Gdy przegrywasz i słyszysz w szatni ten niemiecki, to już czasem szlag cię trafia

25-08-2017 11:29,
Mateusz Kaleta

Od początku sezonu stanowi ważny element układanki trenera Gino Lettieriego. Jest liderem środka pola Korony, a także istotnym głosem w szatni kieleckiego zespołu. Jego dobra dyspozycja sprawiła, że już teraz jego nazwisko stało się łakomym kąskiem na rynku transferowym. O zespole, współpracy ze szkoleniowcem, transferowych spekulacjach oraz o tym, jak długo oglądać go jeszcze będziemy w żółto-czerwonej koszulce opowiada Mateusz Możdżeń, pomocnik Korony Kielce.

Korona w pierwszych meczach sezonu prezentuje się bardzo dobrze. Stwarzacie sobie wiele sytuacji, potraficie długimi momentami dominować nad przeciwnikiem, ale to jednak nie przekłada się na punkty. Czego zabrakło w tych sześciu meczach, aby dorobek punktowy był większy?  

- W ostatnim momencie brakowało nam jakości pod bramką. Potrafimy stwarzać sobie dobre sytuacje, ale szwankowała skuteczność. Sam uderzałem kilka razy po słupkach i czasami do pełni szczęścia brakowało dosłownie centymetrów. Jeśli chodzi o całokształt, to nikt z nas nie ma pretensji do drużyny, czy też indywidualnie do kolegów z boiska. Tak jak mówisz - czujemy, że dobrze gramy. Niestety, najbardziej boli to, że nie ma punktów, a to one są najistotniejsze. Tej jakości pod bramką zabrakło nam też w ostatnim meczu. Wystarczyło, żebyśmy do przerwy strzelili jedną, dwie bramki, i to Piast musiałby się otworzyć. Myślę, że to oni mieliby wtedy problem, bo z perspektywy boiska nie grali w ataku pozycyjnym tak dobrze, jak my.

Czy taka sytuacja może negatywnie wpływać na waszą pewność siebie? Siedzi wam to w głowie?

- Rozmawialiśmy ostatnio na ten temat z trenerem. Przestrzegał nas, żeby o tym nie myśleć. Ciężko to jednak realizować, bo zawsze na końcu najbardziej liczą się zdobyte punkty i końcowy wynik. Ja osobiście staram się jednak nie patrzeć w tabelę, ponieważ to dopiero początek sezonu i jeszcze wiele może się zmienić. W ubiegłym sezonie mieliśmy fatalną, czarną serię, ale udało nam się z tego wyjść i ostatecznie osiągnęliśmy fajny wynik. Każdy przeżywa to jednak indywidualnie. Z samej gry trener jest zadowolony. Wielokrotnie nam powtarza, że obraliśmy dobrą drogę i my też tak myślimy. Wierzę, że koniec końców te punkty na pewno przyjdą.

Po czterech kolejkach dało się słyszeć wiele pozytywnych głosów. Dobra gra zespołu napawała optymizmem, a po dwóch kolejnych meczach wszystko obróciło o 180 stopni. Teraz uwaga kibiców skupiła się na waszych błędach, na tym, że zaczyna brakować punktów. Czy to świadczy o tym, że granica błędu w piłce jest bardzo niewielka?

- Piłka nożna przede wszystkim jest bardzo niesprawiedliwa. Jest piękna, każdy ją kocha i uwielbia, ale potrafi być też krzywdząca. Doskonałym przykładem może być starcie z Jagiellonią. Trener powiedział nam po tym meczu, że ostatnie 20 minut to była prawdziwa wymiana ciosów. To było jak pójście do kasyna i loteria: czarne czy czerwone. Mecz był bardzo otwarty, działo się wiele, było wysokie tempo i obie ekipy mogły przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Mogliśmy ten mecz nawet wygrać, ostatecznie wszyscy wiemy jak się skończyło. Bramka, jaką straciliśmy w ostatnich sekundach, była bardzo pechowa. "Sekul" poszedłby w ten sposób pewnie z 50 razy i nie dałby rady tego strzelić, a akurat w meczu z nami mu wyszło. To jest właśnie to "piękno piłki".

Szybko załapaliście taktykę i styl gry, jaki preferuje nowy trener?

