REKLAMA

Bardzo ciężko to przeżyłem. Serce pękło

09-08-2018 09:00,
Maciej Urban

Żywa legenda, ikona, wybitny sportowiec – żadne z tych stwierdzeń nie jest przesadzone, jeżeli zestawimy z nimi postać Michała Jureckiego. Z popularnym „Dzidziusiem” rozmawialiśmy na temat nowego i prawdopodobnie ostatniego kontraktu z Flensburgiem, rychłego zakończenia kariery, jak i przygody reprezentacyjnej. – Czasami mówię sobie, że oddałbym wszystkie medale za ten jeden – opowiada z zaciekawieniem.

Maciej Urban: – Jaka jest kondycja przyszłych pokoleń zawodników, którzy mają nam sprawiać radość z piłki ręcznej?

Michał Jurecki: – Moim zdaniem bardzo ciężka. Powiedzmy sobie szczerze: po ostatnich meczach reprezentacji widać, że choć poprzednia generacja dała coś od siebie, nie poczyniono kroków, żeby szkolnictwo poszło do przodu. Trzeba sobie jasno powiedzieć – moim zdaniem tamte sukcesy nie były zasługą jakiegoś super szkolnictwa. Trafili się ludzie, którzy potrafili grać, którzy mieli charakter. Oni szybko wyjechali za granicę i właśnie tam szlifowali swoje umiejętności. W latach 2007-2012 większość kadrowiczów występowało zagranicą. Pamiętam zgrupowania, gdzie w meczowej szesnastce tylko trzech-czterech na co dzień grało w polskiej lidze. Dzięki temu ich umiejętności szły do góry. Dlatego namawiam młodych, że jeżeli tylko mają okazję, niech wyjeżdżają do ligi francuskiej, czy choćby do 2. Bundesligi. Wielu z nich teraz bardzo sobie to chwali. Cieszą się, bo widzą różnicę.

REKLAMA

Nie przeraża cię, że ty i Krzysztof Lijewski to ostatnia generacja „wielkich” polskiej piłki ręcznej? Obecnie coraz trudniej nam o granie na dużych turniejach.

– Chciałbym za takie 5 lat, kiedy zakończę karierę, usiąść na trybunach i zobaczyć naszą reprezentację na wielkich imprezach. Czy do tego dojdzie? Obecnie ciężko. Według mnie mamy dobrych bramkarzy i skrzydłowych, także kołowych. Ale co najważniejsze, czyli rozgrywający kreujący całą grę… niestety, tutaj mamy dziurę. Pozostaje pytanie, co robić? Trener Przybecki powołuje i szuka tego najlepszego rozwiązania. Są ciekawi zawodnicy, ale na razie nie jest to ten poziom, który mógłby dać nam choćby wyjazd na duże imprezy, nie mówiąc o strefie medalowej.

Sprawa przeraża, ale to nie moja wina. Na to powinni odpowiedzieć inni ludzie. Ja nie chce się czepiać i wytykać błędy. One zostały popełnione, a teraz trzeba myśleć, co zrobić, żeby to naprawić. Potrzeba na to kilku lat. Fajnie, że związek otworzył Szkołę Mistrzostwa Sportowego w Kielcach, a Sławek Szmal z Radkiem Wasiakiem trzymają nad tym pieczę.

Poza tym, mamy wielu ludzi, którzy niegdyś trzymali trzon reprezentacji, a teraz dalej idą w tę dyscyplinę. To między innymi Rafał Kuptel z Gwardii Opole, Marcin Lijewski z Wybrzeża Gdańsk, czy mój brat będący w Azotach Puławy. Dobrze, że ta generacja pracuje nad obudowaniem piłki ręcznej. Mam nadzieję, że ta wiedza, którą mamy, pomoże pociągnąć tych młodych chłopaków, żeby w przyszłości było jeszcze więcej radości.

Jako zawodnik nie byłeś w stanie zaproponować reprezentacji nic więcej?

– Chodzi ci o moją rezygnację?

Tak.

– Ja mam 34 lata. Grałem w kadrze ponad 12 lat. To bardzo dużo wysiłku, gry i wyrzeczeń, także prywatnych. Moja starsza córka po raz pierwszy od 10 lat widziała mnie w styczniu w domu. Wiem, że nie każdy to zrozumie i niektórzy mają pretensje typu: „a mogłeś jeszcze grać”. Patrzę na to w ten sposób, że wolę dać z siebie naprawdę wszystko dla klubu – teraz Kielce, potem Flensburg – niż grać na dwa fronty i nie być zadowolonym z mojej dyspozycji w obu miejscach. Znam swój organizm. Dzięki temu, że mogłem się zregenerować w styczniu, byłem w stanie grać później na wysokim poziomie. Klub plus kadra to około 80 meczów, człowiek słabnie, więc moja jakość może pójść w dół. Patrzę na to nie tylko pod kątem rodzinnym, ale również sportowym.

