REKLAMA

Być może trzeba być bardziej skurczybykiem. Nie lubię dwulicowości

20-03-2018 19:25,
Tomasz Porębski

To był niewątpliwy akt odwagi i dla wielu obserwatorów spore zaskoczenie, gdy półtora roku temu ówczesny prezes Korony Kielce, Marek Paprocki oświadczył, że nowym trenerem drużyny zostaje Tomasz Wilman. Kielczanin, szkoleniowy wychowanek żółto-czerwonego klubu, tego czasu nie może jednak zaliczyć do udanych. Na stanowisku tego „najważniejszego” wytrwał tylko do października. Zespół zdążył poprowadzić w trzynastu meczach ekstraklasy. Dziś, w kolejnej naszej, wtorkowej rozmowie, postanowiliśmy wrócić do tamtego okresu.

Ale nie tylko o przeszłości porozmawialiśmy. Wilman wciąż w Koronie pracuje, choć dzisiaj w innym charakterze. Obecnie w klubie ze Ściegiennego zajmuje się szkoleniem młodzieży. Jest koordynatorem stosunkowo nowego programu - Indywidualnego Planu Rozwoju. Niedawno minął rok, odkąd zaczął być on realizowany. Czy widoczne są już jego pierwsze efekty?

Piłka nożna – w wykonaniu byłego szkoleniowca kieleckiej drużyny – to jednak nie tylko Korona. Swój czas poświęca też fundacji, która zajmuje się naprawdę wyjątkowym tematem. Jeśli bliska nam jest idea, że „piłka ma łączyć ludzi”, to chyba nie da się lepiej tego robić. To projekt, któremu warto poświęcić kilka chwil, choćby do końca czytając poniższą rozmowę.

REKLAMA

Żałuje pan?

- Czego?

Tego, że w maju 2016 roku zdecydował się pan zostać pierwszym trenerem Korony Kielce.

- Nie. Nie ma takiej opcji. Nawet przez sekundę tego nie żałowałem. Życie niekiedy daje taką możliwość tylko raz. Nie po to tyle lat pracowałem i uczyłem się pracy trenerskiej, żeby z tego nie skorzystać. Nigdy nie spędzało mi to jednak snu z powiek. Nie było celem samym w sobie. Nigdy o tym nie myślałem, że chcę zostać trenerem seniorskiej Korony. Zawsze pracowałem najlepiej, jak tylko umiałem. Gdy okoliczności sprawiły, że pojawiła się taka propozycja, to szybko przemyślałem temat i padło z mojej strony sakramentalne tak.

Czuł pan rozczarowanie, że tak się to dalej potoczyło?

- To uczucie, którego nie da się opisać jednym słowem – czy był to żal, czy bardziej złość. Wszystkiego po trochu. Wiadomo, że gdy wejdzie się na ten poziom, nie jest łatwo z niego zejść. Najbardziej rozczarowujące były dla mnie jednak wyniki. Moje zwolnienie było konsekwencją rezultatów. Wdrożyliśmy plan naprawczy, który miał przynieść skutki w dłuższej perspektywie. I okazało się, że przyniósł, bo drużyna do końca grudnia fizycznie wyglądała bardzo dobrze, mimo że żadne zmiany personalne w niej nie zaszły. Plan zdał egzamin. A że nie pracowałem dalej? Takie jest życie trenera. W momencie, gdy szkoleniowiec podpisuje umowę, wie, że może zostać zwolniony. Najpierw dostałem zaufanie od władz, później zarząd uznał, że pora się rozstać. I tak się stało, życie toczy się dalej.

Miał pan większe zastrzeżenia za tę sytuację do siebie czy piłkarzy?

- Tylko i wyłącznie do siebie. Nie ma co się nad tym rozwodzić. Obowiązkiem trenera, a przede wszystkim każdego faceta jest, by brać odpowiedzialność. Biorę ją na siebie w 100 procentach. Nawet, jeżeli coś pojawiało się w zespole, to ja powinienem na to zareagować. Zdaje sobie jednak też sprawę z tego, że zrobiliśmy wiele dobrych rzeczy. Drużyna była dobrze przygotowana. Jestem przekonany również, że dokonaliśmy trafnych transferów, pomimo trudnego czasu i wszystkiego, co na nas wtedy spadło. W lipcu odeszło od nas kilkunastu kluczowych zawodników. To była ważna część zespołu. Sztab szkoleniowy również pożegnał się z Kielcami. Wszystko trzeba było składać od początku, a to jest rolą trenera. Proszę pamiętać, że ja też do tej funkcji nie przygotowywałem się od marca, więc nic nie mogłem zaplanować. Pierwsze rozmowy pojawiły się dopiero pod koniec maja. Mieliśmy wąską kadrę, trzeba było ją łatać. W Koronie pojawiła się też niepewność związana ze sponsorami, bo wtedy w grę mocno wchodziła kwestia Senegalu. Piłkarzy nie było łatwo przekonać, by tu przyszli i dodatkowo zagrali pod trenerem, który był dla części zawodników anonimowy. Tych, których znałem wcześniej, było zdecydowanie prościej namówić. Kilku z nich w klubie jest do tej pory i stanowią mocną grupę w szatni. Bardzo się z tego cieszę. Widać, że to były dobre ruchy. Każdy z nich był fajnym strzałem.

Co zmieniłby pan dzisiaj w swojej pracy z tamtą Koroną?

- To są rzeczy, które zostają dla mnie. Moje doświadczenia, z których wyciągnąłem już wnioski. Nie ma szans, bym dzielił się tymi przemyśleniami. 

Mówiło się wtedy głośno o nie do końca sportowym podejściu piłkarzy do zawodu. Dotyczyło to m.in. diety.

- Nie siedzę nikomu w talerzu, ani w domu. Nie mam pełnej kontroli nad zawodnikami. Tak jak zresztą nad nikim innym – kibicami, czy nawet dziećmi w domu, bo oni też z niego wychodzą, albo mnie czasami w nim nie ma. Jestem zdania, że piłkarze są profesjonalistami. Oni wiedzą co mogą i powinni robić, a co później przekłada się na wyniki. Tych czynników jest bardzo dużo. Z naszej strony zrobiliśmy wszystko dobrze. Zadbaliśmy o poprawę wydolności, bo tego najbardziej potrzebowaliśmy. Nie był to jednak plan na tydzień, lecz na 3-4 tygodnie, bo wiązało się to ze zmiana charakteru pracy.

Mówi pan o obozie przygotowawczym czy planie naprawczym?