- Początkowo widzieliśmy to wszystko w czarnych barwach. Być może wynika to z mentalności wszystkich Polaków. W klubie pojawiło się mnóstwo nowości. Tym większe było nasze zaskoczenie, że tak duże zmiany nastąpiły po sezonie, który był w naszym wykonaniu bardzo udany. Oczywiście, mieliśmy też trochę szczęścia, ale osiągnęliśmy w nim bardzo dobry wynik. Przed tegorocznymi rozgrywkami miałem taką myśl, że może być ciężko i będziemy potrzebować trochę czasu, żeby zrozumieć wizję nowego właściciela i plany trenera. A tu jest duże zaskoczenie - od samego początku gramy fajną piłkę.

Co ważne, w naszej drużynie jest wielu nowych chłopaków, których widzieliśmy pierwszy raz w życiu. Wiesz jak to jest - czasem jak ktoś już kogoś wcześniej zna, to można się czegoś dowiedzieć, łatwiej poznać taką osobę. My natomiast nie mieliśmy zielonego pojęcia o sobie, a mimo to szybko znaleźliśmy porozumienie. W życiu zawsze są jednak problemy - naszym problemem są obecnie punkty, których brakuje. Ostatnio przegrywamy, więc te czarne myśli znowu się pojawiają. Mam nadzieję, że jak zdarzą się nam jakieś słabsze mecze, a wygramy je, to wtedy wreszcie wrócimy na te zwycięskie tory.

Trener olbrzymią uwagę poświęcił przygotowaniu fizycznemu. Bardzo dużo pracowaliśmy nad kondycją przez pierwszy tydzień na zgrupowaniu w Hotelu Binkowski. Trenowaliśmy trzy razy dziennie i nie było przebacz. Nie mieliśmy żadnego wolnego dnia, ale nikt z tego powodu nie narzekał. Każdy robił po prostu swoje. Ja też wychodzę z takiego założenia, że jeżeli przychodzi nowy trener, to staram się mu zaufać w stu procentach. Ma swoją wizję, to u niego będziesz grał, on będzie ciebie ze wszystkiego rozliczał, jest dla ciebie najważniejszą osobą. Jeżeli będziesz regularnie występował, to i prezes inaczej na ciebie spojrzy. Wygląda na to, że chłopaki też mu zaufali. Każdy robi to, co chce trener i to przynosi efekty.

Szkoleniowiec sporo czasu poświęca także na taktykę. Zwraca bardzo dużą uwagę na drobnostki. Dla niego ogromne znaczenie mają dosłownie trzy metry, trzy sekundy różnicy. To wszystko wychodzi jednak później w meczu i okazuje się, że trener ma rację.

Duże wrażenie robi dobre przygotowanie fizyczne zespołu. Wielokrotnie po meczach powtarzałeś, że nie czujesz zbytniego zmęczenia. To świadczy o tym, że ten okres przygotowawczy był dobrze przez was przepracowany?

- Zgadzam się z tym. Każdy odbiera to jednak inaczej, każdy ma inny charakter, inny organizm. Wszyscy jedziemy jednak na jednym wózku. W polskiej lidze to przygotowanie fizyczne jest bardzo ważne. Jeśli zostawimy serce na boisku, to i tak te punkty kiedyś przyjdą, nawet jeśli przeciwnik będzie lepszy od nas piłkarsko.

Jesteś bardzo uniwersalnym zawodnikiem. W ostatnim meczu zastąpiłeś na pozycji nr 10 Nabila Aankoura, głównie jednak występujesz w głębi środka pola. W swojej karierze grałeś już jednak także na prawej obronie, a w ostatnim meczu ubiegłego sezonu zagrałeś z konieczności na stoperze. Na której pozycji czujesz się najlepiej?

- Już grałem chyba wszędzie, gdzie tylko się da, został mi tylko środkowy napastnik i bramkarz (śmiech). Najlepiej czuje się jednak grając na pozycji obok "Żubra". Kuba gra najniżej, ja troszeczkę wyżej od niego i wtedy na pozycji nr 10 może grać "Anki", albo Goran. Myślę, że to taka optymalna dla mnie pozycja, na niej grałem najdłużej i dobrze się tam czuję.

Jak wygląda twoja współpraca z Kubą Żubrowskim? W pierwszych meczach sezonu imponujecie formą. Na boisku rozumiecie się bez słów?

