REKLAMA

Chyba zmazałem to piętno ze swojej postaci. Nikt tak o mnie już nie pomyśli

13-03-2018 20:15,
Tomasz Porębski

Od chwili, gdy postanowiliśmy rozpocząć nasz cykl wtorkowych rozmów, założyliśmy, że jego bohaterami nie będą tylko ci, którzy w Kielcach przebywają obecnie, lecz również osoby, które z Kielc pochodzą. Wychowankowie Korony, którzy już żółto-czerwonych barw nie przywdziewają, ale w innych klubach radzą sobie znakomicie, wydają się wyborem wręcz idealnym. Takim jak Krzysztof Kiercz, nowy kapitan pierwszoligowej Stali Mielec. 

Stali, czyli klubu, który po rundzie jesiennej i jednej kolejce na wiosnę, zajmuje bardzo wysokie, bo czwarte miejsce w tabeli. Od lidera, Miedzi Legnica mielczan dzielą raptem trzy punkty. W dodatku piłkarze z Podkarpacia mają jeden mecz zaległy do rozegrania.

Jeszcze półtora roku funkcję kapitana w Stali pełnił Jakub Żubrowski, który dziś z powodzeniem - po kilku latach nieobecności - sprawdza się w Koronie. "Żuber", jako lider szatni, wprowadził Stal do pierwszej ligi. Kibice z Mielca nie mieliby nic przeciwko, by Kiercz poszedł jego śladem i na początku czerwca również z zespołem świętował awans. Tym razem do ekstraklasy. 

Uznaliśmy, że to idealny moment, by sprawdzić co słychać u byłego zawodnika Korony. Szczególnie, że wszyscy mamy w pamięci kłopoty zdrowotne, z którymi musiał borykać się w Kielcach przez długie miesiące. Część kibiców na Kierczu postawiła już krzyżyk, nie wierząc w jego sportową odbudowę. Jak się okazało - bardzo błędnie.

REKLAMA

Lekko wzbraniałeś się przed tą rozmową...

- Nie, dlaczego? Nie wzbraniałem się. Jest tylko tak, jak napisałem ci w sms-ie, myślę zresztą, że dość adekwatnie. Uważam, że na kieleckiej ziemi spokojnie można znaleźć dużo więcej osób, które zasługują na to, by pojawić się wcześniej w waszym cyklu rozmów. A na mnie jeszcze kiedyś przyszłaby pora.

Funkcja kapitana jednak zobowiązuje. I niesie za sobą nowe obowiązki, również te medialne.

- Zgadza się. Stało się, jak się stało. Do tej pory kapitanem był Mateusz Cholewiak, ja pełniłem funkcję jego zastępcy i starałem się mu pomagać w obowiązkach. Teraz jakoś tak naturalnie wyszło, że po odejściu Matiego do Śląska byłem tym pierwszym kandydatem do przejęcia opaski kapitańskiej. Wszyscy życzymy mu powodzenia i sukcesów. Każdy dąży do tego, by grać w ekstraklasie i cieszę się, że Mateusz może się tam realizować. A ja mam swoje zadania do wykonania w Mielcu.

Pewne doświadczenie w tym względzie masz. W Koronie byłeś w radzie drużyny, zresztą chyba w kilku spotkaniach nawet z opaską biegałeś po boisku.

- Tak, udało mi się. Chyba w jednym, albo dwóch meczach. Byłem czwarty w kolejce – po Kamilu Kuzerze, Maćku Korzymie i Tomku Lisowskim. Jakoś tak się zdarzyło, że wszyscy już zeszli z boiska i na koniec zostałem kapitanem.

Teraz jesteś jednak tym najważniejszym w drużynie.

- Nie wiem, czy najważniejszym. To dosyć złudna sprawa. Uważam, że funkcja kapitana nie niesie za sobą samych przyjemności. To przede wszystkim duża praca do wykonania. Nowe obowiązki, które muszę spełniać każdego dnia. Nie dość, że trzeba dbać o formę sportową, to jeszcze o szatnię i chłopaków – każdego z osobna. Trzeba być łącznikiem między drużyną a trenerami, ale też zarządem klubu. To niewątpliwie miłe, ale wiąże się z tym duża odpowiedzialność.

Ale znając twój charakter, nie powiesz mi, że się w tym nie odnajdujesz.

- Na razie minął tydzień, odkąd taka decyzja została podjęta, wiec trudno o ocenę. Staram się być pomocny dla chłopaków. Nie jestem inny od nich. Jestem jednym z członków drużyny, który tak samo, jak pozostali walczy o skład. O to, by być w jak najlepszej formie i pomagać drużynie na boisku. A kiedy mogę wesprzeć drużynę w kuluarach, szatni czy klubowych korytarzach, robię wszystko, by tak się działo.

Patrząc na ostatnie dwa lata twojej gry, w pierwszej kolejności bardziej niż na postawę, zwróciłem uwagę na częstotliwość twoich występów. Ta mówi jasno: o starych, przykrych kontuzjach nie ma już śladu.

