał ostatnie dni na to, aby przygotować plan awaryjny.
Może nim być ustawienie na stoperze Michala Papadopulosa lub Michaela Gardawskiego. Taki wariant testowany był na treningach i wypadł - o dziwo - dobrze.
- Czech to zawodnik bardzo doświadczony, ale wyuczone zachowania ma na pewno inne. Myślę, że trzeba by z nim naprawdę długo porozmawiać, jak powinien grać na tej pozycji. Ja nie będę jednak wchodzić w kompetencje trenera Bartoszka, bo to on sam musi wiedzieć, czy ten zawodnik może drużynie realnie pomóc.
Pan kiedyś został przesunięty, ale w drugą stronę - z obrony na "kierownicę". Komu łatwiej się odnaleźć na nowej pozycji - obrońcy w ataku, czy napastnikowi w obronie?
- Trudno powiedzieć (śmiech). Powiem szczerze, że nie miałem większego problemu z grą na dziesiątce, ale to może dlatego, że grając w Steaule Bukareszt bywałem przesuwany piętro wyżej, czyli na prawą, czy lewą pomoc. W ŁKS-ie grałem jako środkowy pomocnik, więc jakieś doświadczenie miałem. Ale na kierownicy to był mój debiut (śmiech).
Dobremu piłkarzowi nie jest trudno odnaleźć się na nowej pozycji. Jeśli Papadopulos za takiego się uważa, to da sobie radę. Ja absolutnie nie miałem z tym problemu. Dwie kolejki później wylądowałem na stoperze, zagrałem tak w dwóch ostatnich kolejkach z GKS-em Bełchatów i Podbeskidziem Bielsko-Biała. To były nasze dwa finały. Graliśmy o utrzymanie, wypadło dwóch środkowych obrońców, trener Tarasiewicz wziął mnie na rozmowę i powiedział wprost, że muszę grać na środku obrony. Dla mnie to było coś nowego, bo wiele lat na tej pozycji nie grałem, ale musiałem się przestawić, przygotować mentalnie. Myślę, że dźwignęliśmy to całym zespołem, bo Korona Kielce wtedy się utrzymała. W Bełchatowie zremisowaliśmy, z Podbeskidziem u siebie wygraliśmy. Czasami problemy kadrowe decydują właśnie o takich ruchach trenerów, które mogą być niezrozumiałe dla kibiców. Przede wszystkim od piłkarza zależy, czy nastawi się pozytywnie i sprosta zadaniu, czy może wróci do szatni i będzie narzekał, co ten trener kombinuje. Podejście piłkarza jest niezwykle ważne.
A co z atakiem, gdzie tu szukać pozytywów? Bojan Cecarić i Uros Djuranović w tym sezonie nie zdobyli jeszcze bramki. Jacek Kiełb dźwignie ten ciężar?
- Jak dla mnie, to tylko on z tych piłkarzy jest w stanie zagwarantować bramki. To najlepszy strzelec Korony w historii. Jeśli tylko będzie dobrze przygotowany, jestem o niego spokojny. Powrót "Ryby" do Kielc był trochę nerwowy, brakowało czasu. To było widać na boisku, bo Jacek nie był fizycznie dobrze przygotowany. Jeśli piłkarz nie czuje się dobrze, to ta forma nigdy nie będzie zadowalająca. Teraz Jacek przepracował cały okres i uważam, że z powodzeniem może grać nie tylko na skrzydle, ale też na "dziewiątce". Pamiętam takie spotkania za trenera Ojrzyńskiego, gdzie Jacek grał właśnie w ataku i myślę, że spokojnie by się na tej pozycji odnalazł.
A pozostali zawodnicy... Oglądałem praktycznie wszystkie spotkania Korony w tym sezonie i uczciwie powiem, że jeśli chodzi o ofensywę nie wyglądało to zbyt obiecująco. Oczywiście nie możemy tym piłkarzom odmówić zaangażowania i woli walki, ale to jest Ekstraklasa - samym bieganiem ciężko zabłysnąć. A tak wyglądali dotychczas ci piłkarze.