Jeżeli Wikipedia nie kłamie, rozegrałeś w reprezentacji 198 spotkań.

– Tak? Nie wiem nawet. Ktoś kiedyś mówił, że mam około 200 meczów. No dwóch brakuje, szkoda, szkoda… A jakby jednego brakowało, to może zadzwoniłbym do Piotrka Przybeckiego, żeby powołał mnie na jeden mecz, to dwójka byłaby z przodu (śmiech). Żartuję oczywiście. Czyli 198 meczów, tak?

Dokładnie, a wielu sportowców śrubuje woje liczby. Masz jeszcze co najmniej 3 lata kontraktów w klubach. Do końca kariery bliżej, niż dalej. Może na zakończenie kariery taki mały pożegnalny powrót do reprezentacji?

–Zawsze marzyłem, aby móc w godny sposób pożegnać się z parkietem, chłopakami, z którymi tworzyliśmy drużynę, ale przede wszystkim kibicami. Szanuję Piotrka Przybeckiego [selekcjonera kadry – red.] i wiem, że ekipa, którą tworzy, to młode pokolenie fajnych zawodników – nie mogę im przeszkadzać w pracy (śmiech). Chciałbym jednak przy okazji jakiegoś meczu wejść na 5 minut, usłyszeć hymn, zagrać z orzełkiem na piersi. No i w koszulce z numerem „15”. Jeśli jeszcze nie będzie zarezerwowana (śmiech). Takie pożegnanie dla mnie i dla kibiców. Zobaczymy, może będzie mi to dane. 

Wasza kadra wykreowała mnóstwo pozytywnych emocji. Jesteś spełniony, czy pozostanie niedosyt, bo można było więcej?

– Niedosyt to olimpiada. Nie udało się w Pekinie, z kolei w Rio byłem po dobrym sezonie, wygraliśmy Ligę Mistrzów i czułem się wyśmienicie. Patrzyłem z optymizmem na Igrzyska Olimpijskie w Brazylii, ale niestety już w trzecim meczu doznałem kontuzji. Na początku były nadzieje, że wrócę, ale jak doktor powiedział, że nie ma żadnej szansy, bardzo ciężko to przeżyłem. Serce mi pękło.

Nie tylko tobie, ale i kibicom. Twoją nieobecność widać było gołym okiem.

– Było, nie było. Karol Bielecki rozgrywał turniej życia, rzucał z dystansu, dziurawił siatkę. Wiadomo, gramy na tej samej pozycji. Może w inny sposób dałbym więcej, czy to grą w obronie... Dużo osób mówiło mi, że nawet samą postawą na boisku, reakcjami potrafię kolegów pchnąć do przodu. Starałem się robić to z ławki, ale… nie udało się. To jest dla mnie takie niespełnienie sportowe. Czasami mówię sobie, że chyba oddałbym wszystkie trzy medale mistrzostw świata za jeden olimpijski. On ma znaczenie specjalne.

Apropos mistrzostw świata, na pewno oglądałeś naszą piłkarską reprezentację podczas tego turnieju. Spotkałeś się kiedyś z taką presją ze strony kibiców?

– Myślę, że nie dało się tak tego odczuć. Sami chcieliśmy osiągnąć coś wielkiego i mówiło się o tym w mediach, ale nie na taką skalę jak to ma miejsce przy piłkarskich mistrzostwach. Futbol jest popularniejszy. Mówiło się o wszystkim, co ci zawodnicy robili. Telewizja, internet, media społecznościowe – to się samo nakręciło.

Dobrze żyjecie z piłkarzami? Robert Lewandowski pojawił się na telebimie na pożegnaniu Karola Bieleckiego i Sławomira Szmala. Macie ze sobą jakąś choćby „duchową łączność”?

– Prywatnie nie mam żadnego kontaktu. Jak się widzimy, to zamienimy dwa słowa. Co do Roberta, kontakt ma z nim Grzesiek Tkaczyk i stąd się wzięło to, że kiedyś nałożyłem jego koszulkę. Kilka lat temu miałem okazję zamienić z nim kilka słów. Nie jesteśmy sobie obcy, znamy się ze świata sportu.