- Bardzo szybko te nasze relacje się zazębiły. Nie było nawet takiego momentu, żeby pomyśleć, że dopiero się poznajemy, dogadujemy. Bardzo płynnie to wszystko przebiegło i przerodziło w czyny. "Żuber" jest świetny piłkarsko, poza tym to dobry chłopak. Ważną rolę odgrywa też charakter, a w naszym przypadku szybko znaleźliśmy nić porozumienia.

Para Mateusz Możdżeń - Jakub Żubrowski to duet najlepszych obecnie środkowych pomocników w lidze?

- Bardzo dobrze się rozumiemy. Myślę, że patrząc pod tym kątem moglibyśmy być w czubie takiej klasyfikacji (śmiech). Z czystym sumieniem mogę tak powiedzieć, czuję to z boiska, poza nim również się dobrze dogadujemy i niech to trwa dalej. Mam nadzieję, że dojdą do tego przede wszystkim wyniki, bo na nie pracuje cała drużyna, a póki co tego nam brakuje. W zeszłym sezonie zajęliśmy 5. miejsce i to właśnie końcowe rezultaty drużyny są dużą szansą na wybicie się dla wielu chłopaków. Na każdego to wpływa pozytywnie i może planować swoją przyszłość w jaśniejszych barwach.

Do drużyny wracają po kontuzjach zawodnicy, którzy stracili początek sezonu, więc wzmacnia się także rywalizacja w zespole. Jak sądzisz - możemy się spodziewać większej ilości zmian w wyjściowej jedenastce, czy trener ma swoich faworytów i stara się na nich konsekwentnie stawiać?

- Myślę, że każdy trener ma swoich faworytów. Uważam, że jakiś szkielet drużyny na pewno zostanie, ale każdy z chłopaków dostanie swoją szansę, bo na nią ciężko pracuje. Jakieś zmiany na pewno będą. Do drużyny wraca „Ryba” i od razu widać, że trener go mocno szanuje, lubi, dużo mu podpowiada i pomaga na treningach. Do stuprocentowej dyspozycji wraca także Djibril. W ostatnim czasie nie był jeszcze w pełni zdrowy, trochę go coś bolało, a pamiętamy, że jak był w dobrej formie w ubiegłym sezonie, to grał regularnie i zaliczał udane występy.

Jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć się nie da, bo to wie tylko trener. Ja na początku sezonu zwracałem uwagę na to, że brakowało nam szerszego składu. Bardzo ważne jest, żeby zawodnik wchodzący z ławki dał taką samą jakość, jak ten, którego zastępuje. Teraz wraca kilka osób i ta rywalizacja w zespole będzie coraz większa. Oby tylko tych kontuzji było jak najmniej. Spore obciążenia na obozie przygotowawczym, o którym mówiliśmy, spowodowały wiele urazów już przed startem sezonu.

Przed sezonem było wiele zawirowań związanych z klubem, z drużyną. Z twoich ust padły wtedy takie słowa: "Jeżeli na boisku jest dobrze, to poza nim zawsze się jakoś ułoży". Jak zatem obecnie wygląda wasza współpraca w szatni, poza boiskiem?

- W życiu codziennym, w szatni, na treningach wszystko wygląda w porządku. Ale tutaj znowu wracamy do punktu wyjścia - czyli punktów, których nam brakuje. Ciężko mówić, że na boisku jest dobrze, skoro przegrywamy dwa mecze z rzędu, ale z drugiej strony ta nasza współpraca na placu gry wygląda naprawdę pozytywnie. Każdy dobrze czuje się z piłką, pod względem piłkarskim to wygląda nieźle i nie gramy bardzo prymitywnego futbolu. Na co dzień się dobrze dogadujemy. Tak jak powiedziałem: zawsze będziemy się dobrze dogadywać, jeśli wszystko ułoży się na boisku. Czujemy jednak duży niedosyt. Pewnie gdybyśmy w ostatnich meczach grali toporną, długą piłkę, ale wygralibyśmy je po 1:0, a ty mógłbyś zasnąć na stadionie, to na styl każdy by narzekał. Ale wówczas tych punktów byłoby więcej i bylibyśmy w górnej połówce tabeli. Tego złotego środka nie ma. Każdy chciałby grać świetną dla oka piłkę, jak Barcelona i zdobywać największe trofea.

Czy wierzycie, że ta konsekwentna praca w końcu się odpłaci i przełoży się na zwycięstwa?