- Na pewno tak. Nie spędzam już czasu na rehabilitacjach, czy w gabinetach lekarskich, jak to w Kielcach się zdarzało notorycznie. Przytrafiły mi się dwie przykre kontuzje, po których długo wracałem do zdrowia. Ale prawdę mówiąc, dziś już nawet nie pamiętam o tym, że byłem kontuzjowany. Dwa lata minęły bez urazu. Nawet jakiegoś najdrobniejszego – naciągnięcia mięśnia czy problemów ze stawami. Tego nie miałem i odpukać, oby tak pozostało. Z pewnością wiele się w moim życiu przez ten czas zmieniło. Zacząłem więcej dbać o siebie, lepiej przygotowywać do pracy. Moja wiedza w tym zakresie zdecydowanie się zwiększyła. Wszystkie takie doświadczenia budują człowieka. Nie wymażę tego czasu z pamięci, ale nawet bym nie chciał, bo uważam, że na pewnej płaszczyźnie też był dla mnie pomocny. Staram się czerpać z niego pozytywy, zapominając o minusach.

Niektórzy postawili wtedy na tobie krzyżyk. To było trudne?

- Spotykałem się z opiniami, że jestem kontuzjogennym zawodnikiem. Kiedy skończyła się umowa z Koroną i szukałem nowego klubu, takie głosy do mnie dochodziły. Niektórzy bali się podjąć ryzyko, twierdząc, że nie wiadomo, co będzie z moim zdrowiem. Mam nadzieję, że w tej chwili – poprzez ten czas, jaki upłynął od ostatniej kontuzji – trochę zmienili spojrzenie. Jestem zdrowy, gram regularnie, trenuję codziennie. Chyba zmazałem już to piętno ze swojej postaci i nikt już tak o mnie nie pomyśli.

Nie miałeś blokady, by wrócić do piłki i dalej kontynuować karierę?

- Gdybym ją miał, to powinienem się w to przestać bawić... I przejść na drugą stronę – albo zostać trenerem, albo w ogóle zająć się czymś innym. Wspólnie z żoną postanowiliśmy jednak, że spróbuje z tego, czyli z kariery piłkarskiej, wycisnąć tyle, ile się tylko da. Postaram się rozwijać, walczyć o pozycję i nieustannie w tym kierunku podążam.

Dziś jesteś w Stali. W Mielcu jest chyba dobry klimat dla byłych „Koroniarzy” – zostałeś kapitanem, jeszcze niedawno tę funkcję pełnił Jakub Żubrowski.

- Być może coś w tym jest. Kuba przetarł szlaki, odcisnął mocne piętno na tym klubie. Wciąż jest w Mielcu dobrze wspominany. Gdy taka osoba pojawia się w klubie, pozostawia po sobie dobre wrażenie, to może faktycznie ludzie później przychylnie spoglądają na ludzi z danego miasta. Zresztą, takich osób było więcej. Przypomnę chociażby Piotrka Gawęckiego czy Bartka Papkę. Ciężko powiedzieć, dlaczego tak jest w Stali. Może odległość ma jakiś wpływ, bo z Kielc do Mielca nie jest daleko. Kiedy chcemy odwiedzić rodzinne strony, zobaczyć bliskich lub znajomych, to nie wiąże się to z dużą wyprawą. To ułatwia życie i adaptację.

W Mielcu z pewnością jest dobry klimat do uprawiania sportu i gry w piłkę. Stal przeżywa teraz taki czas, gdy chce do czegoś wrócić. Chce odbudować dawny blask. Takie jest zresztą hasło przewodnie klubu: „Razem po dawny blask”. Projekt zakłada powrót do ekstraklasy. Do czasów, gdy zdobywano tutaj mistrzostwa Polski. Warunki ku temu są sprzyjające. Klub niesamowicie się rozwija. Zapewnia wszystko, co jest potrzebne przy budowaniu formy sportowej. Miasto nie jest za duże, ale mam wrażenie, że idealne dla piłkarzy. Nie kusi imprezami, wielkimi wydarzeniami, ale jest wszystko, co potrzebne do życia. Chcesz wybrać się do restauracji czy kawiarni – masz gdzie. Terenów do spacerów też nie brakuje. To optymalne miasto dla ludzi, którzy chcą coś w życiu osiągnąć i pójść do przodu.

Stal w tym momencie zajmuje czwarty miejsce w tabeli I ligi. Do prowadzącej Miedzi Legnica traci trzy punkty, ale jednocześnie ma jeden mecz zaległy. O co walczycie w tym sezonie?

- Tak naprawdę nie mówimy o niczym głośno. Pierwsza liga jest taka, że warto mieć marzenia. Nie wolno zamykać się na różne rozwiązania, ale też nie trzeba o tym za dużo opowiadać. Prawda jest taka, że nawet dziesięć drużyn walczy o miejsca premiowane awansem do ekstraklasy. Udało nam się uzyskać niezłą zaliczkę punktową jesienią. Klub daje nam wszystko, co potrzebne, by w tym kierunku zmierzać. Co osiągniemy na boisku – zobaczymy. Nie wiem, czy możemy powiedzieć, że naszym celem jest awans. Staramy się robić fajny klimat, tworzyć mocną drużynę, dbać o formę i walczyć  w meczach o zwycięstwa. Gramy w lidze specyficznej. Tutaj można złapać doła i 3-4 spotkania z rzędu przegrać, ale też mieć falę zwycięstw i nagle wywindować się w górę tabeli. Trzeba być czujnym – czy przyjeżdża lider, czy ostatnia drużyna w tabeli, trzeba walczyć o swoje.