- O naprawczym. W okresie przygotowawczym zrobiliśmy wszystko dobrze, bo drużyna weszła w sezon udanie. Wyniki były całkiem zadowalające, nasza gra dawała nam punkty. Wszystkie założenia realizowaliśmy. Program naprawczy dotyczył przygotowania motorycznego, bo w pewnym momencie zaczęliśmy kuleć. Świadomie jednak rozłożyliśmy go na 3-4 tygodnie, by poprawa nie nastąpiła w 1-2 meczach, lecz na całą resztę rundy jesiennej. Ilość punktów dawała nam wtedy gwarancję pewnego spokoju. Mimo kilku porażek z rzędu, faktycznie znajdowaliśmy się niżej w tabeli, ale różnice punktowe były minimalne. Uważam, że każdy powinien robić swoje – trenerzy jak najlepiej zaplanować i realizować założenia, zawodnicy dbać o to, by ich forma była odpowiednia. Nigdy nie złapałem nikogo z nich za rękę, nie zobaczyłem, że jadł niezdrowo. Czasami tak po prostu jest, że nie wiadomo dlaczego coś gra. I na odwrót – nie wiadomo, dlaczego nie do końca wychodzi. Być może potrzebowaliśmy jeszcze chwilę cierpliwości, by pozwolono nam się przełamać. A może nie? Teraz wiemy jedno – ta zmiana pomogła drużynie i to było najważniejsze. Ale niewątpliwie wkład w jej dalsze sukcesy w rundzie jesiennej miałem, bo było to konsekwencją naszej solidnej pracy.

Powiedział pan, że piłkarze są profesjonalistami. Czy wtedy na pewno byli? Nie pytam o cały zespół, ale o co najmniej kilku z nich.

- Za dużo w tej kwestii zostało powiedziane. Jednocześnie pewne zdania wyrwano z kontekstu. Wiem, że chłopcy trenowali solidnie i dobrze odpoczywali. A czy ktoś podpadał w innych sposób? Każdy z nich powinien sam spojrzeć w lustro i odpowiedzieć, czy zrobił wszystko, by jego forma była optymalna. Moją rolą, jako trenera, było wybranie tych najlepiej przygotowanych do jedenastki i meczowej kadry. Ja cały tydzień miałem okazję obserwować ich w trakcie treningów. Mogłem to ocenić.

Naszym kłopotem było, że zbiegło się wtedy w jednym czasie wiele trudnych kwestii. To m.in. kontuzje dwóch kluczowych piłkarzy – Łukasza Sekulskiego i Djibrila Diawa, co było dla nas przybijające. Trzeba też pamiętać, że Miguel Palanca i Dani Abalo nie byli dobrze przygotowani. Sam początek mieli niezły, lecz nie byli gotowi na rozgrywanie całych spotkań. Jacek Kiełb dołączył do nas późno, ale był bardzo cennym wzmocnieniem. Dał nam dużo punktów. Wszystko się jednak posypało. Te kontuzje były dziwne, bo może nie do końca musiały się przytrafić. Parę kwestii powinniśmy dopilnować i lepiej by to wyglądało. 

Przeszkodą był też limit graczy spoza Unii Europejskiej. W Koronie był Vanja Marković, który spokojnie mógł grać. Poradziłby sobie, bo to charakterny chłopak, ale jeden ze stoperów musiał być spoza Unii Europejskiej. Nie mieliśmy większych możliwości zmian. Na skrzydle całkiem dobrze grał Serhii Pylypczuk. Dla Vanji nie było zatem miejsca. Liczyliśmy na paszport, ale strasznie się to przedłużało... To była jednak fajna grupa chłopaków, która dawała nadzieję, że mogą grać bardzo dobrze. Wierzyłem, że jesteśmy w stanie wejść do czołowej „ósemki”. Potencjał był. Ta drużyna była budowana w miarę spokojnie i stabilnie. Była tworzona w przemyślany sposób. Nie był to zaciąg nie wiadomo ilu ludzi, którym trzeba płacić pensje, tylko ściągnęliśmy wartościowych chłopaków. Wśród nich też był Krystian Miś, który w Koronie jest nadal i trzeba mu dawać szansę, bo to fajny chłopak.

Ostatnie, co mógłbym panu zarzucić, to brak zaangażowania. Pamiętam sytuację, gdy przejeżdżaliśmy obok stadionu i niemal z piskiem opon zatrzymaliśmy się, by nakręcić krótki film. Byliśmy w szoku, gdy zobaczyliśmy, że indywidualnie pracuje pan z Kiełbem, który wrócił wtedy do Korony, ale miał zaległości treningowe. To nie jest częsty obrazek, gdy pierwszy trener decyduje się na taką formę zajęć.

- Jacek jest specyficzny. Jacek to Korona Kielce.

Tomasz Wilman również.

- Tak było, jest i będzie zawsze. Gdziekolwiek nie pójdę, to po tylu latach pracy w Kielcach, będę tego świadom. Nie miałem problemu, by trenować z kimkolwiek indywidualnie. Być może jednak jako trener brałem wtedy za dużo obowiązków na siebie. Może powinienem powierzyć to innym. To też jest wielka sztuka wynikająca  z doświadczenia, by pewne rzeczy delegować pracownikom. Kończyłem niedawno kurs UEFA Pro w Białej Podlaskiej, gdzie dużo o tym rozmawialiśmy z innymi trenerami. To nie jest łatwe, by dać komuś coś do zrealizowania. Mam taki charakter, że lubię mieć kontrolę nad tym, co się dzieje. Dotknąć tego. Tymczasem w pewnym momencie trzeba sobie powiedzieć – stop. Są ludzie, którzy powinni to zrobić, a ty masz skupić się na swoich kwestiach. Jest trochę tak, że będąc wychowankiem klubu, inaczej patrzy się na otoczenie, niż gdy przychodzi się do niego jako trener z zewnątrz. Jestem mocniej związany z klubem, czuję odpowiedzialność za wszystko. Chcę, by każdy był zadowolony. Trener jednak ma swoją działkę – bardzo odpowiedzialną i stresującą, która wymaga wielkiego skupienia, lecz na węższym obszarze. Chciałem za dużo rzeczy ogarnąć, ale taki już jestem. Taki mój urok.

Jest pan też człowiekiem dosyć przyjaznym, serdecznym, towarzyskim, skłonnym do żartów. Słyszę to od każdego pracownika w klubie. Może to było problemem, że współpracował pan z piłkarzami bardziej na stopie koleżeńskiej, zamiast postawić na samym początku wyraźną kreskę i przypomnieć, kto tu rządzi?

- Trzeba spytać chłopaków, czy tak było.

Pytam o pana odczucia.

- Moim zdaniem jesteśmy zawodowcami. Jeżeli przychodzę do pracy i zwracam się do kogoś na ty, lub w inny sposób, nie ma to żadnego znaczenia. Ja podejmuję decyzję, ktoś inny je realizuje. Tak jest w każdej normalnej firmie. Sport jest trochę inną bajką i być może ma pan rację, że trzeba być w nim bardziej skurczybykiem. Ja jednak wierzę w ciężką, uczciwą pracę. Po niej zawsze, w krótszej lub dłuższej perspektywie, efekty przychodzą. Nikt nie wie, czy byłoby lepiej, gdybym zaczął ostrzej na początku. Wiem, że nie mogę przestać być sobą. Nie rozumiem, gdy ktoś gra – w szatni jest taki, poza nią inny, a w domu jeszcze bardziej się zmienia. To są tak wielkie emocje, że w końcu sam nie wiedziałbym, kim jestem. Mam inny charakter. Taki zawsze byłem, jestem i będę. Może zmienić się mój sposób pracy, ale nie podejście do życia. Nie wyobrażam sobie tego. Nie lubię dwulicowości.