- Tak, oczywiście. Od początku sezonu trener powtarza, że będziemy konsekwentnie pracować w ten sposób. Nie możemy się podłamywać opiniami, niepowodzeniami. Po ostatnim meczu z Piastem drugi trener powiedział nam na gorąco w szatni, że dalej  robimy to samo, nic nie zmieniamy, a te wyniki na pewno przyjdą. Ja osobiście jestem tego zdania, że suma szczęścia i nieszczęścia zawsze równa się zeru. Wierzę, że to co los zabrał nam w meczu z Jagiellonią, to w takiej formie kiedyś odpłaci. Było tak m.in. w zeszłym sezonie - wówczas w meczu z Górnikiem Łęczna to my strzeliliśmy dwie bramki na wagę zwycięstwa w doliczonym czasie gry.  Liczę, że w tym sezonie też przyjdzie takie spotkanie i to my będziemy się cieszyć z wygranej.

Przed rozpoczęciem sezonu wspomniałeś też, że w szatni utworzyły się grupki zawodników. Obecnie już tego nie ma?

- W każdym zespole, w jakim grałem, takie grupki zawodników były. U nas jest teraz mnóstwo obcokrajowców. Podobnie było przez chwilę w Lechu Poznań, gdzie występowałem, choć na pewno nie na taką skalę, jak to ma miejsce obecnie w Poznaniu. W drużynie byli południowcy - Manuel Arboleda i Luis Henriquez - oni zawsze trzymali się razem. Z nimi przyjaźnił się też Ivan Djurdjević, bo dobrze mówił po hiszpańsku. U nas w Koronie jest podobnie. Można powiedzieć, że więcej słyszy się w szatni języka niemieckiego, niż polskiego. Nasza grupa Polaków co sezon się kurczy, odchodzi dużo chłopaków. Ale znowu wracamy do tego, że jeżeli na boisku będzie dobrze, to niemiecki nikomu nie będzie przeszkadzał. Jak przegrywasz i słyszysz w szatni ten niemiecki, to już czasem cię szlag trafia, bo nie dość, że nic nie idzie po twojej myśli, to jeszcze dochodzi ten ciężki, toporny język. Mi osobiście się ten język nie podoba i ciężko się go słucha. Taka też jest mentalność Polaków. Co do grupek - one zawsze będą, w każdym zespole. 

To chyba niecodzienna sytuacja, że dzielicie szatnię z synem właściciela. Ciąży wam jego obecność?

- Dokładnie, to bardzo niecodzienna sytuacja, można powiedzieć, że na skalę światową. Nie mamy z tym jednak żadnych problemów. Fabian nie zwraca na siebie uwagi, nie chce, żebyśmy mogli o nim w ten sposób myśleć. Nie udziela się i nie wtrąca w nasze dyskusje na takie tematy, choć oczywiście - wszystko słucha, bo jest w szatni na co dzień. Nic nie wyszło na razie poza szatnię. Jeżeli jednak taka sytuacja miałaby miejsce, to pierwsze myśli byłyby takie, że to może być jego wina. Wiadomo jak jest - każdy ma to gdzieś z tyłu głowy. Jest synem właściciela - to jest taki argument, którego nie da się podważyć. Przede wszystkim to jest jednak ciężka sytuacja dla niego, musi "wkupić się" w ten zespół. Robi jednak swoje i stara się po prostu nie pakować w te sprawy pozasportowe. Zupełnie nie jest nam szkodliwy.

Na pewno zastanawiasz się nad swoją przyszłością. Twój kontrakt z Koroną wygasa w czerwcu przyszłego roku, więc już w zimie możesz rozmawiać z nowymi pracodawcami. Dobra dyspozycja sprawiła jednak, że twoje nazwisko jest teraz jest łakomym kąskiem transferowym.  Bierzesz pod uwagę możliwość zmiany klubu jeszcze w trwającym okienku transferowym?

- Został ostatni tydzień okienka. Te ostatnie dni są zawsze najgorętsze, dużo się w nich dzieje. Nie powiem ci wprost, że na pewno zostanę, albo że odejdę. Jakieś rozmowy w tej kwestii były i jeszcze będą. W piłce nigdy nie wiesz, co cię spotka. To jest właśnie ta sól futbolu: transfery, zmiany klubów. Każdy się cieszy, gdy ktoś zwraca na ciebie uwagę. Całą karierę się pracuje po to, żeby ktoś cię później zauważył i to duży powód do satysfakcji, jak ktoś dostrzega wykonaną przez ciebie pracę. Tak samo ty się ucieszysz, jeżeli ktoś cię doceni za nasz dzisiejszy wywiad, bo to jest docenienie twoich umiejętności, kompetencji i starania się.