To pokazuje trochę przykład Górnika Zabrze, który w ubiegłym sezonie złapał taką falę i dostał się do ekstraklasy. A tam może w tym roku gra słabiej, ale jesienią brylował. Czy to zjawisko pokazuje, że różnica między ekstraklasą a pierwszą ligą nie jest taka wielka?

- Nie wiem. Nie jestem odpowiednią osobą do oceniania tego. Na pewno jest coraz więcej ciekawych zespołów w pierwszej lidze. Więcej przewija się też interesujących zawodników – część z nich kończy karierę, część jest na zakręcie i szuka możliwości odbudowania formy. Kluby również coraz prężniej się rozwijają. Górnik pokazał, że po spadku w rok można zbudować fajną markę, opartą na młodych, ciekawych chłopakach. To niewątpliwie dobry przykład dla innych drużyn.

Spoglądając na skład Stali, widać, że ta drużyna ma w kadrze ciekawe nazwiska. Choćby na twoją formację obronną – u twego boku gra Rafał Grodzicki, który doświadczenie w ekstraklasie zebrał ogromne. A po lewej stronie Leandro, którego doskonale pamiętają kieleccy kibice.

- Drużyna jest bardzo mądrze budowana. Trener Zbigniew Smółka odciska duże piętno na klubie, a do tego dobrze współpracuje z dyrektorem i prezesami nad transferami. Te nie są przypadkowe. Przychodzą piłkarze, który trener w danej chwili potrzebuje. Fajnie, że udało się ściągnąć tutaj Leandro czy Rafała. To pokazuje drogę innym chłopakom z Polski. Jeszcze do niedawna niektórzy mogli sądzić, że Mielec jest zaściankiem. Wielką niewiadomą. Nie mieli pojęcia, jak to jest w środku. Ja po tym półtora roku widzę, że jest tu dobrze. Wierzę, że takie postacie, z dużym bagażem doświadczeniem, otworzą ścieżkę dla innych transferów. Jeśli ci nowi piłkarze wkładają tylko dobrą jakość do drużyny, mogę się z tego wyłącznie cieszyć.

A spośród tych mniej znanych – możesz kogoś wyróżnić, kto twoim zdaniem ma szansę zrobić dużą karierę w piłce?

- Ciężko powiedzieć. Znów uważam, że to niekoniecznie moja rola...

Jesteś kapitanem – od czasu do czasu możesz pochwalić swoich kolegów.

- Uważam, że mamy ciekawy zespół. Są nazwiska, o których już głośno mówiono w Polsce. Zachwycają się bramkarzem Radkiem Majeckim - i słusznie. Ale uważam, że jego konkurenci, czyli starszy Marek Kozioł i rówieśnik Rafał Strączek też są na wysokim poziomie. Tę pozycję mamy dobrze obsadzoną. Jesienią bez wątpienia wystrzelił Maks Banaszewski, który trafił do nas ze Znicza Pruszków. Nieznany chłopak, a zrobił dużą robotę. Jest wielu fajnych zawodników, ale nie chcę ich oceniać, bo musiałbym wymienić całą szatnię od lewej do prawej.

Trener Smółka nie jest znany szerokiej publiczności. Kibice interesujący się tylko ekstraklasą, pewnie to nazwisko usłyszą po raz pierwszy w życiu.

- W ekstraklasie na pewno jest słabiej kojarzony, w pierwszej lidze już dużo więcej wiedzą o nim. Na pewno to człowiek z charakterem. Bardzo chętny do rozwoju. Uwielbia jeździć na szkolenia do dużych, zachodnich klubów, jak Chelsea czy Bayern Monachium. Stara się czerpać od tych najlepszych i w miarę możliwości przenosić to na nasz grunt. Myślę, że to trener, który odnalazł się w Stali. Ma możliwość realizować swoje pomysły, dobrze współpracuje z działaczami. Nie ma przepychanek, lecz obie strony wspólnie dochodzą do konsensusu i budują markę. Tak to jest w życiu, że czasem dobrze jest, by człowiek znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie. Wszystko zgrywa się wtedy w fajną całość i jest możliwość zrobienia czegoś ciekawego.

Organizacyjnie bylibyście gotowi sprostać wymogom ekstraklasy?

- Oczywiście. Już wcześniej o tym wspominałem. Kiedyś, gdy z młodzikami jeździło się w różne miejsce, oglądało się te nieprzygotowane do meczów szatnie, słabe, nierówne boiska, rzucało się pod nosem: „organizacja Stal Mielec...”. Teraz to hasło trzeba odłożyć do lamusa. Nie można tak powiedzieć. Ewentualnie możemy przestawić myślenie i stwierdzić, że jest to wzór godny naśladowania. Naprawdę. W tym tygodniu oddano super płytę treningową. Jest oświetlona, jeszcze niepodgrzewana, ale z możliwością odpowiedniego nawodnienia. W zimie otrzymaliśmy także rewelacyjnie przygotowaną sztuczną nawierzchnię. Pojawiają się kolejne projekty. Stadion został zmodernizowany. To nie jest już ten słynny, stary obiekt, na który przyjeżdżał Real Madryt. Rozebrano trybuny, zbudowano nowe. Mamy doskonałą odnowę biologiczną. Wszystko na miejscu – jacuzzi, sauny i inne sprzęty do odpowiedniej regeneracji. Warunki są bardzo dobre. Klimat sprzyja – są kolejne inwestycje. W Mielcu ludzie pragną sukcesu. Ale nie sukcesu za wszelką cenę. Zdają sobie sprawę, że nie można kupić Ligi Mistrzów. To sport. Tylko poprzez ciężką pracę i rozsądne wydawanie pieniędzy można uzyskać pożądane efekty.