Nie będzie to absolutnie atak – rozmawiamy o faktach. Może po prostu pana charakter nie predysponuje pana do pracy na stanowisku pierwszego trenera?

- Powiem panu za 25 lat, czy do tego się nadaję, czy nie. Uważam, że nie ma to aż takiego znaczenia, a przynajmniej nie powinno mieć. W klubie jest zarząd, który prowadzi politykę kadrową i ocenia za fachowość, a nie charakter. Czy osoba, która jest agresywna i impulsywna będzie lepszym trenerem od człowieka spokojnego, wyważonego, z pozytywnym podejściem do świata? Nie. Wtedy w Koronie coś mogło zagrać, ale nie zagrało. Nikt nie zakładał, że tak dobrze wystartujemy. Nikt też nie przypuszczał, że będziemy później przegrywać w taki sposób. Nie sądzę, że to była wina mojego charakteru. Wręcz jestem o tym przekonany.

Jeżeli mamy spotkać się za 25 lat, to będą potrzebne nowe doświadczenia do oceny. Rozumiem, że nie zniechęcił się pan i zamierza dalej dążyć do pracy jako pierwszy trener, niekoniecznie w Koronie?

- Oczywiście tak. Życie trenera jest skonstruowane podobnie jak u piłkarza. Dziś jestem tutaj, jutro mogę być gdzie indziej. Cieszę się, że teraz jestem w Koronie i realizuje kwestie klubu w innych aspektach. Układam pewne rzeczy w piłce młodzieżowej. Nie wiem jednak, co mnie czeka dalej. Może przyjdzie konieczność albo potrzeba zmiany? Wiem jedno – ja się nie poddam nigdy.

Czy w takim razie, biorąc pod uwagę pana ambicje, nie żałuje pan pracy w ekstraklasie w Koronie z innego względu – teraz ludzie z innych klubów mogą spoglądać w pana stronę z pewną nieufnością. Bo w Kielcach dostał pan szanse, ale nie wyszło.

- Ja wierzę, że jeśli realnie oceniają rzeczywistość, to spojrzą na wszystkie okoliczności. Jeżeli ktoś zaprosi mnie na spotkanie i pozna moją koncepcję, pomysł na prowadzenie drużyny, to wtedy zdecyduje, czy mu się to podoba, czy nie. 

Pan już o tym dziś wspominał, ja sobie przypominałem przed rozmową. Korona za czasów Wilmana miała fajne mecze – zwycięstwo 4:1 nad Lechem, wygrane nad Wisłą Kraków i Wisłą Płock. Problemem było to, że jak przegrywała, to zazwyczaj bardzo wysoko i wstydliwie – m.in. 0:4 w Lubinie, 0:6 w Krakowie czy 0:4 w Chorzowie. Można powiedzieć, że jak się waliło, to na całego.

- Trochę tak. Tych okoliczności było sporo. Przyszły gorsze wyniki, co też wywołało niepewność w drużynie. Do tego kontuzje. Poskładało się kilka rzeczy, choć nie jest to żadne tłumaczenie. Ja byłem odpowiedzialny, by przygotować na to drużynę i zadbać o to, by takie sytuacje się nie zdarzały. Raz czy dwa – mogło, ale częściej to już kiepska sprawa. Choć te mecz też mogły zupełnie inaczej wyglądać. 

W Łęcznej, gdzie również wysoko przegraliśmy, Grześkowi Boninowi wyszły dwa strzały życia. Nie wiem, czy kiedykolwiek to jeszcze powtórzy, choć w piłkę oczywiście potrafi grać na wysokim poziomie. To wybiło drużynę, bo mieliśmy swoje sytuacje. Może to nie były porywające spotkania, ale nie zasługiwaliśmy na aż tak wysokie porażki. Potem w zespole coś siadło, nie potrafiliśmy się z tego podnieść. Były też mecze fajne. Emocjonujący i ważny był pojedynek w Szczecinie, gdzie zagraliśmy solidnie i zasłużyliśmy na zwycięstwo. Dobrze dysponowani byliśmy z Lechem. Przeciwko Wiśle to był idealny mecz dla trenera. Gdy zespół w ostatniej minucie strzela gola na 1:0, to jest fajna sprawa. Patrząc na tamte spotkania, ważna była też inna kwestia – radości. Ona oczywiście była, ale bez oprawy kibicowskiej. To był czas, gdy panował konflikt z kibicami. Ich wsparcie jest bardzo istotne, szczególnie w tych trudnych momentach. Kibice są super, darzę ich wielkim szacunkiem. Dało się to odczuć choćby na ostatnim meczu, gdy mimo mrozu fajnie dopingowali zespół. Oni wtedy mogą pomóc drużynie wznieść się na wyżyny, te okrzyki dodają skrzydeł. My tego zorganizowanego dopingu byliśmy pozbawieni. Pojawiały się pojedyncze śpiewy, ale nie było tak, jak na trybunach zazwyczaj jest. 

Sam projekt był interesujący – szansę pracy dostaje trener z Kielc, który ma popchnąć zespół do przodu. Nie wszystkim to się jednak podobało. Nie czuł pan rozczarowania, że to wsparcie środowiska nie było zbyt duże?

- Może tak było, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Kiedyś powiedziałem, że ludzie powinni sobie pomagać, ale jeśli nie chcą, to niech przynajmniej nie robią innym nic złego. Tak staram się żyć i postępować. W zawodzie trenera nie ma wielkiej solidarności. Taka to praca – dziś jesteś, jutro cię nie ma. W ekstraklasie jest tylko 16 drużyn. Trenerów z licencją UEFA Pro jest wielu, a do tego 1/3 szkoleniowców w lidze stanowią teraz obcokrajowcy. Europa jest otwarta, agenci wysyłają do klubów mnóstwo propozycji. Rynek jest bardzo skurczony, dlatego nie jest łatwo być trenerem. Tym większy szacunek dla pana Marka Paprockiego, że powierzył mi tę funkcję. Ja wiem, że na pewno miał wiele sprzeciwów, ale jednak postawił na swoim. Zawsze będę mu to pamiętał. To była dla mnie niespodzianka. Nagle zwalił się na mnie ogrom pracy. Nie miałem czasu się nawet zastanawiać, czy ktoś mi dobrze życzy. Pewne rzeczy oczywiście do mnie docierały. Rodzina czytała, opowiadała, że ktoś powiedział na mnie coś złego. Ale jakie to ma znaczenie? Nie przejmuje się opiniami ludzi, którzy piszą komentarze anonimowo. Każdy może to robić, ale ja swoje wiem i znam swoją wartość.

Nie czuł pan żalu, że musiał rozstać się wtedy z Koroną, bo może osiągnąłby pan dalej to samo, co pana następca?

- Mogłem, ale nie osiągnąłem. Takie jest życie, które wtedy na pewno nie było miłe. Szczególnie, gdy jest się w tym mieście. Inaczej, gdy trener przyjeżdża, potem się pakuje i już go nie ma. Nie ma nic wspólnego z tymi kibicami, ludźmi, jego rodzina też tego nie odczuwa. My odczuliśmy to bardzo, co było ważnym aspektem. Nie mam jednak do nikogo pretensji. Bardziej zastanawiałem się, dlaczego nie wyszło. Swoje wnioski wyciągnąłem, ale wiem też, że nie ma jednej recepty na to, żeby było dobrze.

