Ja lubię trenerów, którzy mają swoje zdanie i nie można z nim podyskutować. Tak powinno być

16-01-2019 09:15,
Marcin Długosz

Pośród obecnych piłkarzy Korony Kielce, prawdopodobnie największą styczność z topowym europejskim futbolem miał Michał Miśkiewicz. Obecny bramkarz żółto-czerwonych w 2007 roku trafił do AC Milan, który kilka miesięcy wcześniej wygrał Ligę Mistrzów. To pozwoliło przeżyć mu wspaniałą przygodę i liznąć smaku zwycięskiej drużyny Carlo Ancelottiego. Dorosła kariera golkipera potoczyła się jednak z daleka od Mediolanu i obecnie zaprowadziła go do Kielc, gdzie – wszystko na to wskazuje – rozpocznie drugą rundę LOTTO Ekstraklasy w wyjściowym składzie. Zapraszamy na ciekawą rozmowę z zawodnikiem żółto-czerwonych!

Czy trudno było złapać kontakt z gwiazdami Milanu? Jak to jest stracić okazję na transfer do Włoch poprzez opóźnienie samolotu? Czy bramkarz rezerw ekstraklasowego klubu ma jakiekolwiek szanse ograć się w IV lidze? I wreszcie – dlaczego Miśkiewicz czuje się w Kielcach doskonale i chce przedłużyć umowę z Koroną?

Odpowiedzi na te i wiele innych pytań poniżej!

REKLAMA

Z trenerem Gino Lettierim rozmawiasz po włosku?

- Zgadza się, rozmawiamy po włosku. Trener mówi też po niemiecku i angielsku, ale w naszym przypadku najłatwiej jest po włosku. Nie ma więc żadnej bariery językowej.

To co, który trener jest bardziej wymagający – Gino Lettieri czy Carlo Ancelotti?

(śmiech) Nie wiem, chciałbym to wiedzieć! (śmiech) Carlo Ancelottiego nie poznałem aż tak bardzo. Niby miałem z nim styczność podczas pobytu w Milanie, ale ode mnie nic nie oczekiwał. Dochodziłem tylko na treningi jako młodzieżowiec, a nie stały element drużyny, więc trudno mi coś powiedzieć.

To jednak zupełnie inne realia. Wszystko odbywa się inaczej.

No ale treningi z mistrzami są za tobą. Fajnie wrócić w głowie do chwil, gdy mierzyłeś się ze strzałami Kaki czy Ronaldinho?

- Wiadomo, że wspomnienia zostają na całe życie. To był bardzo ciekawy aspekt w początkach mojej kariery i dużo mi dał. Niestety, nie wszystko do końca poszło tak jak należy, ale gdybym cofnął czas, to postąpiłbym identycznie. Tak to ujmijmy.

Mało brakowało, a jednak życie potoczyłoby się inaczej. Na początku 2007 roku, kilka miesięcy przed trafieniem do Milanu, byłeś o włos od transferu do Ascoli…

- Wtedy zamykało się już okienko transferowe, a ja miałem samolot z przesiadką w Monachium. Obydwa loty były opóźnione… Z racji, że tak wyszło z tym pierwszym, to drugim doleciałem za późno. W czasie, w którym bym jechał do hotelu, gdzie miałem podpisać umowę, okienko już by się zamknęło. Wróciłem więc z powrotem do Krakowa. Nie udało się…

Wtedy miałem odejść na wypożyczenie z opcją pierwokupu, no ale skończyło się jak się skończyło.

Co czuje 18-letni chłopak, któremu przez takie niezależne od niego rzeczy przepada przeprowadzka do Włoch?

- Szczerze mówiąc szybko doszedłem do siebie. Działo się to w takim tempie, że nawet nie miałem czasu się zbytnio zastanawiać. Poza tym dostałem zapewnienia, że to nie koniec tematu i dziwnie mocno ufałem Włochowi, którego widziałem dwa razy w życiu – Gianluce Di Carlo. Wzbudzał moje zaufanie. Powiedział, żebym się niczym nie martwił, bo na pewno trafię do Włoch, tylko że w kolejnym okienku.

No i tak się stało, więc dobrze, że byłem spokojny.

Przez pół roku trenowałeś potem w Kmicie Zabierzów.