Już na początku lipca dało słyszeć się spekulacje, że mogłeś dołączyć do rumuńskiej Astry Giurgiu. Co stanęło na przeszkodzie?

- Miałem konkretną ofertę ze strony klubu. Brałem przede wszystkim pod uwagę fakt, czy zespół zakwalifikuje się do fazy grupowej Ligi Europy. Śledziłem wyniki, ale zatrzymali się na trzeciej rundzie eliminacji. W innym wypadku nie zapatrywałem się na ten transfer. Nie znam oczywiście ligi rumuńskiej na tyle, żeby ją oceniać, ale samo miejsce niekoniecznie mnie przekonywało. Kraj przeżywa problemy finansowe, a to odbija się na futbolu i tamtejszej lidze. Nie ukrywam, że jeżeli miałbym możliwość wrócić do Ligi Europy, to bym z tego skorzystał. Chciałbym tam jeszcze raz zagrać, bo to jest coś ekstra, coś dodatkowego. Każdy piłkarz marzy o tym, żeby zagrać w pucharach z największymi europejskimi firmami.

Głośny był również temat transferu do Legii Warszawa.

- Znam się dobrze z trenerem Magierą. Ten fakt też wpłynął na to, że pojawiły się plotki, informacje w mediach. Wydaje mi się, że to wypłynęło z Kielc, ale do dziś nie mam stuprocentowej pewności. Przede wszystkim było zainteresowanie ze strony trenera. Rozmawialiśmy ze sobą, ale do żadnych konkretów nie doszło. Trzeba też brać pod uwagę to, że być może byłem kandydatem do zespołu w wypadku, gdyby ktoś odszedł z drużyny. Jeden ruch jest konsekwencją następnego i tak powstaje taki wir transferowy. Z Warszawy nie było konkretnej oferty, Astra natomiast przysłała oficjalne pismo do klubu, ale na tym to stanęło.

Legia już trochę odjechała innym polskim klubom pod względem organizacyjno-finansowym. Jest dużą marką na naszym rynku. W Europie nie jest jeszcze tak rozpoznawalna, trochę jej brakuje, ale regularnie gra w pucharach i to jest również ważne. Dzisiaj wiemy jednak, jak wygląda sytuacja. Rozmawiamy przed meczem LE (wywiad został przeprowadzony w czwartek  – przyp. red.) i raczej nikt nie jest pewny, czy Legia przejdzie Sheriff i w tym roku również zakwalifikuje się do europejskich pucharów. To jest jednak trochę przykre.

Ostatni tydzień to z kolei głośne doniesienia w sprawie zainteresowania twoją osobą ze strony Jagiellonii. Dostałeś konkretną propozycję z Białegostoku?

- Nie, ale szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nawet nad Białymstokiem. Na dzień dzisiejszy taka oferta mnie nie interesuje. OK, Jagiellonia miała lepsze wyniki w lidze w ostatnich sezonach, była wielokrotnie w czubie tabeli, ale nic poza tym. Koniec końców nie udało im się przejść eliminacji do Ligi Europy i zagrać w niej. To też nie jest klub dużo lepszy od Korony pod względem sportowym. Gramy z Jagiellonią co sezon w lidze i biorąc pod uwagę nawet ten ostatni mecz z nimi, to ten kierunek nie przekonywał mnie na tyle, żebym mógł się rozważyć taką propozycję i jasno zadeklarować: tak, jadę. Dobrze czuję się w Kielcach, regularnie gram i to jest dla mnie bardzo ważne. Nie wiadomo, jakby to wyglądało po przeprowadzce do Białegostoku. Jeśli trener by mnie chciał, to taką szansę na pewno bym dostał. Konkretnej oferty na papierze jednak nie było. Dobrze czuję się w Kielcach, a przede wszystkim cieszy mnie dobra postawa drużyny.

Niedawno pojawiły się bardzo zaskakujące informacje na temat zainteresowania Pogoni Szczecin.