Wcześniej pracował pan jako asystent z trzema trenerami Korony – Jose Rojo Martinem, Ryszardem Tarasiewiczem i Marcinem Broszem. Okres pracy z którym z nich był dla pana najbardziej wartościowy?

- Nie jest tajemnicą, że od każdego staram się wyciągnąć jak najwięcej. Największy przeskok przeżyłem u Pachety, bo z piłki młodzieżowej trafiłem do seniorskiej. To była duża różnica. Do tego był to trener z innego kraju, który nie umiał powiedzieć słowa ani po polsku, ani po angielsku. Nie znałem go zupełnie. To człowiek, który ligę hiszpańską znał z autopsji, co było dla mnie ogromną nauką. Początki nie były jednak łatwe. Przeżyliśmy wiele ciężkich momentów. Trzeba pamiętać, że pracowaliśmy bez trenera przygotowania fizycznego. Przez trzy miesiące w sztabie byliśmy tylko Pacheta, ja i Mariusz Mucharski, trener bramkarzy. To brzmi niewiarygodnie, a o tym się nie wspomina. Mnóstwo czasu poświęcaliśmy pracy. Pacheta nieraz wyganiał mnie do domu, ale było naprawdę wiele do zrobienia. 

Ryszard Tarasiewicz to z kolei ogromne doświadczenie pracy w Polsce. Był trochę innym człowiekiem, bardziej zamkniętym, ale z dużą wiedzą i zrozumieniem zawodników. To była wielka lekcja. Trener czuł chłopaków, utrzymywał z nimi super relacje. Marcin Brosz bardzo mi imponował i robi to do tej pory. Jest odważny, nie boi się postawić na młodych chłopaków. W Kielcach zdecydował się na Michała Przybyłę - to był znak odwagi. Okoliczności trochę go do tego zmusiły, ale inny trener szukałby wymówek. On tego nie robił. Fajna sprawa, bo dziś w Górniku pokazuje, że ta odwaga popłaca. W pierwszej lidze odsunął od drużyny trzech zawodników i ten ruch pozwolił drużynie wejść na poziom, na którym teraz jest. Od każdego sporo się nauczyłem. Podobnie było na stażach, treningach czy innych spotkaniach szkoleniowych. Nie można jednak nikogo kopiować jeden do jednego. Nie można zakładać też, że od tego wezmę to, od tamtego tamto, bo często się to później kłóci ze sobą. Trzeba być spójnym, bo do tego dochodzi też mój charakter jako człowieka.

Czy gdyby pojawiła się propozycja objęcia ponownie funkcji asystenta...

- Nie było takiej propozycji. Nie rozmawialiśmy o tym.

Zakłada pan jednak możliwość powrotu?

- Nie mam z tym problemu. Chętnie mogę też jednak pracować z dziećmi. Wiedzę, którą zyskałem przechodząc przez całą ścieżkę, daje mi świadomość tego, co jest potrzebne w piłce nożnej. Spojrzenie w seniorskiej piłce jest zupełnie inne od tego w młodzieżowej. Chętnie dzielę się tą wiedzą z innymi trenerami, czy na kursach. Widzę, co w młodzieżowej piłce jest do poprawy, tak aby dany zawodnik mógł później zaistnieć w piłce seniorskiej.

W tym celu w Koronie wdrożony został Indywidualny Program Rozwoju, za który pan odpowiada. 

- Ruszyliśmy w marcu poprzedniego roku. Pomysłodawcą był Robert Stachura. Udało się przekonać władze do tego projektu i chwała im, że firmują to do tej pory. To bardzo ciekawa kwestia, bo w trakcie treningu, gdzie mamy do dyspozycji pięciu trenerów i sześciu zawodników, możemy skupić się na detalach. A te małe elementy później sprawiają, że zawodnicy mogą wejść na wyższy poziom. Dajemy możliwości, pokazujemy kierunek rozwoju. Czy z niego korzystają, to zależy tylko od nich. Nie chodzi wyłącznie o trening piłkarski, ale też sposób odżywiania, przygotowania, zachowania przed i po meczu. O cały rytuał związany ze spotkaniami. To staramy się wdrażać już u tych najmłodszych, żeby poczuli, o co w tym chodzi. Teraz bawią się piłką, ale czas płynie szybko. Wkrótce staną się piłkarzami dojrzałymi. Niektórzy do tej pory zastanawiają się, dlaczego pewnych rzeczy nie zrobili wcześniej. Dziś podpowiadamy im rzeczy, które pozwolą chłopcom stać się profesjonalnymi zawodnikami. Kluczem jest jednak trening – jest go więcej i jest on bardziej intensywny.

Jak on wygląda?

- Skupiamy się na najmłodszych piłkarzach – nawet od 2007 do 2002 rocznika. Juniorów nie angażujemy tak bardzo w trening – tu w grę wchodzą mocniej analizy taktyczne. Bierzemy też udział w zajęciach juniorów, wspólnie z trenerami pracujemy nad pewnymi elementami. Z najmłodszymi rocznikami spotykamy się raz w tygodniu w hali przy ulicy Wschodniej. Na treningu realizujemy zagadnienia taktyczne i techniczne. Wdrażamy to, by było im łatwiej wejść na wyższy poziom. Do tego dochodzą elementy motoryczne. Dodatkowo piłkarze odbywają indywidualne zajęcia z Mateuszem Dzubkiem na siłowni. Juniorzy młodsi i starsi przychodzą do niego przed lekcjami, robią to jeden albo dwa razy w tygodniu. I już po pół roku takich ćwiczeń widzimy u nich poprawę. Gdy dochodzi do tego zdrowe odżywianie, efekt jest bardzo wyraźny. Nie są jeszcze gotowymi piłkarzami, ale są na dobrej ku temu drodze. Musimy z nimi trenować więcej i lepiej. Po to powstał ten program, aby dać im takie możliwości. Nie jest to chwilami dla nas łatwe, bo niekiedy mamy treningi o godzinie 8, 10, 15, a nawet 20, gdyż taka jest dostępność hali. Rozpiętość jest duża, ale dla nas nie ma to znaczenia. Wiemy, że mamy to robić, bo może to dać efekt.

Jak wygląda dobór zawodników do IPR?

- Trenerzy grup młodzieżowych co pół roku wysyłają listę potencjalnych chłopców, których sugerują do udziału w programie. Nie zamykamy się jednak, to nie jest stała grupa. Jeżeli ktoś ewidentnie wyróżnia się, robi postępy, uwzględniamy go. Czasami ktoś jest kontuzjowany, albo wyjeżdża na zgrupowanie kadry Polski lub województwa, więc dobieramy innych chłopaków. Staramy się robić szeroki i nieustanny przegląd. Trzydziestu chłopaków trenuje z nami regularnie. Zwłaszcza fajny jest rocznik 2007. To wielka przyjemność oglądać, jakie mają pokłady energii. To jest niemożliwe, oni są wręcz niezniszczalni.

Zdarzało się już, że ktoś odpadał z programu, bo nie sprawdzał się mentalnie?