Tak, a z Kmity wypożyczyli mnie do dawnej czwartej ligi, a więc obecnej trzeciej – do Alwerni. Z tym, że dalej trenowałem z Kmitą, bo w nowym klubie nie było trenera bramkarzy. Dwie-trzy jednostki treningowe w Zabierzowie, a potem do Alwerni jeździłem na kilka kolejnych treningów i mecz.

To były trochę inaczej czasy, bez tak rozwiniętych jak obecnie mediów społecznościowych, ale do Milanu trafiłeś latem 2007 roku, a więc kilka tygodni po tym, jak ten klub wygrał Ligę Mistrzów. Odczułeś wielki szum medialny?

- Nikt o mnie do tamtej pory nie słyszał, no bo nie byłem zawodnikiem wybijającym się w I lidze czy Ekstraklasie, żeby ktoś miał o mnie słyszeć. W Kmicie też nie grałem, stąd wypożyczenie do Alwerni. Miałem tylko 18 lat. Co śmieszniejsze, w piłkę zacząłem grać raptem 3 lata wcześniej. Dopiero w wieku 15 lat odbyłem pierwszy trening piłkarski. Dlatego wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Nikt mnie znał, a tu telefony nagle się rozdzwoniły. Taka sytuacja (śmiech).

Skaut Di Carlo dostrzegł w tobie coś, czego wówczas nawet ty sam w sobie nie dostrzegałeś?

No na to wygląda… Ja nawet nie wiedziałem,  kiedy i gdzie on był jak mnie podpatrzył. Okazało się, że przyszedł na jeden z treningów, a potem na sparing. Coś go we mnie zaciekawiło…

Pochłonął cię Mediolan?

Przeprowadziłem się z Krakowa, a Kraków jest duży. Choć wiadomo – Mediolan jeszcze większy. Aczkolwiek wielkiego przeskoku chyba nie było.

Wszystko tam jest zorganizowane inaczej. Ja miałem 18 lat, ale też byli ściągani 16-latkowie, 15-latkowie. Są tam budynki, w których młodzi zawodnicy mieszkają wspólnie i mają przydzielonych odpowiednich ludzi, którzy – można tak to powiedzieć – pilnują, strzegą przed dziwnym rzeczami i dbają o wszystko.

Nie wiem, jakim trzeba byłoby być głupkiem, żeby cię wchłonął Mediolan w wieku 18 lat przy takiej opiece, jaką zapewniał klub. Wszystko było ułożone. Rano szliśmy do szkoły, ja też miałem język włoski, później trening. Tak naprawdę schodził cały dzień poza tym budynkiem, a jak się do niego wracało, to wszystko było zorganizowane – i jedzenie, i czas.

Miałeś jakiś lepszy kontakt z którąkolwiek z gwiazd ówczesnego Milanu?

- Trudno to nazwać kontaktem. My, młodsi chłopcy, mieszkaliśmy razem i jeździliśmy do ośrodka jednym autobusem, nawet trenując z pierwszą drużyną. Oni traktowali nas jak najbardziej fajnie, normalnie. Siłą rzeczy się przenikaliśmy, choćby w restauracji klubowej, która jest w Milanello (ośrodek treningowy Milanu – red.). Szatnie też były w jednym budynku. Mieliśmy również jedną strefę siłowni czy gabinetów zabiegowych.

Ale żeby jakiś bliższy kontakt? Nie, każdy z nas podchodził z dużym szacunkiem i rezerwą. Baliśmy się nawet odezwać, z reguły to oni jako pierwsi zagadywali. Z czasem zaczęli nas kojarzyć, ale wiadomo, że pierwsza drużyna zajmowała się raczej sobą. O nas natomiast dbali w taki sposób, że z nami rozmawiali.

My ich znaliśmy z gazet, to był wielki Milan. Ciężko było nawet zagadać, bo najzwyczajniej w świecie człowiek się wstydził.

REKLAMA

Potem byłeś jeszcze w trzech włoskich klubach na wypożyczeniach – Chievo Werona, Crociati Noceto i Sudtirol. Z którego masz najfajniejsze wspomnienia?

- Z Chievo!

Dwa razy w sezonie 2009/2010 byłeś tam bliski debiutu w Serie A, załapałeś się na ławkę.