Zmieniło się również twoje życie prywatne. Co prawda dziewczynę od lat miałeś tą samą, ale zrobiliście krok naprzód – wzięliście ślub, na świecie pojawiło się wasza córka. Bardzo to wpłynęło na ciebie jako piłkarza?

- Myślę, że bardzo wiele się zmieniło. Z żoną jesteśmy razem na co dzień. Bardzo dba o to, jak ja funkcjonuję – kiedy idę spać, zwraca uwagę na to, co spożywam, jak się odżywiam. A przede wszystkim jest przy mnie i wspiera mnie. Zawsze to robiła, ale jest jednak pewna różnica między dziewczyną a żoną, która jest nieustannie przy boku mężczyzny. Podjęliśmy pewne, dojrzałe decyzje, a one tylko napędzają do kolejnych działań. Nie wiem, czy bardzo zmieniłem się jako piłkarz. Raczej zawsze byłem spokojnym chłopakiem. OK, miałem swoje odloty. Chodziłem na dyskoteki, czy ogólnie na miasto, jak każdy normalny, młody człowiek. Teraz jestem nieco starszy. Wiem lepiej, kiedy coś mogę zrobić, co mi służy, co niekoniecznie. Co poprawia formę, a co ją niszczy. Każdy człowiek nabiera taki bagaż doświadczeń, niezależnie, czym się zajmuje.

Dotarły do mnie głosy, że ważnym człowiekiem dla twojego piłkarskiego rozwoju był Pavol Stano, inny były zawodnik Korony. Tak było?

- Im jestem starszy, tym bardziej to dostrzegam. Pavol zawsze był mi bliski w szatni Korony. Udzielał mi wiele wskazówek, które – być może – gdybym wprowadził wcześniej, inaczej ułożyłoby się moje życie. Ale nie żałuję tego, jak się potoczyło. Z Pavolem mam kontakt do dziś. Nawet teraz, gdy został asystentem trenera w Niecieczy, rozmawialiśmy przez telefon. Gdy możemy, staramy się spotkać osobiście. Myślę, że mamy dosyć podobne charaktery. Może to nieco górnolotne określenie, ale coś w tym jest, że jako człowiek trochę podświadomie staram się go naśladować.

Są inne takie osoby?

- Tak, bo każdy jest godny naśladowania. Od każdego powinniśmy najlepsze cechy selektywnie wybierać. Nie możemy wszystkiego brać garściami, bo nie jesteśmy tacy sami. Każda jednostka ludzka jest inna. I to jest piękne na tym świecie, że się różnimy. Po to człowiek ma wolną wolę i własny rozum, by wybierać to, co jest w jego ocenie najlepsze. Staram się od każdego, czy to w życiu sportowym, czy prywatnym, czerpać coś dobrego.

Minęły dwa lata, odkąd odszedłeś z Korony. Czułeś żal, że klub nie chciał z tobą przedłużyć umowy?

- Ciężko powiedzieć, czy żal. Na pewno tuż po tej decyzji było mi tego szkoda. Uświadomiłem sobie, że po wielu latach obecności w Kielcach, muszę sobie poradzić w życiu i poszukać swojej drogi gdzieś indziej. Może powinienem to zrobić wcześniej, może nie... Nie wiem. Taka decyzja została podjęta i od ówczesnego prezesa, Marka Paprockiego, usłyszałem, że w tamtej chwili nie jestem w stanie dać tego, co klub oczekuje. Kontraktu nie przedłużono, a ja poszedłem swoją drogą. Choć z perypetiami, jak to zwykle w moim życiu bywa...

Nie od razu było kolorowo. Dosyć długo szukałem nowego klubu, chociaż wydawało mi się, że będzie to znacznie prostsze. Kończyła mi się umowa w ekstraklasie, sądziłem, że to łatwo przyjdzie. Nie wiem, co miało wpływ na te trudności – czy moje perypetie zdrowotne, czy ówczesna forma sportowa. Pamiętam słowa Pawła Sobolewskiego, z którym odbyłem wtedy poważną rozmowę. Usłyszałem od niego, że przyszedł czas, kiedy muszę odbudować, albo nawet zbudować własne nazwisko. To była dla mnie ważna rozmowa. Byłem w ekstraklasie, ale tak naprawdę przez te cztery lata rozegrałem w niej tylko szesnaście spotkań. To nie jest wielkie osiągnięcie. Gdybym był podstawowym zawodnikiem, ocena mojej osoby byłaby inna. Przyszedł moment, że trzeba było zejść do niższej ligi i zbudować własną markę. Dzień po dniu robić swoje.

Często się w życiu mówi, że trzeba zrobić jeden krok do tyłu, by wykonać dwa kroki do przodu.