- Były tylko małe przesunięcia. To jest decyzja trenerów. Pamiętajmy, że mówimy o młodzieży, która zawsze stwarza mniejsze lub większe kłopoty. Staramy się być w stałym kontakcie z częścią wychowawców, szczególnie tych starszych zawodników. Chcemy mieć wszystko pod kontrolą. Widzimy jednak poprawę świadomości u chłopaków. Coraz częściej sami pytają nas o pewne kwestie, właściwe zachowania, choćby dotyczące odżywiania czy dodatkowego treningu. Nie zamykamy się przed tym, dopuszczamy taką możliwość. Ważne, by wiedzieć, gdzie i co jest robione. Zdarzało się, że piłkarz robił trening indywidualny, a potem dokładnie te same ćwiczenia wykonywał z zespołem. Później zastanawiamy się, skąd bierze się tyle kontuzji. Brak kontroli był naszym problemem. 

Teraz wiemy więcej. Oni pytają, radzą się nas, a my chętnie naszą wiedzą się dzielimy. Potrzebujemy świadomych piłkarzy, którzy wiedzą po co trenują, co jest ich celem i gdzie chcieliby dotrzeć. Czasami mam wrażenie, że większość z tych młodych ludzi tego nie wie. Wymagamy od nich pewnych zachowań, choćby koncentracji na treningu, co jest bardzo ważne. Czasem trener tego nie dostrzega, a ja siedząc z boku na trybunach widzę, że gdy trener przemawia, piłkarze stoją z boku, kopią piłkę i nie zwracają na niego uwagi. Uświadamiamy, że ta koncentracja na treningu jest szalenie istotna. W piłce seniorskiej nikt nikomu nie będzie dwadzieścia razy tłumaczył polecenia. Powie raz i trzeba robić swoją robotę. Młodzi piłkarze często mają z tym problem. 

Kto nad tym pracuje?

- Jacek Kubicki, Paweł Czaja, Mateusz Dziubek, do tego ja i pomaga nam Danieł Łebek. Oprócz tego zajmujemy się scoutingiem grup młodzieżowych. To daje nam duże możliwości rozwoju, ale też wiąże się ze sporą pracą. Jeździmy po całym województwie, a także regionach ościennych. Od rocznika 2005 do 2000 znamy praktycznie wszystkich piłkarzy ze Świętokrzyskiego. Stworzyliśmy dużą bazę zawodników i regularnie obserwujemy ich w meczach, a także zapraszamy na nasze treningi.

Dużo udało się pozyskać już takich piłkarzy?

- Nie wszystkich mogliśmy, bo wiążę się to z dodatkowymi czynnikami, choćby liczebnością klas. Ale sporo zawodników pozyskaliśmy. Najfajniejszym przykładem są bracia Lisowscy, który trafili do nas z Rodziny Kielce. Rozmawialiśmy z nimi półtora roku temu, dziś są podstawowymi zawodnikami naszych ważnych roczników. Tych najlepszych piłkarzy przesuwamy do drużyn starszych, by jak najwcześniej ogrywali się z mocniejszymi zawodnikami. Tylko to da im możliwość właściwego rozwoju. Celem jest wprowadzenie piłkarzy do drużyny seniorów. Utrzymanie się w lidze centralnej, gdzie spada dziesięć drużyn, to cel poboczny. Choć na pewno będziemy dostarczali więcej piłkarzy do pierwszej drużyny, jeżeli te zespoły do lat 19, 17 czy 15 będą rywalizowały na arenie ogólnopolskiej.

Do tej pory był to problem Korony. W ostatnich latach do pierwszego zespołu trafili tylko Marcin Cebula i Piotr Malarczyk, a także nieco okrężną drogą Jakub Żubrowski. Wcześniej do głowy przychodzi mi jeszcze Krzysztof Kiercz, który dziś ze Stalą Mielec bije się o awans do ekstraklasy.

- Po to powstał ten program. My również dostrzegamy problem, podobnie jak zarząd klubu. Proszę mi wierzyć – regularnie sprowadzamy zdolnych piłkarzy, ale na pewne efekty trzeba poczekać. Pracujemy rok, ciężko spodziewać się, byśmy w tym czasie do drużyny przekazali pięciu wychowanków. Na to wpływa kilka czynników – proces selekcji, treningu, kształtowanie i wychowanie. To są duże sprawy, ale niewątpliwie ma pan rację – tę kwestię musimy naprawić. I robimy to. Wierzę, że rezultaty będą się pojawiały. Mamy zawodników, którzy mają bardzo dobry charakter do piłki. Dokładając do tego umiejętności, mają szansę zrobić karierę. Coraz więcej powołań dociera do nas również z kadr młodzieżowych, bo w tym elemencie też był zastój. 

Pamiętajmy jednak, że kilku piłkarzy od nas odeszło. Nasza duża nadzieja, Kacper Grzela trafił do Legii. Mikołaj Kwietniewski, poprzez Fulham, teraz też jest w Warszawie. Paweł Sokół w Manchesterze City, jest jeszcze utalentowany chłopak w Progresie Kraków, który gra regularnie. Nie będziemy kopalnią nie wiadomo ilu talentów. Była jednak grupa ludzi w Koronie, która mogła być wyżej, ale wybrali inną drogę. To decyzja rodziców. Przypominam sobie też Karola Angielskiego, który dziś gra w ekstraklasie. Biorąc pod uwagę jego, Piotrka i Marcina, to jest całkiem dobry wynik. 

Gorzej, że naszych wychowanków brakuje na poziomie pierwszej i drugiej ligi. Oni gdzieś przepadają, po okresie juniorskim kończą przygodę z piłką. Decyzją władz klubu rozwiązano rezerwy Korony i tych zawodników już nie ma. Nie pokazali ambicji, poddali się za szybko. To jest trudne, ale trzeba walczyć o swoje. Ilu było piłkarzy, którzy zaczynali karierę od trzeciej ligi, lecz potem byli w drugiej, pierwszej i w końcu w ekstraklasie. Oni jednak się nie poddali. Dlatego dzisiaj mocno patrzymy na charakter – czy chłopak jest zawzięty, chce wygrywać i potrafi poświęcić się piłce. Cieszę się, że coraz więcej takich piłkarzy jest. Tak ich dobieramy, bo nauczyć ich gry w piłkę, czy pewnej powtarzalności zachowań na boisku, możemy. Charakteru nie, ten trzeba mieć.

Kto z tych chłopaków ma szansę zrobić karierę?

- Nie chciałbym nikogo wyróżniać. Pamiętam rozmowę z Pawłem Sobolewskim, który opowiadał, że kiedy był młody, to w swojej kategorii wiekowej nawet nie mieścił się w pierwszej jedenastce. Potem z tej grupy tylko on zrobił karierę. Reszta gdzieś zniknęła. To wszystko zależy od chłopaków – od wykonanej przez nich pracy, wysiłku czy poświęcenia. Nigdy nie ma gwarancji sukcesów. Jest wielu utalentowanych, ale piłka wymaga cierpliwości. 