- Tak, w ostatniej kolejce graliśmy bodaj z Romą i była szansa, żebym zagrał. Wtedy jednak zaczęli mi coś tłumaczyć, że jednak nie… No, ale dwie ławki były! (śmiech) No i to był etap, w którym stałem się już członkiem pierwszej drużyny. W Milanie mój status wyglądał całkiem inaczej, w Chievo natomiast jeździłem na każdy mecz z zespołem, a jeśli nie pokrywało się to ze spotkaniami Primavery, to schodziłem zagrać z drużyną młodzieżową.

Grałem regularnie w Primaverze, a ponadto jeździłem na mecze z pierwszą drużyną. To był świetny czas, miałem znakomitego trenera, który od dłuższego czasu pracuje z bramkarzami w Juventusie – Claudio Filippiego. Znakomity fachowiec. Ten rok spędzony z nim dał mi wiele.

Mówimy o 2009 roku, jest 2019, a w bramce Chievo nadal Stefano Sorrentino, tak jak i wtedy. Obecnie to już prawie 40-latek, ale ciągle wydaje się bardzo energicznym gościem. 10 lat temu też taki był?

- Zawsze dbał o siebie i mimo wieku ciągle gra dobrze. Wtedy jakoś nie wyszły mu transfery, bo chcieli go i w Romie, i w Genoi. Po drodze odszedł jeszcze do Palermo, potem wrócił do Chievo. On napędza się po interwencjach, to jest jego siła. Można powiedzieć, że w roli przywódcy odnajduje się bardziej niż Sergio Pellissier, kapitan, który był bardziej cichy i poukładany.

We Włoszech śmieją się, że Chievo kibicują tylko starsi ludzie.

Chievo ma trochę kibiców i potrafi ich nieco przyjść na stadion, ale głównym klubem, którym żyje Werona, faktycznie jest Hellas. 10 lat temu byli w trzeciej lidze, a mimo to frekwencja na meczach wynosiła po 15 tysięcy, ludzie kupowali karnety.

 Pogadaliśmy o Włoszech, to wróćmy do Polski. W 2012 roku podpisałeś kontrakt z Wisłą Kraków, która już nie była tak silna jak kiedyś i nie miała mistrzowskich aspiracji. Trudno było przekonać klub, żeby na ciebie postawił?

Przyjechałem na dwutygodniowe testy za kadencji trenera Michała Probierza, tuż po zakończeniu sezonu. W starym systemie rozgrywkowym były wtedy jeszcze dwa tygodnie treningów, w tym sparingi. Musiałem zrobić swoje. Zagrałem z Widzewem i Podbeskidziem. Wypadłem na tyle dobrze, że zostałem, ale już wcześniej mi mówili, że raczej są na tak.

Wtedy w Wiśle grali jeszcze zawodnicy, którzy w poprzednich latach o mało co nie dostali się do Ligi Mistrzów, ale zaczynał się już lekki schyłek. Problemy zaczęły się nawarstwiać.

Pamiętam taki twój mecz w Kielcach w wakacje 2013, kiedy w doliczonym czasie przy stanie 2:2 niesamowicie obroniłeś strzał Przemysława Trytki, poszła kontra, karny i wygraliście 3:2.

Pamiętam! Strzelił chyba Michał Chrapek. To chyba jedna z moich lepszych interwencji w Ekstraklasie, dała mi wtedy wiarę i siłę na cały sezon, że może coś z tego być. Zagrałem potem wszystko od deski do deski.

Jak sobie przypominam ogólnie te mecze w Kielcach, to zawsze nam się tu grało bardzo ciężko. Zawsze te stałe fragmenty, wysocy zawodnicy w Koronie, walka fizyczna.

Nieobliczalność piłki. Gdyby nie ta twoja wspaniała interwencja, to Korona pewnie by wygrała. A tak przegrała 2:3, tydzień później porażka w Łodzi i pamiętna akcja ze zwolnieniem Leszka Ojrzyńskiego.

- Tak to się wszystko układa. Mogło się potoczyć zupełnie inaczej, ale w ten sposób właśnie wygląda piłka.

W drugiej połowie 2014 roku w ogóle nie miałeś klubu, a dodatkowo leczyłeś kontuzję. Najtrudniejszy moment kariery?