- To się dopiero okaże, czy sprawdzi się w moim przypadku. Ja zrobiłem właściwie trzy kroki do tyłu, bo trafiłem do trzeciej ligi, do Odry Opole. Tam udało nam  się wywalczyć awans, ale nie przedłużyliśmy umowy. Wtedy nagle pojawiła się oferta z pierwszej ligi i dziś spełniam się w Mielcu. Powoli idziemy do przodu – ja jako osoba, my jako rodzina i my jako drużyna. Tworzymy coś fajnego wokół klubu i zobaczymy, jak się życie ułoży. Mówi się też, że facetów rozlicza się z zadania na samym końcu. I tego się trzymajmy.

Dobrze odbieram twoje słowa, że nie zgadzałeś się z zarządem Korony i uważałeś, że nie mają racji? Byłeś zdania, że coś możesz tej drużynie jeszcze dać?

- Nie, nie do końca. Wtedy być może takie myślenie się pojawiało, ale z perspektywy czasu, po spokojnej analizie, wiem, że klub na tamtą chwilę nie mógł podjąć innej decyzji. Wtedy nie prezentowałem wielkiej formy. Mieli inny plan i nie czuję żalu. Dziś lepiej rozumiem, jak funkcjonuje piłka nożna. Takie decyzje trzeba czasami podejmować. Jesteśmy dorośli i nie ma się co obrażać. Może kiedyś uda się wrócić do Korony, może nie. Niewykluczone, że dopiero po zakończeniu przygody z piłką przyjadę do Kielc na stałe. Nikt nie wie, jak się to potoczy. Ja myślę tylko kolejnym dniu. O tym, że czeka mnie trening, mecz, wieczór z rodziną i poranek u boku bliskich. Jeśli to będzie poukładane, to z biegiem czasu efekty przyjdą same.

Byłeś w Opolu, jesteś w Mielcu. Dużo było innych scenariuszy twojego życia, które mogły się ziścić po odejściu z Kielc?

- Tak. Ja zjeździłem niemal całą Polskę. Mnóstwo ludzi w tym czasie poznałem. Niech świadczy o tym fakt, że do Opola trafiłem dopiero w drugiej połowie marca. Duże wsparcie otrzymałem od Damiana Ałdasia, byłego piłkarza Korony, który pomógł mi złapać kontakt w Odrze. Ze swoim agentem również próbowaliśmy dostać się do kilku klubów, ale z różnych względów się to nie udawało. Czasami rządziły finanse i to nie dlatego, że ja wiele wymagałem. Tak po prostu wygląda piłka, że niekiedy brakuje miejsca dla tego jednego zawodnika więcej. Byłem w Grudziądu, trenowałem na obozie ze Stomilem Olsztyn, miałem styczność z GKS-em Tychy. Wszędzie jednak coś nie wypaliło. Różne głosy do mnie docierały – w jednym miejscu trener mnie chciał, prezes niekoniecznie... Nie chcę do tego wracać. Gdy nie przedłużyliśmy kontraktu w Opolu, też nie miałem od razu jasności, że trafię do Stali. Znów pojechałem do Olsztyna i choć przez tydzień było OK, to ponownie tam nie zakotwiczyłem. I nie mówię tego z żalem – po prostu tak się to potoczyło. Dopiero wtedy pojawiła się dosyć konkretna propozycja z Mielca. Pojechałem, pojawiłem się na treningu i praktycznie w tydzień udało się dopiąć szczegóły umowy. Krótkiej, bo rocznej – dla sprawdzenia się wzajemnego. Chcieliśmy zobaczyć, czy klub będzie zadowolony ze mnie, a ja z klubu. Udało się, w czerwcu przedłużyliśmy kontrakt.

Spodziewałeś się wtedy, w połowie 2016 roku, że Stal – beniaminek rozgrywek – za półtora roku może wyglądać tak korzystnie?

- Nie wiedziałem do końca czego się spodziewać. Nie chcę mówić o uczuciach innych, ale raczej dla wszystkich była to niewiadoma. Począwszy od czwartej ligi, klub zmierza po dawny blask i wciąż w tym kierunku podążamy. Ale pierwszy rok nie wyglądał kolorowo. Początek był trudny. Po dziesięciu spotkaniach mieliśmy pięć punktów na koncie i zajmowaliśmy ostatnią pozycję w tabeli. Wszyscy spisywali nas na straty. Nastąpiła zmiana trenera, przyszedł Zbigniew Smółka i końcówka rundy jesiennej oraz cała wiosenna wyglądała już inaczej – udało się nazbierać więcej punktów i utrzymać klub. Stal co pół roku jest przebudowywana. Rok temu w zimie odszedł Kuba Żubrowski, który był bardzo ważną postacią. A oprócz niego kilku innych zawodników. Nowi byli pewną zagadką. Gdy się zazębiło, to latem odeszło dwóch Bułgarów, którzy dawali nam sporą jakość na boisku. I znów trzeba było szukać nowych rozwiązań. Wtedy chyba 2/3 składu uległo zmianie. Sukcesywnie klub się rozwija, ale też musi radzić sobie z takimi ubytkami. Śmiejemy się, że w Mielcu jest jakaś klątwa kapitana, bo każdy kolejny dostaje ofertę z ekstraklasy i odchodzi...

Z twojego punktu widzenia, jako nowego kapitana, raczej bym się tym specjalnie nie martwił...

- To ja mam nadzieję, że uda mi się przełamać tę klątwę i za trzy miesiące trafię do ekstraklasy, ale ze Stalą. Nie składam jednak żadnych deklaracji. Życie pisze różne scenariusze. Wszystko się może wydarzyć – trzeba być na to gotowym. Piłka to tylko dodatek do życia. Jeżeli człowiek ma wszystko w domu, a przede wszystkim w głowie poukładane, to co by się nie wydarzyło, tragedii nie ma. Żyjemy dalej i walczymy o kolejne cele.