- Zadzwonił wczoraj do mnie kolega i powiedział mi o tym, ale ja nie mam zielonego pojęcia na ten temat. Nie wiem, kto wymyśla takie informacje.

Czy twoim priorytetem jest w takim razie wyjazd zagraniczny?

- Jeżeli byłaby taka możliwość, przede wszystkim z klubu, który prezentuje wyższy poziom sportowy, a do tego grałby w Lidze Europy, to spojrzałbym na nią bardzo poważnie. Mam świadomość, że czas szybko ucieka. Grać do pięćdziesiątki na pewno nie będę i trzeba łapać te okazje, jakie daje ci życie. Jeżeli mógłbym sam skorzystać na takim transferze i grać co tydzień z mocniejszymi przeciwnikami w lepszej lidze niż u nas, to na pewno bym taką ofertę rozważył. To też nie jest jednak tak, że wyjazd zagraniczny jest moim priorytetem. Po prostu biorę to pod uwagę.

Czy jest taka możliwość, że przedłużysz kontrakt z Koroną?

- Tak, to też jest jakieś wyjście z tej sytuacji. Było już nawet jedno spotkanie w tym celu. Spotkałem się z prezesem i swobodnie porozmawialiśmy trochę na ten temat. Na dzień dzisiejszy czekamy jednak do zamknięcia okienka transferowego. Jeżeli coś się jeszcze pojawi, to ja na pewno będę chciał to rozważyć. Bardzo podoba mi się podejście zarządu. Włodarze klubu zapewnili mnie, że jeżeli coś by się wydarzyło przed końcem okienka i ja chciałbym się na to zapatrywać, to oni to rozumieją i to jest ich nieszczęście, że taka oferta się pojawia. Jeśli natomiast okienko się zamknie, to wówczas wracamy do konkretnych rozmów i istnieje szansa, że dogadamy się w sprawie nowego kontraktu. Na to potrzeba jednak więcej czasu. Klub zapatruje się na to pozytywnie i ja oczywiście też jestem skory do rozmów. Stabilizacja dla piłkarza jest bardzo ważna, a jeżeli czuję się tu dobrze, to fajnie byłoby zostać w jednym miejscu. Pierwszy raz mi się zdarza, że klub tak wcześnie rozpoczyna ze mną rozmowy o przedłużeniu kontraktu.

Jesteś bardzo ważnym zawodnikiem dla drużyny.

- Coś w tym jest. To nie jest jednak takie oczywiste u nas, w Polsce. Czasami komuś kończy się kontrakt za 3 miesiące, a władze trzymają go w niepewności do samego końca. Jeżeli te rozmowy zaczynają się tak wcześnie, jak w moim przypadku, to mam spokojną głowę cały rok, mogę grać i nie obawiać się na zapas o swoją przyszłość. Wielokrotnie się przecież zdarzało, że jak klubowi nie idzie, to władze proponują gorsze warunki, czekają do ostatniej chwili, żeby kogoś pozyskać. Podoba mi się, że ta sytuacja w Koronie jest klarowna i otwarta. Klub już teraz pozytywnie patrzy w przyszłość. Oczywiście jest reprezentowany przez nowe władze, które konsekwentnie wcielają swój plan w życie. Cieszę się, że taka sytuacja się pojawiła, bo to zawsze jest miłe, jak ktoś cię docenia i myśli o tobie w przyszłości.

Już tak na sam koniec, parę słów na temat najbliższego spotkania z Termaliką. To będzie ostatni mecz przed przerwą reprezentacyjną, więc dobrze byłoby go zakończyć zwycięstwem, aby w dobrych humorach tę przerwę przepracować.

- Myślę, że mamy pewne rachunki do wyrównania po tym meczu o ósemkę z ubiegłego sezonu. Ja osobiście dobrze wspominam te mecze z Termalicą. Strzeliłem w nich parę bramek i z zespołami, w których grałem wcześniej, zazwyczaj z Niecieczą wygrywaliśmy. Ta porażka z zeszłego sezonu to chyba jedyny wyjątek od tej reguły, tych zwycięstw było dużo więcej. Tak jak mówisz - jeżeli kończy się mecz przed jakąś dłuższą przerwą zwycięstwem, to wtedy zupełnie inaczej pracuje się podczas tej pauzy od ligowych meczów. W naszym przypadku to jest szczególnie ważne, bo ostatnie dwa mecze przegraliśmy.