Trener Bartoszek mówi o tym, że widzi w swojej drużynie nie jednego, a kilku liderów. Kto to może być?
- Trener zawsze musi tak mówić, bo musi swoich piłkarzy motywować. Gdyby powiedział inaczej, to by sam sobie strzelał w kolano. Co do piłkarzy, którzy mogą dźwignąć Koronę mentalnie, to na pewno będą to zawodnicy, którzy utożsamiają się z tym klubem, a więc Marcin Cebula, Jakub Żubrowski, wspomniany wcześniej Jacek Kiełb, młodzi zawodnicy, jak Dawid Lisowski, czy Mateusz Sowiński. To na pewno piłkarze, którzy zrobią wszystko, aby Korona utrzymała się w Ekstraklasie. Mam nadzieję, że takim motorem napędowym będzie też kapitan. Od Adnana Kovacevicia trzeba wymagać bardzo dużo i mam nadzieję, że on nie będzie myślał w tym momencie o transferze. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest łatwe dla niego, bo pewne decyzje już zapadły, ale obecnie jest w Koronie, której wiele zawdzięcza. Mam nadzieję, że zachowa się jak prawdziwy mężczyzna i będzie napędzał swoich kolegów. To solidny piłkarz, który swoją charyzmą i nastawieniem może spowodować pozytywny bodziec jeśli chodzi o pozostałych zawodników.
A co ze sprawami finansowymi?
- Porozumienie w sprawie obniżenia wynagrodzeń pewnie prędzej, czy później zapadnie (rozmawialiśmy w środę - jeszcze przed oficjalnym komunikatem trenera Macieja Bartoszka o obniżce W TYM MIEJSCU - przyp. red.). W mojej ocenie teraz najważniejsze jest, aby piłkarze wyczyścili głowę, nie myśleli o finansach, nie prowadzili rozmów i wrócili do nich za jakiś czas. Agenci prowadzą rozmowy, ale piłkarz musi się teraz skoncentrować na walce. Przed nimi jedenaście bitew na boisku o przyszłość klubu. Aspekt finansowy jest oczywiście ważny dla piłkarzy, bo gra się też dla pieniędzy, ale ta otoczka jest tak duża, że na pierwszym planie powinno być grane. Wszystko pozostałe powinno zostać odsunięte na bok. Jasny sygnał do piłkarzy, żeby utrzymać Koronę w Ekstraklasie, powinien dać przede wszystkim prezes. Jeśli drużyna się utrzyma, to jestem przekonany, że klub będzie w stanie spłacić wszystkie zaległości.
Jak pan patrzy na te negocjacje z perspektywy menedżera?
- Jeśli chodzi o Koronę, to na początku była propozycja obniżenia zarobków, ale potem te rozmowy stanęły w miejscu i już nie było żadnych konkretów. Klub na samym początku wyszedł z inicjatywą obniżki, ale nie doszedł do porozumienia z piłkarzami. Prezes czekał na rozwój sytuacji, jak to będzie wyglądało. Jeśli do tej pory nie zapadły żadne decyzje, to wydaje mi się, że to nie jest odpowiedni czas, żeby teraz wracać do tematu obniżek, bo może to negatywnie wpłynąć na zespół. Był czas, żeby to dopiąć wcześniej. Sytuacja Korony Kielce jeśli chodzi o piłkarzy nie jest łatwa, a wręcz przeciwnie - niespotykana w profesjonalnej piłce. 24 zawodnikom kończyły się kontrakty, teraz tych zawodników zostało jeszcze 20 (licząc razem z wypożyczonymi do innych klubów - przyp. red.). Powiem uczciwie - w piłce jestem ponad dwadzieścia lat i takiej sytuacji jeszcze nie widziałem. To kolejny problem klubu, że te umowy nie zostały wcześniej przedłużone. Pamiętajmy, że mecze będą trwały zdecydowanie dłużej, niż piłkarze mają kontrakty z klubem. Przed całym zarządem niełatwa praca, aby to wszystko dopiąć.