- Nie przedłużyłem kontraktu z Wisłą, bo miałem inne oferty. Zdarzył się jednak taki wypadek, że na jednym z treningów indywidualnych plecy nie wytrzymały i musiałem mieć rozbrat z piłką na pół roku i się leczyć. Na całe szczęście udało mi się poskładać i wróciłem. Faktycznie, najcięższy okres.

Miałeś wtedy zostać w Polsce czy powrót na emigrację?

- Planowałem wrócić do Włoch. No ale zostawmy już te historie menadżerskie na boku, bo nie chcę się denerwować. Mam nauczkę, inne podejście i myślenie. Zastanawiam się nad wszystkim dużo więcej razy niż wtedy.

Wróciłeś do Wisły na początku 2015 roku i broniłeś w niej przez kolejne dwa lata. A teraz nie wiadomo, jak skończy krakowski klub.

- No nie wiadomo, wygląda to słabo… Brak licencji, wielka dziura budżetowa… Zobaczymy, jak to się skończy. Na szczęście w Koronie ten problem nie istnieje. Mamy te kwestie poukładane. Myślę, że właśnie też przez to wszystko funkcjonuje dobrze i osiągamy dobre wyniki. Po prostu mamy czyste głowy. A gdy w jakimś klubie zaczyna się problem z pieniędzmi, to często wygląda to po prostu inaczej.

REKLAMA

W Krakowie skończyłeś grać regularnie na koniec 2016 roku, a poprzedni sezon spędziłeś w Portugalii, gdzie zanotowałeś tylko dwa ligowe występy. Brakowało ci już klimatu meczowego?

- No tak. Kurczę, widziałem, że w tym Feirense we mnie wierzą, ale… Przyszedłem tam w połowie sierpnia, a w klubie był już bramkarz z Brazylii, który ugruntował sobie pozycję. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie było żadnych powodów, żeby dokonać zmiany. Ja zagrałem jak on złapał kontuzję, no i też mogłem bronić w Pucharze Portugalii i Pucharze Ligi.

Pojechać na Porto, Benficę czy Sporting to jednak na pewno fajne przeżycie.

- To prawda. Jeszcze ułożyło nam się tak, że w przedostatniej kolejce graliśmy na stadionie Porto i oni świętowali zdobycie mistrzostwa. Mam to do tej pory przed oczami. Ulice były tak zawalone ludźmi, że nie mogliśmy nawet dojechać do stadionu. Wyglądało to dość ciekawie.

Jak wyglądała twoja sytuacja kontraktowa w Feirense?

Miałem umowę na rok z opcją przedłużenia, ale podjąłem decyzję, że trzeba coś zmienić. Do Korony przyszedłem już jako wolny zawodnik.

Opowiedz o swoich letnich testach w Koronie. Najpierw trenowałeś, potem nie, potem znowu wróciłeś…

- Przyjechałem na pierwsze testy na dwa-trzy dni. Wszystko było w porządku, ale liga już trwała, chcieli, żebym przyjechał ponownie za kilka dni. Wyjeżdżając stąd nie znałem ostatecznej decyzji. Powiedziano mi, że pozostajemy w kontakcie, no i faktycznie tak było. Skończyło się tym, że Korona podpisała ze mną kontrakt, a dla mnie o tyle dobrze, że chciałem zostać w Polsce. Znalazłbym coś za granicą, ale wolałem zostać. Gdyby nie Korona, to z braku laku wróciłbym chyba do Portugalii. Miałem trzy oferty, z którejś bym skorzystał.

Wolisz życie polskie, włoskie czy portugalskie?

- (śmiech) Hmm… Każde po trochu. Kocham Polskę i jestem dość mocno z nią związany. Mocno po prawej stronie (śmiech). Polska zawsze na pierwszym miejscu, ale bardzo szanuję też Włochy i Portugalię. To ciekawe miejsca do życia, z ludźmi o innym temperamencie. Warto je zobaczyć i poznać.

Jesienią walczyłeś o formę w IV lidze. Ja się jednak zastanawiam, co może zyskać bramkarz rezerw Korony, które wygrywają średnio po 5:0 i mają po rundzie kosmiczny bilans bramkowy.

- No tak to mniej-więcej wyglądało. Jak schodziło trochę więcej chłopaków z drużyny, to na przykład Maciek Górski potrafił zdobyć cztery bramki. Mimo to muszę ci powiedzieć, że zdarzały się dwie-trzy sytuacje, w których trzeba się było skupić i coś obronić.