Gino Lettieri na obóz do Turcji zabrał Michała Dziubka i Wiktora Długosza, ale nie jest to żadna nowość. Jego poprzednicy też na zgrupowania zabierali młodych juniorów. Ci piłkarze byli tak blisko drużyny, ale jednak nie potrafili się przebić. Dlaczego?

- Trzeba by zapytać samych piłkarzy. Było kilka różnych przypadków. Michał Przybyła miał wejście smoka, teraz jest w Warcie Poznań. Łukasz Jamróz również zaczął świetnie, dziś gra w KSZO. Ciężko powiedzieć, dlaczego tak się dzieje, to złożona kwestia. Ci chłopcy mogą wchodzić do ekstraklasy, ale tylko od nich zależy, jak na to zareagują. Mamy takie czasy, że niekiedy chcieliby wszystko osiągnąć za szybko. Jak jestem na treningu, to już powinienem grać. Jeśli nie gram, to jest źle. Nie tędy droga. Przeskok między piłką młodzieżową a seniorską jest ogromny. Do pierwszej drużyny nie da się wejść z dnia na dzień. Tylko jednostki dają sobie z tym radę. Teraz, gdy zespół walczy o pierwszą „ósemkę”, też ciężko o eksperymenty w składzie. Proszę mi jednak wierzyć, że Lettieri zna tych chłopaków. Jak uzna, że mogą grać, to będą grali. Oni muszą to jednak udowadniać na każdym treningu, a nie na jednym z pięciu. 

Dlatego wymagamy od nich skupienia i zaangażowania. Naszą rolą, poprzez indywidualne zajęcia, jest, by zwracać uwagę na małe rzeczy. To są niuanse, ale robimy to, bo mamy nadzieję, że dzięki temu będą szybciej gotowi wejść na ten poziom. To nie jest łatwe, bo nie są przyzwyczajeni do takiego myślenia – do której nogi mam podać, jak przyjąć, jak odegrać. Do tego trener ciągle coś mówi, wiele bodźców zewnętrznych rozprasza piłkarza. Z tego powodu duży nacisk kładziemy na to, by mieli poukładane sprawy w szkole. Nie muszą mieć samych piątek, ale nie chcemy, by problemy z ocenami odciągały ich uwagę. Gdy są na boisku, mają skupiać się tylko na treningu.

Jest kontakt między wami a Lettierim, konsultujecie sprawy szkolenia młodzieży?

- Nie spotykamy się tak często, ale on zna chłopaków. Albo sam bywa na meczach, albo regularnie robią to asystenci. Do tego regularnie zaprasza młodych piłkarzy na treningi swojego zespołu. Mirosław Dreszer ściąga bramkarzy z juniorów za każdym razem, gdy tylko widzi taką możliwość i potrzebę. Może ten kontakt powinien być częstszy, żeby chłopcy zobaczyli, że ta współpraca jest ścisła. Wiemy jednak, czego Lettieri wymaga. Obserwujemy treningi pierwszej drużyny. Staramy się to samo przełożyć na grupy młodzieżowe, choć nie jest to łatwe zadanie. 

Nie mamy też możliwości pozyskania każdego z chłopaka z Polski. Niekiedy nas na nich nie stać, ale staramy się zachęcać ich innymi możliwościami. Mamy podpisane umowy o współpracę z klubami partnerskimi. Jesteśmy otwarci, by dzielić się wiedzą, tak by wszystkie kluby w regionie świętokrzyskim podążały w jednym kierunku. Mamy jednak ubogie kluby, mało jest tych dobrze szkolących. To zazwyczaj jednostki – albo wyjątkowe roczniki, albo poszczególni zawodnicy. Jak wspomniałem – do rocznika 2005 nie ma opcji, byśmy kogoś nie znali. Zachęcamy ich do przyjścia do Kielc, ale nie zmuszamy. Niekiedy rodzice decydują się na oferty z Legii czy Zagłębia Lubin. Nie ma co się obrażać, szukamy dalej, również poza województwem, choć najbardziej skupiamy się na naszym regionie. Widzimy tu potencjał, jest wielu naprawdę fajnych chłopców. Cieszymy się, że Juventa Starachowice gra na poziomie centralnym, bo to z pewnością wpłynie na podniesienie poziomu wyszkolenia zawodników.

Podgląda pan pracę Lettieriego. Jest coś, czego się od niego nauczył?

- Oczywiście, że tak. Wręcz bardzo dużo. To między innymi zwracanie uwagi na szczegóły. Operowanie piłką, które bardzo szybko krąży między zawodnikami. To duża zmiana w polskiej lidze. Ruchliwość, czas między przyjęciem piłki a podaniem jest krótki. To małe elementy, ale bardzo istotne, bo wpływają na zdobywanie terenu. Dla piłkarzy to trudne, bo byli przyzwyczajeni do innego sposobu gry. Wiem, że sporo zdrowia i czasu kosztowało, by to poprawić. Teraz Koronę inne drużyny nieco rozgryzły, już nie jest tak łatwo, jak jesienią, gdy rywali byli zaskoczeni intensywnością. Obecnie tak różowo to nie wygląda, ale punktów jest na tyle dużo, że wierzę, że ta „ósemka” będzie nasza. Tylko od nas to zależy i to jest najważniejsze. Myślę, że piłkarze sobie z tym poradzą, a „coach”... On naprawdę wie, co robi.

Nie zazdrości mu pan, że ma większe możliwości w Koronie, niż miał pan?

- Nie zazdroszczę nikomu. Całe szczęście, że klub może sobie na więcej dziś pozwolić. Fajnie, że trener potrafi te możliwości wykorzystać. My też na tym korzystamy. Odnowiona została odnowa biologiczna, gdzie dostęp mają również piłkarze młodzieżowi. To wielka sprawa. Mam nadzieję, że jeszcze jakieś boisko nam załatwi i będzie idealnie.

Pana działalność w piłce nożnej nie ogranicza się do Korony. Zajął się pan także amp futbolem, który potem jednak dość niespodziewanie znacznie się rozszerzył.

- Pomysł zrodził się nie tak dawno, bodajże dwa lata temu. Od chłopaków z Kuloodpornych z Bielska-Białej, gdzie trenerem jest Maciej Kozik, dostaliśmy zaproszenie na trening. Pojechaliśmy z małżonką i bardzo nam się spodobało. Uznaliśmy, że chcemy wreszcie zrobić coś dla kogoś. Biorąc pod uwagę moje doświadczenie, pewne możliwości medialne, postanowiliśmy wdrożyć podobny projekt w Kielcach. Szybko okazało się jednak, że tych amputantów nie ma zbyt wielu. Za to zaczęli się odzywać rodzice dzieci niepełnosprawnych. I to ich mamy dziś zdecydowanie więcej, bo siedemnastu. Wciąż przychodzą także nowi. Trenujemy piłkę nożną raz w tygodniu. Na więcej nie możemy sobie pozwolić organizacyjnie, bo dzieci mają szkołę, rodzice pracę do późna, pojawiał się problem z dojazdem, dlatego ćwiczymy w soboty. Do tego mamy pięciu amputantów. Dodatkowo zaprosiliśmy dzieci ze świetlić środowiskowych i domów dziecka, czyli te osoby, które nie mają możliwości normalnie trenować, a marzą o takich zajęciach pod okiem trenera. Bo żeby była jasność – to nie wygląda tak, że rzucamy piłkę i mówimy: grajcie. To są normalne, profesjonalne zajęcia. Ogromną robotę wykonuje trener Tomek Kuleta, wielkie słowa uznania dla niego. Niekiedy prowadzimy treningi we dwóch. 