Do Korony nie żywisz urazy, a że jesteś kielczaninem, to z pewnością śledziłeś, co się wokół niej działo. Byłeś sceptycznie nastawiony do nowej rzeczywistości?

- Nie wiem, czy miałem czas się w ogóle nad tym zastanawiać. Śledziłem, co się o tym mówi w mediach, ale nie opiniowałem tego i dalej opiniować nie będę. Klub ma swój pomysł na siebie. Jedziemy na tym samym wózku, wszyscy zajmujemy się piłką nożną i nie uważam, żebym miał prawo o tym się wypowiadać. Oglądam mecze Korony, czytam o niej, kibicuję, ale nie jestem osobą decyzyjną. Wiele osób narzekało na to, co dzieje się w Kielcach. Chwilę później ci ludzie jako pierwsi bili brawo, gdy drużynie szło jesienią. Potem znów wieszają psy... To jest normalne, takie prawo kibica, który na wszystko patrzy tylko z trybun czy sprzed telewizora. Nauczyłem się tego w życiu, że trzeba to zaakceptować. Kibic ma prawo do swojego głosu. Są ludzie odpowiedzialni za rozwój drużyny i klubu – to ich trzeba słuchać.

Możesz jednak ocenić pomysł na grę Gino Lettieriego. Podoba ci się, co ten włoski szkoleniowiec zrobił z Koroną?

- Było widać, że chłopaki biegają po boisku jak motorki. Taka gra wszystkim się podoba – jest wysoki pressing, duże tempo, nie ma badania i kalkulacji. Ludzie to cenią. Podoba mi się, jak Lettieri reaguje na boiskowe wydarzenia. To się ładnie nazywa: trener czyta grę. Ale tak jest – umie zmienić ustawienie, wymienić zawodników pozycjami. Jednak każdego szkoleniowca na końcu i tak rozliczają wyniki. Cieszę się, że duże piętno na drużynie odciskają Kuba Żubrowski czy Jacek Kiełb. Marcin Cebula zrobił niesamowity postęp. Może nie gra za dużo, ale gdy widzę go na murawie, to czasami się zastanawiam, czy to jest ten sam chłopak, którego zostawiałem w Kielcach... Bardzo się zmienił pod względem sportowym, ale też pewnie mentalnym.

O Cebuli zawsze się mówiło, że jest wielkim talentem.

- Tak, ale wtedy mówiło, a teraz on po prostu nim jest. Od dawna był zawodnikiem, które ma luz piłkarski, przyjęcie z odejściem itd. O takich jak on mówi się, że są panami piłkarzami. Ma świetne, piłkarskie zachowania, ale wcześniej rzadziej to pokazywał w meczach o punkty. Nie wiem, co się zmieniło, bo nie jestem z nim na co dzień, ale dużo zyskał.

Jest jeszcze jeden zawodnik, którego doskonale znasz. Obaj jesteście środkowymi obrońcami. Piotr Malarczyk zanotował comeback do Korony po tym, jak nie do końca wyszło mu na Anglii. Nie zrobił takiej kariery, jak się spodziewaliśmy.

- Ja nie uważam, by nie zrobił kariery. Nie byłem z nim w Ipswich, potem w Cracovii, dlatego nie wiem, jak dokładnie to wyglądało. Rozmawialiście z Piotrkiem, on sam wypowiedział się o tym, jak się czuje. I to jest ważne. Wszyscy dookoła mogą opiniować, przedstawiać swoje teorie, a nie wiedzą, co działo się w nim i w ludziach, od których zależał jego los. Ja myślę, że każdy z chłopaków, którzy grają w piłkę, chciałby doświadczyć tego co on. Również ja – gdybym miał nawet na rok wyjechać do Anglii, to byłoby coś pięknego. To kolebka futbolu. „Malar” mógł zobaczyć, jak to funkcjonuje z bliska, gdzie słyszy się, że nawet na trzecim, czy czwartym poziomie rozgrywkowym wygląda to mega profesjonalne. Piotrek, chapeau bas. Robił świetną robotę i robi ją dalej. Jestem pełen wiary, że wkrótce z Koroną będzie grał na najwyższym poziomie i osiągał sukcesy. Tego mu życzę.

To trochę pokazuje też, jak zmienia się podejście kibiców. Gdy odchodził z Korony, wiele ludzi uważało to za tragedię dla klubu. Dzisiaj opinia na temat Malarczyka jest zupełnie inna. To dla was piłkarzy jest irytujące?

- Nie mam zamiaru z tym walczyć. Akceptuję te słowa, bo nie mam wpływu na to, co ludzie o mnie myślą i jakie teorie dorabiają. Jesteśmy sobą. Żyjemy dla siebie i naszych rodzin. Jeżeli ktoś ma potrzebę do oceny mojej postawy na boisku, nie mam z tym problemu.

Czyli po meczach raczej nie zaglądasz do sieci, by poczytać komentarze kibiców?

