REKLAMA

Coraz częściej zadaję sobie pytanie, po co ja to robię

06-03-2018 18:01,
Tomasz Porębski

Minął już miesiąc, odkąd rozpoczęliśmy cykl naszych cotygodniowych, wtorkowych rozmów. Do tej pory jednak ani słowem nie nawiązaliśmy do tematu PGE VIVE Kielce. Celowo. Wiedzieliśmy, że analizę obecnego stanu tej drużyny i całego klubu musimy zacząć od osoby najważniejszej. Na to chwilę musieliśmy poczekać, bo nasz rozmówca przebywał poza granicami kraju. Gdy jednak tylko wrócił do Polski, spotkaliśmy się niemal natychmiast.

Dziś zapraszamy do lektury obszernej rozmowy z Bertusem Servaasem, prezesem PGE VIVE i właścicielem spółek wchodzących w skład VIVE Group.

O szybkości działania niech świadczy termin spotkania - zobaczyliśmy się w sobotni poranek, tuż po godz. 10. Sama rozmowa nie była jednak szybka - nasze spotkanie trwało blisko dwie godziny, co widać po obszerności poniższego tekstu. Tym razem nie przedłużamy "wstępniaka" - i tak będziecie mieli sporo do czytania. Ale warto, i to z wielu powodów.

REKLAMA

Tak po ludzku - chce się panu jeszcze?

- Kiedyś zdecydowanie mocniej, teraz mniej, ale jeszcze na tyle, że nie mam zamiaru się poddać. Chcę walczyć. Choć oczywiście czuję pewne rozczarowanie po wygraniu Ligi Mistrzów. Wiele osób uznało, że to co mamy, jest normalne. Ocenili, że od teraz tak ma być już zawsze. Dużo z nich ma do nas coraz większe pretensje. Nie tak to powinno wyglądać. Może kiedyś, jak już nie będzie tak, jak jest obecnie, zrozumieją, że naprawdę stworzyliśmy tutaj coś niesamowitego. Coś, co w innych, małych miastach, podobnych do Kielc, chcieliby mieć wszyscy.

Taka jest już mentalność ludzi, że naprawdę mocno doceniają coś dopiero wtedy, gdy to stracą.

- Od kilku lat próbuję sygnalizować dookoła, że nic nie jest wieczne. To dobrze, że są wariaci, tacy jak ja, ale nie tylko o mnie tu chodzi, bo jest wiele innych ludzi, którzy dla dobra klubu poświęcają swój prywatny czas. W moim przypadku są to jeszcze prywatne pieniądze. Wszyscy robimy coś dla regionu i miasta. Brakuje mi czasami tego wspólnego działania w ramach hasła „gramy razem”. Czuję się z tym źle. Chwilami muszę walczyć właściwie o wszystko. O coś, co moim zdaniem powinno być normalne i proste, jestem zmuszony stoczyć prawdziwy bój, jakby od tego zależało życie. Dlatego przyznaję, że czasami wyrasta we mnie takie wewnętrzne uczucie, gdy pytam sam siebie, po co ja to robię. Na razie nie jestem na takim etapie, że chciałbym się poddać, ale to pytanie rzeczywiście coraz częściej do mnie powraca. I to, niestety, nie jest zdrowe.

Zapytałem o to, bo tylko w poprzednim roku wydarzyło się kilka sytuacji, po których – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości - inni biznesmeni, inwestujący w sport duże pieniądze, pewnie poddaliby się i zrezygnowali z tego. Jedną z nich był chwila, gdy przed Radą Miasta musiał pan prosić o pieniądze.

- To był dla mnie wstyd. Dużo ludzi zalicza mnie do kategorii, w której są Krzysztof Klicki czy Michał Sołowow. Tak nie jest, to jest dla mnie zupełnie inna liga. Ja nie jestem aż tak bogaty, jak oceniają to inni. Oczywiście, nie jestem biedny, ale powiem szczerze - kiedy niektórzy widzą z bliska, jak prosperują moje firmy, to łapią się za głowę i pytają, dlaczego ja to jeszcze robię. Tu nie chodzi o to, żeby samemu się chwalić. Jest odwrotnie. Dla mnie było wstydem, że musiałem iść na sesję Rady Miasta i tłumaczyć się, dlaczego chcę pomocy od miasta. Myślę, że wszyscy powinni rozumieć pewne sprawy, wiedzieć, gdzie jesteśmy i dlaczego tych środków potrzebujemy. Oczywiście zawiodła też komunikacja, wina leży również po naszej stronie. Takie jest życie – gdy dwie strony rozmawiają, to dwie popełniają błędy. Ale na pewno nie powinno być to załatwione w taki sposób. Dwa razy zabiegałem w mieście w taki sposób o pieniądze i sam sobie powtarzałem, że to już ostatni raz. Nie chcę iść tam ponownie. Dla mnie taka pomoc powinna być naturalna. To dotyczy wielu tematów. W Hali Legionów nie mamy na przykład Wi-Fi. Ja już nie wiem, co powinienem zrobić, skoro 3-4 lata walczę o to, by ten internet bezprzewodowy się pojawił. Bezskutecznie. To jest jakiś koszmar.