I wzajemnie szanujecie swoje dokonania.

– Dokładnie. Sami wiemy jak jest, gdy się wygrywa. Znamy też smak porażki, kopniaka od mediów, czy ludzi piszących hejty. Mam świadomość, jak to jest z drugiej strony i nie mam do piłkarzy żadnych pretensji o mundial. Można zadawać różne pytania, ale to nie tak, że oni nie chcą. Czasami po prostu wychodzi zupełnie inaczej, niż by się chciało.

Niejednokrotnie podczas rozmowy wspominaliśmy na temat zakończenia twojej sportowej kariery. Wszystko wskazuje, że nie stanie się to w Kielcach. Twoja podwójna przygoda z tym miejscem powoli dobiega końca.

– Powolutku. Cieszę się, że będę miał rok na pożegnanie z kielecką publicznością. Mam do nich wielką sympatię. Wspierają nas nawet kiedy nam nie idzie. Potrafią przyjść na trening i wesprzeć – to rzadkość w sporcie. Pokazali, że są z nami na dobre i na złe. Dlatego cieszę się, że mogę się pożegnać.

Przy tym nikt nie pisze, że Jurecki się skończył i dobrze, że odchodzi. Jest wręcz przeciwnie – ludzie chcą cię tu na dłużej.

– Ja też chciałbym zostać. Niektórzy nie rozumieją, czemu odchodzę. (Fani - przyp. red.) chcieliby, żebym grał tutaj do końca kariery. Ja miałem spotkanie z prezesem Servaasem, rozmawiałem również z Talantem Dujszebajewem. Klub ma wizję i chce odmłodzić skład. Umowa ze mną mogła być przedłużona tylko na rok. Ja natomiast czuję się na siłach, by grać jeszcze dłużej, do tego na wysokim poziomie, w Lidze Mistrzów. I to zaoferował mi Flensburg.  Stąd moja decyzja. PGE VIVE chce budować zespól na przyszłość. To naturalne i ja nie mam żadnego żalu. Cieszę się, że zostało mi to powiedziane wcześniej, by móc przemyśleć swoją przyszłość, poszukać klubu. Nie żałuję decyzji, aczkolwiek chciałbym zostać tam, gdzie czuje się dobrze zarówno ja, jak i moja rodzina.

Nie mam wątpliwości, że do nowego klubu wybierzesz się po kolejne sukcesy, jednak dopuszczam również opcję, że to dla ciebie pewnego rodzaju emerytura…

– Bundesligę oglądałem już jako dziecko. Gra w tym miejscu zawsze była moim celem. Grałem trzy lata, niestety nic wielkiego nie osiągnąłem. Oczywiście oprócz tego, że się bardzo rozwinąłem, co było dla mnie cenne. Jednak medalu, statuetki za puchar, czy mistrzostwo Niemiec zabrakło. A teraz we Flensburgu mogę to uczynić, co byłoby spełnieniem marzeń. Nie chciałbym mieć tytułów tylko w Polsce, ale i w Bundeslidze.

Flensburg ma bogatą historię i osiągnięcia. Czy z tobą w składzie będzie w stanie do nich nawiązać i na przykład wygrać Ligę Mistrzów?

  Mam nadzieję. Będzie przebudowa, dojdzie wielu młodych zawodników. Liczę, że ta mieszanka młodości i doświadczenia powalczy nie tylko na krajowym podwórku, ale również w Lidze Mistrzów. Dobrze się czuję fizycznie, jestem zdrowy, wciąż mam tę siłę. 

Jeszcze trzy lata i koniec? Czy może potrwa to dłużej?

– Chyba trzy lata. Wtedy będę miał już 37 lat. Po zakończeniu tej przygody chcę wrócić do Kielc. Tutaj dobrze się czuje, mam dom, rodzinę, znajomych, przyjaciół. Oczywiście zostanę przy piłce ręcznej. Otworzyliśmy z Mateuszem Jachlewskim MJsCAMP (obozy piłki ręcznej dla dzieci - przyp. red.) i chcemy to robić co roku, a w przyszłości może nawet częściej. Chciałbym pracować z młodzieżą, bo gdzieś to trzeba pchnąć, żeby reprezentacja grała dobrze. Za to chyba nie chciałbym być trenerem. To wiąże się z licznymi wyjazdami. Poza tym, dobry zawodnik wcale nie musi być dobrym szkoleniowcem. Wracając do pytania – może jeszcze zagram kolejny rok w Flensburgu? Wszystko zależy od zdrowia. Teraz jest dobre, ale zobaczymy, co będzie za parę lat, kiedy na karku będzie kilka meczów więcej.