Nie ma jednak obaw, że podczas tej przerwy wypadniecie z rytmu meczowego, ponieważ zaplanowany jest w tym czasie sparing z Werderem Brema. To tylko mecz towarzyski, ale rywal jest bardzo prestiżowy.

- Oczywiście, rywal jest bardzo renomowany. Reprezentantów kraju w tym meczu na pewno nie będzie ze zrozumiałych względów, ale to jednak Werder. Wynik idzie w świat. Sparing sparingiem, ale chyba każdy polski zespół wolałby zagrać z tak mocnym klubem niż z jakimś pierwszoligowcem. Klub i sponsorzy zapewniają nas, że wylatujemy do Niemiec i wracamy tego samego dnia, więc wyjazd nie będzie dla nas dużym utrapieniem, a wszystko jest już zorganizowane i dopięte na ostatni guzik. To będzie nasza kolejna potyczka z Werderem, graliśmy już z jego rezerwami przed sezonem, a wszystko to zawdzięczamy kontaktom pana Burdenskiego.

Czy ta dłuższa przerwa jest teraz wam potrzebna? Jest kilka takich spraw, które warto przez ten czas przećwiczyć i poprawić, czy może czujesz się na tyle optymalnie, że chciałbyś grać już jak najczęściej?

- To zależy od punktu siedzenia. Jeśli przegrałeś ten ostatni mecz przed przerwą, to chcesz grać już nawet następnego dnia, żeby móc się jak najszybciej zrehabilitować. Nam brakuje tych punktów i dlatego fajnie byłoby grać teraz co tydzień. Drużyny, które znajdują się w czołówce tabeli, pracują sobie przez ten czas dużo spokojniej. Nie wiem jednak, co przygotował na ten okres trener, jeszcze jest trochę czasu i wszystko będzie zależało od tego, jak potoczy się sobotnie spotkanie z Termalicą. Jeśli pytasz jednak konkretnie, to ja osobiście wolałbym grać co tydzień, nawet jeśli gdzieś po drodze wypada ta reprezentacja.

Może jeszcze kiedyś cię w niej zobaczymy.

- Nigdy nic nie wiadomo. Przede wszystkim musi być jednak drużynowy wynik. Piłka to sport zespołowy i można się dobrze sprawować indywidualnie, ale zawsze będzie to pozostawało w cieniu osiągnięć drużyny. Jeśli chcemy myśleć o takich celach, to musimy przynajmniej powtórzyć wynik z ubiegłego sezonu. Ja jestem jednak dobrej myśli.

Rozmawiał Mateusz Kaleta

Wasze komentarze

Inzynier2017-08-25 12:17:08
Mam nadzieje że na cksport będą co raz częściej takie wywiady. Fajnie się to czyta.
Ankh2017-08-25 12:39:34
Mateusz ty jesteś konkretny gość. Jak by się nie potoczyła twoja kariera wszędzie dasz sobie radę. Powodzenia i pozdro!!!
kali2017-08-25 13:30:03
I właśnie tym różni się Mateusz od wiecznego talentu Cebuli - ma poukładane w głowie. Swietny wywiad.
KamilCk2017-08-25 13:36:55
Super wywiad. Właśnie wywiad a nie tylko rozmówka. Oby częściej
sąsiad Tomka2017-08-25 17:19:28
Świetny wywiad świetny zawodnik oby został jescze w Koronie.
miki2017-08-26 07:04:52
Mateo , jeśli chciałbyś odejść to za granicę . Wiesz jak to jest ,odchodzisz z klubu grasz przeciw niemu i jesteś katem dla byłych kolegów . Zresztą wiesz jaką ważną postacią jesteś w Koronie , a skoro zarząd i Ty chcecie rozmawiać w sprawie kolejnego kontraktu więc naprawdę warto rozważyć wszystkie za i przeciw . Ja w każdym razie życzę CI powodzenia i dużo bramek .. To Ty jesteś Panem własnego losu .
Ale2017-08-26 14:26:03
A mnie czasem szlag trafia, jak Ty pozorujesz grę na boisku.
KK2017-08-26 20:01:41
A czy jak po przegranym meczu dostajesz na konto niemieckie pieniądze, to czy też trafia cię wtedy szlag?

Dodaj komentarz

Projekt i wykonanie: CK Media Group