Ale to jest przecież drobiazg, który – mam wrażenie – można załatwić w kilka dni.

- I tak można wymieniać dalej. Rozbudowa szatni, sklepu w hali. Teraz jest trochę lepiej pod tym względem, ale na pewno nie tak, jak wymaga tego ranga mistrza Europy. Serce mi się kraje czasami, gdy widzę, że z powodu jednorazowych imprez w Kielcach jesteśmy w stanie w mieście przebudować za duże pieniądze jakiś stadion czy halę. Na nic zdają się moje tłumaczenia, że tutaj mamy klub na co dzień, który też przynosi też renomę i nieustannie dba o promocję miasta. Nam zawsze jest trudniej, muszę o wszystko walczyć. Przez tę walkę człowiek czasami ma dość. Wychodzę z założenia, że wszyscy powinniśmy grać do jednej bramki.

Zwłaszcza, że niespełna dwa lata temu, gdy trwała feta na rynku po triumfie w Lidze Mistrzów, tych VIP-ów i władz na scenie było wielu. Obietnic, mam wrażenie, jeszcze więcej.

- Ja patrzę na to trochę inaczej – szerzej. Patrzę na strategię, jaką mamy jako kraj, region, miasto i klub. Dlatego na przykład bardzo cieszyły mnie słowa ministra Witolda Bańki, który powiedział, że może powinniśmy zastanowić się jako kraj, czy inwestować pieniądze w wiele dyscyplin. Może lepiej postępować, tak jak Holendrzy, którzy zdobyli 18 medali tylko na jednym sporcie (chodzi o łyżwiarstwo szybkie – przyp. red.). Koncentrować się na tym, w czym jesteśmy dobrzy. Mówię teraz o Polsce, ale to też dotyczy miasta. Mamy aż cztery kluby w ekstraklasie, które dostają dofinansowanie od miasta. Już dziesięć lat temu rozmawiałem z prezydentem Wojciechem Lubawskim, że nie powinniśmy mieć aż tylu klubów na tym szczeblu, lecz wybierać te najsilniejsze.

Piłka nożna jest religią. To jest normalne i nawet nie musimy o tym dyskutować. Znamy swoje miejsce w szeregu. Ale piłka ręczna w Kielcach ma i tradycję, i sukcesy. Pięknie kojarzy się z tym miastem. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego tutaj ta pomoc nie jest większa. Mam na myśli także szkolenie młodzieży, gdzie jest bardzo wiele do zrobienia. Miejmy jednak świadomość, że to, niestety, kosztuje. My dajemy tyle, co możemy oraz ile dostajemy od innych firm. I to od wielu lat, za co bardzo im dziękuję. Chcemy rozwijać młodzież. Ja mam w głowie strategię, ale w jej realizacji musi wspomóc nas i miasto, i może nawet ministerstwo.

Możemy zbudować coś pięknego. Mamy wyjątkową sytuację. Tylu dobrych zawodników wkrótce skończy karierę, a najważniejsze, że oni chcą tutaj zostać. W Kielcach budują swoje domy. Możemy mieć z tego korzyść dla miasta i regionu na wiele lat. Ale do tego trzeba mieć wizję dłuższą, niż tylko na rok. Trzeba myśleć 5-10 lat do przodu. Ja nie boję się o tym rozmawiać, ale... Czasami mam uczucie, iż jest chwilami tak, że mówię do ściany i nikt mi nie odpowiada. Ludzie dużo mówią i obiecują, a na końcu...

Ja spoglądam strategicznie - skoro w Polsce powstają hale w miejscach, gdzie nie ma fundamentów sportowych, to tutaj mamy klub z tradycją, grupą stałych sponsorów od 10-15 lat i sukcesami. Aż się prosi, żeby postawić obiekt z prawdziwego zdarzenia. Do tego istnieje możliwość współpracy z Targami Kielce, czyli halę możemy wykorzystać w podwójny sposób i będzie ona spełniała różne funkcje. Ja nie chce hali na 15 tysięcy osób. Wyobrażam sobie obiekt na 8-10 tysięcy, którego funkcjonalność będzie szeroko rozwinięta. Pragnę miejsca, gdzie również młodzież będzie mogła trenować. Obiektu z rozbudowanymi sektorami VIP, które będziemy mogli wykorzystać dla rozwoju klubu i dobrych relacji biznesowych. Wszystko można zrobić, tylko trzeba myśleć długoterminowo. Tego brakuje.