Opowiedz więcej na temat MJsCAMP. 

– Chcemy zachęcić dzieci do uprawiania piłki ręcznej. Nie jest im obca, w większości nasi uczestnicy chodzą też na treningi w swoich miastach. Próbujemy przekazać im w jakiś sposób naszą wiedzę nie zapominając o „ogólnorozwojówce”. Na to kładziemy nacisk, bo wiemy, że u dzieci często króluje laptop, i-pad, telefon, choć oczywiście nie u wszystkich. Chcemy odciągnąć ich od internetu, mediów społecznościowych i zachęcić do wysiłku.

REKLAMA

Dlaczego miałbym wysłać swoje dziecko właśnie do ciebie?

– Przede wszystkim, dziecko cały czas ma ruch i zajęcie. Nie ma tematu, że dzieciaki siedzą przy telefonach. Te są zabierane i oddawane wieczorem; aby zadzwonić do kolegów, albo rodziców. Dodatkowo, oprócz zajęć z piłki ręcznej, mamy też basen, treningi na świeżym powietrzu. Przyjeżdżają do nas chłopaki od gimnastyki, którzy robią jak najbardziej potrzebne w tym wieku ćwiczenia ogólnorozwojowe. Mamy tylko 10 dni, a wiec chcemy wszystko zróżnicować.

Próbujemy też gdzieś wyjeżdżać. Pokazujemy od zaplecza Halę Legionów, jak wyglądają odprawy. Chcemy dzieciom wszystko urozmaicić. Dlatego wyskakujemy też do FlySky w Kielcach, żeby poruszać się w inny sposób.

Codziennie odbywają się dwa treningi, a wieczorem planujemy np. ogniska. Zajęć jest bardzo dużo. Sam wiem jak to jest, bo jeździłem kiedyś na różne obozy, a i moja córka dwa lata temu była na wyjeździe. Rozmawiałem z nią w ciągu dnia może pięć minut, bo zaraz słyszałem w słuchawce: „tata, muszę kończyć, nie mam czasu, muszę iść”. To bardzo fajna rzecz, bo dziecko się nie nudzi, nie leży na kanapie cały dzień, nie przychodzą mu do głowy głupoty. Ciągle jest czymś zajęte. Nasze obozy trwają 10 dni. Wydaje mi się, że to dobry okres.

Teraz kilkudniowy obóz sportowy. A później? Może łowienie talentów?

– Póki z Mateuszem wciąż gramy, mamy pewne ograniczenia. Jesteśmy w stanie zorganizować jeden obóz rocznie. Chętnych na taki wyjazd jest wielu, dlatego widzimy w tym duży potencjał. Siedzi nam w głowach, że moglibyśmy w przyszłości robić dwa turnusy, albo i pomyśleć o feriach zimowych. Jest dużo wariantów. Zastanawiamy się także, czy nie otworzyć się na starsze roczniki, które mogą się od nas nauczyć jeszcze więcej.

A wyłapywanie talentów? Czemu nie. Ja zacząłem grać w wieku 16 lat, czyli nigdy nie jest za późno. Sam mogę zadzwonić do Mariusza Jurasika, Sławka Szmala, Radka Wasiaka, by powiedzieć: „jeźdźcie, zobaczcie tego chłopaka, może coś z niego będzie”. O to właśnie chodzi, żeby sobie pomagać i działać na rzecz piłki ręcznej. Czy taki młody zawodnik dostanie się do SMS-u, to już inna sprawa. Niemniej, przez takie campy również można gdzieś te talenty zauważyć.

To złote pokolenie teraz przenosi się na ławkę trenerską, czy szkolenie młodzieży. To w przyszłości przełoży się na sukcesy naszej reprezentacji?

– Mam nadzieję, że tak. Mój brat, Marcin Lijewski, Damian Wleklak, Sławomir Szmal, Mariusz Jurasik… Dużo osób zostało w piłce ręcznej jako trenerzy. Liczę, że uda się tej grupie pomóc w odbudowie reprezentacji pracując u jej podstaw. Dobrze będzie, jeśli w te strony pójdzie też Krzysiek Lijewski, czy Karol Bielecki.

Wielkie nazwiska są w stanie przyciągnąć młodych.

– Dokładnie tak! Nie trzeba być trenerem, ale dyrektorem, czy od innej strony pomóc. O, jeszcze w Lubinie pracuje na przykład Bartek Jaszka. Wszyscy z nas grali zagranicą, a jeśli nie, to w Kielcach, a więc w wielkich meczach.