Bardziej niż trening formy to trening koncentracji?

- To też. Poza tym – wiadomo – jak zawodnik z Ekstraklasy schodzi o parę szczebli niżej i coś odwali, to źle. A jak wybroni, to normalnie (śmiech). Takie ryzyko.

Trener Lettieri chciał, żebym w ten sposób zachował rytm meczowy, bo w lidze dobrze bronił Matthias i nie było szans na zmianę. Ja się z tymi spostrzeżeniami jak najbardziej musiałem zgodzić i wykonywać swoją pracę.

Jakie jest życie piłkarza z głośniejszym nazwiskiem w niższych ligach? Jeździsz do mniejszych miejscowości i słyszysz jakieś docinki?

- Nie chodzi mi nawet personalnie o mnie, ale zdarzało się, że w jakiejś miejscowości siedzą dziadkowie z dzieckiem i rzucają obelgami, których nawet nie chcę powtarzać. Dokąd ma to dążyć? Jaka jest kultura w narodzie czy w kibicach, skoro dziadek czy ojciec dają taki przykład kilkuletniemu dziecku? To dla mnie żenujące. Niestety realia wyglądają w ten sposób.

REKLAMA

Zagrałeś z Miedzą, zostałeś wybrany do jedenastki kolejki. Zebrałeś właściwie wszelkie możliwe laury za ten mecz. Do stołu wigilijnego musiałeś zasiąść w dużo lepszym nastroju.

- Na pewno było lepiej niż jakbym został wybrany do tej drugiej jedenastki, tych najgorszych (śmiech). Sam mecz był trudny. O tym, że zagram, dowiedziałem się przed spotkaniem. Miałem rozmowę z trenerem. Jak już kiedyś powiedziałem, to był wóz albo przewóz. Gdybym zawalił to kiepsko, a że moją postawę ktoś docenił to fajnie i miałem dzięki temu lepsze święta.

Po dwóch latach bez regularnej gry mogłeś się poczuć trochę jak w swoistym drugim debiucie.

- Trochę tak było (śmiech). Tak jak mówisz, drugi debiut i drugi mój klub w Ekstraklasie. Zatem dosłownie!

Czujesz, że to będzie twój rok? W Turcji nie ma Matthiasa Hamrola, który leczy kontuzję, zatem wiele wskazuje, że to ty zaczniesz rundę w bramce Korony.

- W życiu to można być pewnym tylko śmierci i nic poza tym (śmiech). Po drodze może się wydarzyć wiele rzeczy i zobaczymy. Praca, praca, zdrowie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Nie ukrywam, że chciałbym wrócić do regularnego grania, bo myślę, że jestem w stanie coś dać Koronie. Poza tym w pierwszej ósemce możemy powalczyć o coś fajnego. Oby tak było.

Szkoda, że wszystko wychodzi kosztem kontuzji Matthiasa, ale taki jest sport. Pamiętam, że kiedyś to ja straciłem miejsce w składzie z powodu kontuzji i już go do końca nie odzyskałem. Tak to bywa. Mam nadzieję, że Matthias szybko wróci, bo nasza współpraca jest fajna. To dobry bramkarz, stara się na treningach i możemy wzajemnie podnosić swój poziom.

Zatem twoje cele to regularna gra i stabilizacja dobrego poziomu?

- Dokładnie.

Kontrakt masz ważny do końca tego sezonu.

- To prawda, ale chciałbym zostać w Kielcach na dłużej. Dobrze się tutaj czuję, mamy grupę fajnych chłopaków. Pierwszy trener jest wymagający, ale ja lubię tego typu szkoleniowców. Takich, którzy mają swoje zdanie i nie do końca można z nim podyskutować. Ja to lubię, ja to szanuję. Tak powinno być – raz, że trener nie powinien dać sobie wejść zawodnikom za bardzo na głowę, a dwa, że pierwszym odpowiedzialnym za wyniki jest właśnie on. Nikt nigdy nie wyrzucił jeszcze całej drużyny grającej słabo, zawsze leci trener. On ma nam rozkazywać, a my wykonywać.