Chętnie przyjmiemy każdego – nie ma zapisów, nikt też za to nie płaci. Dajemy radość dzieciom poprzez treningi. Stworzyła się wokół tego fajna grupa rodziców. Zapraszamy też gości specjalnych – ostatnio byli Djibril Diaw z Krystianem Misiem, którzy bardzo szybko zareagowali na moją propozycję. Wcześniej pojawiali się Mikołaj Kwietniewski, Mariusz Ludwinek z Nowin czy Paweł Golański. Pavol Stano obiecał nam, że wkrótce do nas przyjedzie. Zrobiliśmy niedawno turniej dla dzieci, by pokazać, jak to wygląda. Był spory, pozytywny odzew, co nas cieszy. Na pewno nie było to ostatnie takie wydarzenie organizowane przez fundację Megamocni. Wiele wyzwań stoi przed nami.

Po co pan to robi?

- Żeby dzieciaki grały w piłkę. Nie muszę nikomu nic udowadniać, robię to tylko dla nich. Okazało się jednak, po czasie, że to dobrze robi też mi. Moje postrzeganie świata trochę się zmienia. Doceniam postawę tych dzieciaków – ich pasję w oczach, ale też poświęcenie rodziców. Tu nikt nie rzuca kłód pod nogi, nie ma zawiści. Żadnych podtekstów – czysta piłka nożna. Spełniamy ich marzenia. Niekiedy pod blokiem nikt nie chce ich wybierać do drużyny, bo są mniej sprawni. Na WF-ach podobnie, spotykają się z wykluczeniem. U nas mogą rywalizować normalnie i są doceniani. 

Nie ma jednak taryfy ulgowy. Nic nie udajemy, wymagamy od nich bardzo dużo. To są różne charaktery, ale powoli zbliżamy się do momentu, gdy chyba wyprosimy rodziców z hali. Bo wiadomo, że dzieci lgną do rodziców – jak się przewrócą, biegną do nich. Chcemy, by potrafili sprostać tym różnym sytuacjom. Żeby naprawdę były mega mocne. One dużo przeżyły i wiele jeszcze przeżyją. Uczymy ich współpracy ze sobą. Na początku było tak, że każdy chciał wziąć piłkę i biec do przodu. Teraz uświadamiamy im, że ty grasz w ataku, a ktoś inny w obronie. Pojawiał się sprzeciw, dlaczego tak jest. Przecież ten, kto strzeli gola bardziej się cieszy i jest mocniej doceniany. Udało nam się to jednak fajnie poukładać. To są dwie godziny intensywnego treningu. 

Możemy też liczyć na pomoc innych, na przykład pana Andrzeja Detki z firmy Detan, który wspiera nas, finansuje koszulki czy sprzęt sportowy. Dzięki takim darczyńcom, mamy możliwość funkcjonować. Wszystkie środki idą na dzieci – organizujemy też wydarzenia dodatkowe, jak Mikołajki. Szacunek wielki dla tych ludzi, bo robią coś, czego absolutnie nie muszą. A takich darczyńców mamy coraz więcej. Zawsze mogę liczyć też na pomoc rodziny czy znajomych. Niektórzy tylko wesprą słowem, ale to również jest ważne, by przyjść, zobaczyć, jak to wygląda. Zapraszam każdego serdecznie. Naprawdę, po takim treningu nikt nie wychodzi obojętny.

Z jednej strony osoby są pozbawione jednej kończyny. Z drugiej – dzieci z różnymi schorzeniami. Nie jest chyba łatwo nad tym zapanować?

- Zapraszamy, by sprawdzić osobiście. Spotykamy się o godz. 14:30 w sobotę w hali przy ul. Śniadeckich. Niebawem prawdopodobnie przeniesiemy się na orlik przy ulicy Jagiellońskiej. To na pewno nie jest proste. My sami się tego uczymy. Na początku chciałem, by nie było formy ścisłej, czyli poleceń w stylu „kopnij i biegnij”, lecz wszystko w postaci gier. Okazało się to niemożliwe. Forma ścisła, choć niezłożona, bez trudnych elementów, jest tym, co dzieciom wychodzi bardzo sprawnie. Są skupione, choć trzeba pamiętać o kilku warunkach – nie mogą być to ćwiczenia skomplikowane i zbyt długie. To są przeróżne zagadnienia, jak na przykład przejście po ławeczce. Proszę pamiętać, że niektórzy z nich mają problemy z płynnym chodzeniem, więc jest to dla nich wyzwaniem. Podobnie jak przetoczenie się po materacu, przejście przy płotki czy hula hop. Dbamy o ich sportowy rozwój, oczywiście przy użyciu piłek. Widzimy postępy. Stale też analizujemy, co powinniśmy zmienić. Rozmawiamy o tym po każdym treningu. Zachęcamy też do aktywności rodziców, żeby wychodzili z dzieckiem pokopać piłkę przed blokiem. Dla dzieci jest to największa radość, gdy w każdej chwili mogą pograć. 

Jest coraz fajniej. Teraz rodzice jeszcze mocniej się zorganizowali, po każdym treningu pojawia się herbata, kawa czy ciastka. Żyją ze sobą, wymieniają się swoimi doświadczeniami. To ważne, bo często od siebie dowiadują się o sposobach leczenia czy rehabilitacji. Widzę wiele plusów tego pomysłu. Najważniejsze jednak, że dla dzieciaków jest to super sprawa. To niesamowite, jak oni cieszą się z postępów, sukcesów. Radość z każdej bramki jest ogromna. Naprawdę, musi pan przyjść koniecznie i to zobaczyć. Świetna sprawa.

Co w pracy zawodowej sprawia teraz panu największą satysfakcję?

- Fajnie, jeśli są efekty pracy. To jest najważniejsze. Zawsze tak sobie wyobrażałem pracę - nie jest kluczowe, by afiszować się, że robi się coś wielkiego, tylko żeby to było widoczne przez rezultaty. Chciałbym, żeby każdy wiedział, że dany, młody zawodnik pochodzi z Korony. By miał pewne cechy charakteru oraz umiejętności piłkarskie, które pozwalałyby go z tym klubem utożsamiać. O Koronie już mówią, że ma bardzo mocny charakter, nawet w grupach młodzieżowych. To dobra cecha. Pewne zaległości dziś nadrabiamy walecznością i zawziętością. Dokładając do tego umiejętności techniczno-taktyczne, w długotrwałej perspektywie będzie to dawało świetne efekty. Widzę po meczach i treningach, jak ci chłopcy realizują pewne założenia. Dziś słyszymy od nich: „wiem, wiem, pamiętałem o tym, ale po prostu nie wyszło”. Cieszy mnie, że ta świadomość jest coraz większa. Oni coraz częściej zadają nam pytania, mimo że szkoła dziś uczy, że pytać nie wolno. Masz myśleć tak, jak ci mówimy. My działamy inaczej – zachęcamy do rozwiewania wątpliwości, bo według nas nie ma złych pytań.