Ale nie samym szczypiorniakiem człowiek żyje. Ty zajmujesz się na przykład inwestowaniem w nieruchomości.

– Można powiedzieć, że robię to od lat. Kupuje mieszkania, czy lokale użytkowe. Poznałem to wszystko od innej strony budując dom samemu. Bardzo się tym zainteresowałem. Współpracuję z Leszkiem Balcerzakiem, który stawia teraz osiedle „Zielone Wzgórze” w Domaszowicach pod Kielcami. Ja również na tyle, ile mogę, wspieram go. Kto wie, jeśli to fajnie się to potoczy, to nie ukrywam – chciałbym pójść w tym kierunku.

Będziesz budowlańcem?

– Lepiej brzmi „deweloperem” (śmiech). Po ostatnim meczu finałowym z Płocku rozmawiałem na grillu z panem Grzybem, jednym z największych deweloperów i śmiał się, że możemy porozmawiać jak deweloper z deweloperem. Znamy się bardzo dobrze, także na co dzień.

Co widzisz w tym tak interesującego? Nie ma co ukrywać, przeskok z twojego obecnego życia jest ogromny.

– Nie ma powiązania (śmiech).

Poza tym, że kiedyś budowaliście sukcesy reprezentacji…   

– Nie ukrywajmy – trzeba myśleć o zabezpieczeniu przyszłości, o moich dzieciach. Kiedyś inwestowałem w powstałe już nieruchomości, teraz sam buduję. Obecnie moją pracą jest piłka ręczna, z której kupuję chleb i wszystko, co potrzebne na utrzymanie mojej rodziny. W przyszłości być może to właśnie deweloperka zastąpi mi grę na parkiecie. Dużo o tym czytałem, rozmawiam z przyjaciółmi budującymi domy, zasięgam wiedzy. Dodatkowo, Balcerzak budował mój dom, więc wiem, że to solidna firma i mogę mówić o nim tylko w superlatywach. Polecam go.

REKLAMA

Czyli współpracujecie ze sobą.

– Tak. Ja jestem inwestorem, a on wykonawcą. Pracujemy nad tym razem.

(W międzyczasie naszą rozmowę co jakiś czas przerywają przypadkowi przechodni, którzy proszą Michała o wspólne zdjęcie, nagranie życzeń dla przyjaciół, czy autografy)

Nie boisz się, że po przejściu do deweloperki zostaniesz zapomniany, a tłumy ludzi przestaną cię prosić o podpis na koszulce?

– Nie zastanawiałem się nad tym. Może z jednej strony dobrze, nikt nie będzie mi przeszkadzali w wywiadzie (śmiech). A tak na poważnie to fajne, że ludzie proszą o zdjęcia i doceniają pracę, jaką wykonuję ja, czy cała drużyna. Moja żona nie lubi jeździć moim oklejonym Lexusem, bo każdy patrzy, kto tam siedzi. Potem są zawiedzeni, że to nie ja (śmiech). To część tego wszystkiego i ja absolutnie nie mam z tym żadnego problemu. Wydaje mi się, że z kielecką publicznością mam bardzo dobry kontakt.

Mało tego: wydaje mi się, że w każdej dyscyplinie znajdziemy postacie będące dla kibiców różnokolorowe. A ty, jako jeden z nielicznych sportowców w naszym kraju, wzbudzasz tylko pozytywne emocje, nawet jeśli klub, czy kadra, grają źle.

– Bardzo miło mi słyszeć takie słowa. Powiem tak – nigdy nie lubię oceniać samego siebie i głośno o tym mówić. Ale znam swoją wartość i wiem, jak to wszystko wygląda. Cieszę się bardzo, że ludzie mnie tak odbierają.

Jesteś kawał chłopa, a ludzie się nie boją do ciebie podchodzić! (śmiech)

Dokładnie (śmiech).

Rozmawiał Maciej Urban.

 

REKLAMA

Wasze komentarze

JANUSZ2018-08-10 11:17:12
MICHAL JESTES LEPSZY NIZ DESZCZ NA PUSTYNI. ZAL, ZE ODCHODZISZ, ALE CO ZROBIC. MAM NADZIEJE NA POZEGNALNY MECZ W KADRZE I POWROT DO ISKIERKI, GDZIE JESZCZE ZAPIER***LISZ W STARYM STYLU :)) POZDRO MICHU JESTES NASZYM IDOLEM OD LAT

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group