Czuję się tutaj dobrze dodatkowo dla tego, że odnalazłem człowieka, z którym bardzo dobrze mi się współpracuje – Mirka Dreszera, naszego trenera bramkarzy. Myślę, że to nie tylko moja opinia, żeby ktoś nie pomyślał, że chcę się podlizać. Spójrzmy jednak nawet na poprzedni sezon. Było jakieś zmartwienie o bramkarzy, ale kto nie grał, to trzymał poziom.

Zlatan Alomerović – trochę niewiadoma, a zanotował fajny sezon i proszę, wylądował w Lechii. Maciek Gostomski nie dogadał się z klubem, nie wnikam, ale też bronił na tyle dobrze, że wzięła go Cracovia i dała mu umowę chyba nawet na trzy lata. Matthias był trzecim bramkarzem i trudno mu było rywalizować nawet o ławkę rezerwowych, a mimo to okazał się fajnym zawodnikiem i dobrze bronił w rundzie jesiennej.

Myślę, że trzeba na to spojrzeć szerzej. Właśnie z tej strony, że jest ktoś, kto robi z tymi bramkarzami coś fajnego.

Chciałem cię jeszcze zapytać o atmosferę. Przez lata każdy powtarzał, że kielecka szatnia to absolutnie magiczne miejsce, inne niż w pozostałych polskich klubach. Potwierdzasz na podstawie tego sezonu, czy jednak jest już trochę inaczej?

- Powiem tak: wiem, że ta wcześniejsza grupa była jeszcze lepsza. Sławna „Banda Świrów”, znakomita grupa chłopaków, którzy byli ze sobą zżyci. My mamy w drużynie dużo obcokrajowców, ale nie ma nikogo, kto by odstawał. Stanowimy fajny zespół i sądzę, że to później przekłada się na wyniki. Nie ma żadnego podziału na grupę polską czy zagraniczną. A takie rozłamy zawsze siedziałyby w głowie i w pewien sposób odbijały się na wynikach. Miło przebywać w tej szatni.

REKLAMA

A nie grozi jej żaden rozpad, jeśli zimą klub zmieniłby Bartosz Rymaniak? Wiadomo, że jest spoiwem.

- Jest, wiadomo, jak to kapitan, dobrze odnajduje się w tej roli. A gdyby odszedł, cóż, ktoś musi zająć jego miejsce, trzeba wytypować… (śmiech). Kolejnego chłopaka z takim charakterem…

Masz swojego kandydata?

- (śmiech) Nie powiem! Póki co Bartek jest z nami i mam nadzieję, że tak zostanie, choć oczywiście rozumiem też jego podejście do sprawy. Cały czas rozmawia z klubem, a nam daje nie tylko wartość sportową, ale i tę w szatni.

Rozmawiał Marcin Długosz

fot. Grzegorz Ksel / Paula Duda / Mateusz Kaleta / Maciej Urban

Wasze komentarze

mozna normalnie?2019-01-16 10:22:55
bez sodowki, narzekania na trenera ze sie nie gra i wybujalego ego i oczekiwan? Panowie Mozdzen, Hamrol?
Kiibic2019-01-16 14:03:32
Rozsadny gosc przedluzyc kontrakt nie bedziemy zalowac
kibic2019-01-16 14:49:41
do "można normalnie"
To nie jest normalnie. To tylko fatalnie świadczy o tym człowieku, który kompletnie jest pozbawiony charakteru i całkowicie poddany decyzjom trenera, które mogą być również absurdalne pozbawione sensu. Ot, to taki nikt, wykastrowane coś, jak robot z wszczepionym chipem zawierającym zawirusowane oprogramowanie. Jak mu trener powie: idź się wypałuj, to on to zrobi.
19732019-01-16 15:40:07
Zdecydowanie wolę żeby bronił Miśkiewicz niż Hamrol który po kilku niezłych meczach dostał sodówki.
Spiker2019-01-16 15:50:35
Panie i panowie 3 bramka dla Korony Kielce - Zlatko Janjić , Zlatko Janjić , Zla- tko Ja- njić i 3-0
Onet2019-01-16 17:05:10
To jeszcze nie wiecie jaki Jest Misiek, niebawem się dowiecie
pytam2019-01-16 19:02:13
"1973"
Ile meczów Korony w składzie z Miśkiewiczem widziałeś e e-sie?

Dodaj komentarz

Projekt i wykonanie: CK Media Group