Co z Marcinem Cebulą? Jest pan jego menedżerem, jego kontrakt wygasa za miesiąc. Telefon dzwoni, są oferty?
- Tak, mamy dosyć konkretne oferty. Z Marcinem ustaliliśmy jednak, że ma się teraz skoncentrować na jedenastu ostatnich meczach. To chłopak, który utożsamia się z Koroną Kielce, przez wiele lat grał w tym klubie i choć były jakieś propozycje, to nigdy nie zdecydował się na odejście z klubu. To, że jest moim zawodnikiem to jedno, ale jesteśmy też po prostu kolegami. Rozmawiamy i wiem, jaki to jest człowiek. Najważniejsze jest teraz, aby skoncentrował się na jak najlepszej grze i pomocy Koronie w utrzymaniu. Takie jest stanowisko Marcina. Jednego jestem przekonany - Marcin będzie w Koronie przez cały lipiec - bez względu na to, jak długo potrwa ten sezon. To jest jego decyzja, a potem będziemy się zastanawiać co dalej. Nie dzwonię teraz do niego i nie informuję o wszystkich propozycjach, jakie się pojawiają, bo piłkarz musi się odciąć od tych spekulacji mieć spokój wewnętrzny. Poprzez dobrą grę na pewno będzie wzrastała tez jego wartość na rynku. W ten sposób może bardzo pomóc zespołowi, ale też poprawić swoją osobistą sytuację.
Mecze będą odbywały się bez kibiców. Duże utrudnienie?
- Na pewno będzie to coś nowego. Jest taka, a nie inna sytuacja i ja już we wtorek na antenie powiedziałem, że musimy się cieszyć z tego, że liga w ogóle ruszyła. Wielkie brawa dla PZPN-u, dla władz Ekstraklasy, dla wszystkich klubów, że dążyły do tego, żeby grać. To, że nie będzie kibiców, oczywiście nie będzie łatwe. Piłka nożna jest dla kibiców, piłkarz ma ogromną przyjemność, kiedy słyszy doping i nawet kiedy jedzie na wyjazd, mobilizuje go doping kibiców przeciwnej. Teraz będzie trochę inaczej, ale musimy się w tym odnaleźć i nie zawracać tym głowy. Wszyscy mieli takie same warunki podczas przygotowań i tak samo będzie w trakcie meczów.
Ten pierwszy mecz żółto-czerwonych już w niedzielę, w Płocku z Wisłą. Jakie są pana przewidywania?
- To pierwsza bardzo, bardzo ważna bitwa. Zwycięstwo na pewno mocno podbudowałoby całą drużynę i spowodowało wzrost morali. Wygrane innych zespołów ze strefy bezpiecznej będą powodować, że ta strata punktowa będzie rosła. Piłkarze sprawdzają tabelę, zastanawiają się, kalkulują. Nie mam wątpliwości, że ten pierwszy mecz będzie niezwykle ważny dla całej Korony. Ważne, żeby trener Bartoszek nastawił cały zespół pozytywnie. To pierwsza bitwa, ale nie ostatnia. Piłkarzy czasami złe nastawienie blokuje. Teraz muszą zmierzyć się z presją. W polskiej Ekstraklasie z każdym rywalem można wygrać i Wisła Płock na pewno będzie w zasięgu Korony.
Kto się zatem utrzyma?
(Śmiech). Ja oczywiście trzymam kciuki za Łódzki Klub Sportowy i Koronę Kielce. To dwa zespoły, w których grałem i którym bardzo wiele zawdzięczam. Trudno powiedzieć, czy to się uda, czy nie. Jestem człowiekiem, który wierzy do samego końca. Dopóki jest nadzieja, to trzeba wierzyć. Mam nadzieję, że podobnie jest w głowach piłkarzy i trenerów tych drużyn.
Rozmawiał: Mateusz Kaleta
fot: Grzegorz Ksel, Paula Duda
Wasze komentarze