- Nie, to nie ma sensu. Wiem, kto w klubie robi analizę mojej gry. Kto daje mi założenia przed meczem. Zdanie tej osoby, czy szerzej – całego sztabu szkoleniowiego liczy się dla mnie najmocniej, bo to trenerzy rozliczają mnie z powierzonych zadań. Opinie kibiców często są mylne. Wypowiadają się, choć nie znają taktyki czy podejścia trenera. Widzą mecz, ale nie wiedzą, jakie jest przesłanie szkoleniowca. Futbol idzie w takim kierunku, że te detale są niesamowicie ważne. Trener wymaga od nas konkretnych rzeczy. I on najlepiej wie, jak realizujemy jego polecenia.

Trenerzy to jedno, ale zawsze miałem wrażenie, że sam jesteś mocno samokrytyczny.

- Staram się. Taka samoanaliza to podstawa do rozwoju. To też nabyłem wraz z wiekiem. Nauczyłem się tego doświadczenia. Dostrzegłem, że w tym kierunku trzeba iść, bo tylko to gwarantuje rozwój. Poznaję nowe taktyki, systemy gry, wiem, czego wymaga się od zawodników w piłce nożnej. Często się wciąż mylę, dlatego słucham trenerów. Mam też grono bliskich ludzi, niezwiązanych z piłką, ale ufam im i cenię ich opinię. Tak jak taty, czy całej rodziny, którzy wspierali mnie zawsze – w tych dobrych i złych chwilach, gdy mi nie szło. Oni przy mnie trwają, ich zdanie ma dla mnie największe znaczenie.

W lutym skończyłeś 29 lat. Mówi się, że to najlepszy wiek dla piłkarza. Patrząc na siebie – zgadzasz się z tym?

- To nie bierze się znikąd. Choć też zależy od pozycji – o bramkarzu mówi się, że najlepszy okres przeżywa między 31. a 35. rokiem życia. U obrońcy to okres 27-33 lata. Ważniejszy od wieku jest jednak bagaż doświadczeń – z boiska, szatni i życia. Ciężko znaleźć regułę. Zdarza się, że 20-latek jest lepszy od 30-latka i na odwrót. To kwestia indywidualna. U mnie na pewno można to przypisać, bo z różnych względów teraz zacząłem się spełniać jako piłkarzach. Gram regularnie, trenuję każdego dnia i jestem zdrowy. Każdy jest jednak inny.

Twój cel na najbliższe pół roku znamy. A na kolejne lata? Biorąc pod uwagę swój bagaż doświadczeń, związane z kłopotami zdrowotnymi, wyznaczasz sobie w ogóle takie dłuższe cele?

- Tak, ale nie chcę o nich mówić. I to nie jest żadna kurtuazja. Nabyłem świadomość, by o pewnych rzeczach nie mówić, tylko je robić. Dążyć do nich krok po kroku. Jeśli uda się to osiągnąć, pojawi się wewnętrzna satysfakcja. Jeżeli nie – będzie mniej bolało. To odnosi się do spraw sportowych i życiowych. W tych pierwszych prochu nie wymyślę. Mogę mieć marzenia. Na pewno byłoby przyjemnie w czerwcu cieszyć się z awansu. Jeśli się nie uda? Trudno, trzeba szykować się na kolejny sezon. Mam ważny kontrakt i będę starał się walczyć ze Stalą znów o awans.

Chciałbym zagrać w ekstraklasie? Ktoś się może zacząć śmiać. Reprezentacja? Każdy chłopak chciałby do niej trafić. Kiedyś chciałem, dziś nie wiem, czy jest to odpowiednie, bym w ogóle o tym myślał. Ale kto wie, może przyjdzie czas, że pojadę na zgrupowanie reprezentacji. Nie mówię, że to jest cel, ale są rzeczy, o których warto marzyć. Gdyby nie marzyło się o pięknym domu, z widokiem na las lub wschodzące słońce, to po co mieć rodzinę? Do czego dążyć? Żyć tak, by tylko egzystować? Nie, trzeba marzyć, ale też twardo stąpać po ziemi, nie uciekając od wyższych sfer duchowych, które oczywiście każdy buduje we własnym zakresie. Może mówię trochę, jak 40- czy 50-latek, ale tak jest - jeśli w tych sprawach życie jest unormowane, to każdy może podążać w odpowiednim kierunku.

Do końca twojej kariery dużo czasu, życzę ci, żebyś jeszcze wiele lat był piłkarzem. Ale wiem, że mam przed sobą mądrego faceta, który na pewno myśli o tym, co będzie robił dalej.

- No tak, Pavola Stano muszę przebić... (śmiech) A na poważnie – nie wiem. W moim życiu wiele razy się to zmieniało. Dlatego nie poszedłem po liceum na AWF, tylko zdecydowałem się na inny kierunek. Udało mi się go ukończyć, zostałem magistrem. Być może po części dlatego, że miałem dużo czasu na naukę przez kontuzję. Starałem się wykorzystać ten czas w inny sposób. Jestem absolwentem Politechniki Świętokrzyskiej na kierunku Transport – logistyka i spedycja, więc jak widzisz, to coś zupełnie innego, niż sport. Był czas, gdy będąc w Koronie zacząłem odbywać pierwsze kursy trenerskie. Może kiedyś do tego wrócę.