Jaki cel stawia pan sobie w tej pracy?

- Na tę chwilę mamy pewne małe cele, ale przede wszystkim patrzę długofalowo. Chcemy stworzyć jednolity sposób gry, funkcjonowania, treningu, sposobu pracy i postępowania z zawodnikami. To złożona kwestia, której na chwilę obecną nie ma. Ale będzie, ten punkt jest dla mnie bardzo ważny. Jeżeli to powstanie, to zostanie w klubie na latach. Oczywiście będzie wymagało pewnej korekty i weryfikacji z czasem, ale ogólne założenia muszą pojawić się natychmiast.   

Ostatnie pytanie. Skoro mamy spotkać się za 25 lat i ocenić historię, to muszą pojawić się nowe doświadczenia, o których będziemy mogli porozmawiać. Z pewnością nie powie mi pan, co będzie robił za pięć lat, ale na pewno mogę zapytać, co chciałby pan robić?

- (dłuższa chwila zastanowienia)

REKLAMA

Licencji UEFA Pro nie robi się tylko po to, by szkolić młodzież.

- Nie do końca się zgadzam. Uważam, że w polskiej piłce zbyt mało trenerów z doświadczeniem, czego poparciem jest licencja, pracuje z młodzieżą. Ta wiedza jest bardzo istotna. Gdybym dziś trenował młodzież ponownie, to w porównaniu z tym, co robiłem 17 lat temu, zmieniłbym 90 procent stylu pracy. To przez moje doświadczenie i obserwacje. Im więcej będzie doświadczonych trenerów, tym więcej będzie pojawiało się młodych, dobrych zawodników. Często trenerzy mają chęci, ale brakuje im doświadczenia. Gdyby połączyć pasję młodego trenera z doświadczeniem, byłaby to fajna mieszanka. To może podnieść poziom szkolenia. 

A gdzie ja będę? Chciałbym pojechać na wakacje… Żona mówiła ostatnio, że cztery lata nigdzie nie byliśmy, więc chyba pojadę. A na poważnie – nie wiem. Nigdy nie planowałem tego, co będzie za miesiąc, pół roku czy pięć lat. Może będę trenował dzieci w Koronie, może wyjadę zagranicę. Jestem w stanie porozmawiać w języku angielskim, niemieckim czy hiszpańskim. Dogadam się wszędzie, więc w każdym kraju mógłbym nauczyć się języka na dobrym poziomie bez żadnego problemu. Może mocniej zaangażuję się w sport dzieci niepełnosprawnych i fundację Megamocni, z którą będę robił genialne rzeczy? A może będę w ekstraklasie, będziemy walczyć o „ósemkę” i grę w pucharach? Wiem, że na pewno chętnie spotkam się z panem ponownie i porozmawiam. Od tego nigdy nie ucieknę.

W takim razie muszę zadać jeszcze jedno pytanie.

- Miało być ostatnie.

Tak, ale ucieka pan od odpowiedzi. Zapytam zatem inaczej. Patrząc na pana przygodę jako pierwszego trenera Korony, późniejsze drogi postępowania były dwie. Mógł pan uznać, że się do tego nie nadaje i nigdy więcej nie będzie chciał pracować w tym charakterze. Albo pragną dostać szansę jak najszybszej rehabilitacji, by pokazać, że Tomasz Wilman naprawdę jest specjalistą, który może osiągać sukcesy w piłce seniorskiej.

- Mogę osiągać. Jestem o to spokojny. Wiem, że mogę. 

Rozmawiał Tomasz Porębski

fot. Paula Duda, PressFocus

 

REKLAMA

Wasze komentarze

Ck2018-03-20 19:44:47
Panie Trenerze mimo wszystko wielkie gratulacje, bo mecze za Pana kadencji z wislą i z Lechem na długo zapadną w pamięci wszystkich kibiców. To że nie wyszlo wszystko tak jak miało byc to trudno. Nie tacy trenerzy mieliby problem z osiąganiem dobrych wyników w ówczesna Koroną, a to był Pana debiut.
Mks2018-03-20 20:41:47
Widać że zależy mu na Koronie, i chodź mu nie wyszło to mam nadzieję że dostarczy nam wychowanków którzy osiągną poziom chociaż Malarczyka czy Cebuli. Proponuję by następnie zaprosić Sobolewskiego.
Do.2018-03-20 20:55:06
Brawo Wilu!
kibic-Kielce_moj_dom2018-03-20 21:21:10
fajny gość, jako trener druzyna nie miala wynikow, co nie skresla go od razu, dziwilem sie, ze nie dali muz dluzej pracowac. Trener Wilman niech sie edukuje, szkoli, aby nastepnie rozwijac talenty. Docencie go tam w tym klubie, dajcie mu jakas lepsza pensje, bo chlop tym zyje i zna sie na tym. Beda owoce, niech jezdzi, szuka, sciaga, rozwija i uczy mlodych. Za kilka lat beda sukcesy
kibic2018-03-20 21:50:23
Jestem pod ogromnym wrażeniem! Mimo, że jestem kolejnym "anonimowym komentatorem" to liczę, że jednak Pan to przeczyta i zobaczy jak bardzo Panu gratuluję. Świetne połączenie zaangażowania w klub oraz dużej chęci do zdobywania wiedzy i doświadczenia. Wszystkiego co najlepsze Panie Trenerze, dziękujemy za te dobre i słabsze chwile, bo tylko w tych złych momentach poznajemy swoją prawdziwą wartość... A Pan ją niewątpliwie udowadnia, pozdrawiam!
donpedro2018-03-20 22:42:43
Kolejna swietna rozmowa z bardzo ciekawym czlowiekiem... jestem pod wrazeniem... jesli chodzi o trenera szacunek a poza tym bardzo dobrze ze dzięki wywiadom mozemy jako kibice poznac nasz Klub od wewnatrz. Czekam na wywiad z dyr ds marketingu lub dyr klubu
Ckkk2018-03-20 23:31:52
A co z Misiem ...?
@donpedro2018-03-21 08:43:00
dyr ds marketingu zostal zwolniony miesiac temu, dyr klubu? nie ma takiej funkcji. wiec z kim niby te wywiady?
Tomelk2018-03-21 08:46:22
Swietny gosc. Rozmawialem dlugo z nim po meczu pucharowym w Niepolomicach . Bardzo szczery i otwarty czlowiek majacy Korone w sercu tak jak ja.. Powodzenia Tomek. Trzymaj sie zdrowo.
@Tomelk2018-03-21 10:49:41
moze i swietny gosc, ale trener to z niego marny
Jarek2018-03-21 10:59:21
Tych gorszych chwil było zdecydowanie więcej, po 0:4 z oba spadkowiczami ! 0:6 z Cracovią!
@donpedro2018-03-21 18:46:15
Ze strony internet Klubu wynika ze te stanowiska są jednak obsadzone... to moze bysmy poznali plany dzialania, jak np zwiększyc frekw na stadionie, w jakim kierunku zmierza Korona organizacyjnie itp...

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group