Na razie uznaliśmy z żoną, że postaram się wycisnąć z piłki ile się da, jako piłkarz. Kiedy moja przygoda będzie zmierzała ku schyłkowi, zacznę mocniej zastanawiać się nad tym, co robić dalej. Nie mam pojęcia, czy mógłbym być trenerem, asystentem, albo szkoleniowcem dzieci. Nie wiem, czy miałbym tyle cierpliwości. Może będę szukał pracy w zupełnie innej branży? Cieszę się z tego, co jest dzisiaj. Nie jest oczywiście tak, że o tym nie myślę, bo staram się zapewnić przyszłość swojej rodzinie. Ale nie jest na to dobra chwila. Mam się nad czym skupiać. Każdy dzień wypełnia mi córka, której w domu jest pełno. Ona potrzebuje mojej uwagi, podobnie jak żona. Mam dużo szczęścia w domu. Fajnie mi się to życie ułożyło i oby to trwało dalej.

Mówisz o tym braku cierpliwości do dzieci, a jednocześnie spoglądam na to, co dzieje się w tej chwili i widzę, że cierpliwości do córki masz mnóstwo.

- Tak, ale patrzę przez pryzmat doświadczeń kolegów. Wspomnę tutaj choćby Łukasza Maliszewskiego, którego kojarzysz z Korony. On od kilku lat pracuje z dzieciakami, twierdzi, że mu to pasuje. Ja nie wiem, czy bym się sprawdził. Wiesz, inaczej jest przy swoim dziecku, a inaczej przy gromadce dwudziestu chłopaków. To duża odpowiedzialność, od ciebie zależy, jak ukształtujesz ich sportowo.

REKLAMA

Prawdę mówiąc nie zapytałem o przyszłość bez przyczyny. Wiesz, tych kanałów sportowych telewizyjnych jest sporo – Canal+, Polsat Sport, Eleven Sport... Liczyłem na pewną deklarację.

- Komentowanie? To bardzo ciężka praca. Zarówno gdy jesteś komentatorem, jak i wtedy, kiedy spełniasz się w roli tego – proszę, napisz to w cudzysłowie – „eksperta”. Optymalnie jest, gdy ekspert coś osiągnął w piłce i wtedy może oceniać innych. Jeśli jest inaczej, zawsze usłyszy: „a gdzie ty kopałeś, żeby teraz się wypowiadać?”. Nie wiem, co o tym sądzić. Myślę, że potrafię się sensowne wypowiedzieć. Lubię rozmawiać z ludźmi. Może to jest kierunek, w którym mógłbym iść. Ciężko mi powiedzieć. Jeżeli ktoś zaproponuje mi coś takiego, to pewnie nie odmówię. Tak jak nie odmówiłem chłopakom z Radia eM. Gdy miałem uraz, chętnie jeździłem z nimi na mecze. To było dla mnie ciekawe przeżycie, by spojrzeć na to z innej strony. To jednak ciężki kawałek chleba. Chciałbym przede wszystkim robić coś, co będzie mi sprawiało przyjemność. Tak jak jest teraz – gdyby piłka nie dawała mi frajdy, to bym to zakończył. Szkoda byłoby męczyć siebie i innych dokoła. Nie wiem, co się wydarzy. Może pojawi się na mojej drodze niespodziewana propozycja i z niej skorzystam? Zobaczymy.

Dla ciebie to komentowanie w radiu było wyjątkowo trudne, bo przecież musiałeś oceniać swoich kolegów z drużyny.

- I to w jakim okresie... Nawet ostatnio śmialiśmy się z tego z Leandro i trochę wspominaliśmy stare czasy. On zaczynał w Koronie u Ryszarda Tarasiewicza, a wtedy początek sezonu mieliśmy dramatyczny. Na początku rozgrywek zanotowaliśmy serię siedmiu porażek z rzędu... Pamiętam, że mówiłem do Mateusza Żelaznego, żebyśmy tak mocno nie krytykowali chłopaków, raczej szukali pozytywów. Ale szybko pojawiła się refleksja, że nie mogę tego oczekiwać. Funkcja komentatora wymaga, by być obiektywnym, lecz mi – jako jednemu z członków drużyny – nie wypadało oceniać tego źle. To było dla mnie ciężkie. Gdybym skończył karierę, pewnie byłoby to dużo łatwiejsze. Kto wie, może się kiedyś przekonam, czy tak rzeczywiście jest.

Rozmawiał Tomasz Porębski

fot. Paula Duda, Marta Badowska / stalmielec.com, Oskar Patek

 

REKLAMA

Wasze komentarze

sck2018-03-13 21:19:07
Fajnie.
Menago2018-03-13 21:47:16
Ktoś pisał na forum że w Stali jest dobry skrzydłowy Cholewiak, no to go Śląsk za marne 100 tys zł kupił, a Korona ni hu hu. Tak jak Sekul ze Sali SW do Jagi. A teraz go sprzedali do Rosji.
Dobry chłop2018-03-13 22:36:11
z tego Kiercza. Powodzenia!
@Menago2018-03-14 08:16:25
W Stali też gra dobry defensywny pomocnik, który może być również obrońcą Krystian Getinger. Jest tam też młody utalentowany bramkarz Radosław Majecki ze Starachowic. On jest tam na wypożyczeniu a jest z Legii.
oj boja sie tego potencjalnego awansu2018-03-14 10:55:04
jak Chojnice ostatnio
Dreamcatcher2018-03-14 12:43:23
Kto się boi? Chyba ty... #PoDawnyBlask

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group