Jeden z posłów na wspomnianej fecie w 2016 roku obiecał, że do końca kadencji parlamentarnej rozpocznie się budowa nowej hali sportowej w Kielcach, więc chyba możemy być o to spokojni.

- Bardzo się cieszę z tego, co pan poseł powiedział. Liczę, że będzie działał w tym temacie. I wiem, że to robi. Bo nie jest prawdą, że nie wykonał żadnych kroków w tym celu. Kwestią jest jednak, by szeroko o tym rozmawiać. Nie wystarczy zgłosić się do ministerstwa i zapytać o pieniądze. Widzę to inaczej – jako całkowity plan. Z jednej strony – hala, z drugiej szkolenie młodzieży. Długoterminowe, bo nie można od razu wymagać efektów. Ale to jest trudne do realizacji, gdy nie wszyscy patrzymy w jedną stronę. Gdy wybieramy coś, co może dać nam osobisty sukces, a nie myślimy o sukcesie całego regionu. Brakuje mi takiego spojrzenia. Warto zastanowić się, jak wykorzystaliśmy międzynarodowy sukces PGE VIVE jako miasto. Wiele o tym rozmawialiśmy, również z miastem i cały czas mam uczucie, że mówimy do ściany. Dlaczego nie mamy partnerskich miast? Posiadam dużo kontaktów w całej Europie. To zabrzmi nieskromnie, ale jestem jedną z najważniejszych postaci piłki ręcznej na świecie. Jestem bardziej respektowany w Europie, niż w Polsce. To trzeba wykorzystać, ale trudno to zrobić, gdy nikt nie ma pomysłu jak to uczynić. Ja pomysłów mam dużo, tylko muszę mieć partnera do rozmowy. Szkoda tego, bo jak kiedyś Bertus Servaas powie koniec, to niestety obudzimy się, ale za późno.

Wierzy pan w to, że ta hala w Kielcach w ogóle kiedyś powstanie?

- Prawdę mówiąc – nie. Kiedy słyszę wiele głosów, od ważnych ludzi, że ta hala nie będzie pełna na rozgrywki krajowe, że nawet na Ligę Mistrzów jej nie zapełnimy... To są głosy ludzi, którzy nie znają realiów piłki ręcznej. Patrzą na to, co jest teraz, gdy mamy horrendalnie wysokie ceny na mecze Ligi Mistrzów. A my musimy to robić, bo nie mamy innego wyboru. Kiedy powstałby nowy obiekt, te ceny byłyby zupełnie inne – rozsądne. I zapewniam, że wtedy hala na Ligę Mistrzów wypełni się kibicami pod sam dach.

Już teraz na takie mecze nie mamy żadnych biletów. Zdarza się, że hala jest niepełna, ale to dlatego, że ludzie mają karnety, lecz z różnych powodów nie przychodzą. Na ligę polską też mamy sprzedanych 3-3,5 tys. biletów, a przychodzi 2-2,5 tys. Tu też pojawia się kolejne pytanie, jaką ligę mamy i co chcemy z tym zrobić. Jak chcemy ją zmienić.

Mam wrażenie, że jestem wrogiem piłki ręcznej na cały kraj, wszystkich klubów Superligi. Tak nie powinno być, bo moja wiedza może się przydać. Tylko kiedy każdy gra sam na siebie, a na końcu twierdzą, że to Servaas gra na siebie, to... Coś jest nie tak. Musimy rozmawiać o produkcie, jakim jest piłka ręczna. Oczywiście bardzo dziękuję PGNiG za to, że sponsorują rozgrywki. Moje słowa krytyki nie są skierowane do nich, ale na pewno trochę do zarządu Superligi. Teraz jest nowy prezes, może coś zmieni. Mam nadzieje, że przedstawi w krótkim terminie swoją strategię.

Trzeba zmienić wiele. Nie wystarczy wykorzystywać zawodników jak klaunów, organizując z nimi Dzień Babci czy Dzień Dziadka. Trzeba myśleć, jak długoterminowo pójść do góry. Prosty temat to skrócenie ligi. 16 zespołów to za dużo. Skoro PGE VIVE wygrywa obecnie w lidze średnio 16 bramkami, to coś w niej nie gra. Oczywiście, możemy współpracować, jako klub częściowo oddawać nasze dochody, co obecnie ma miejsce. Robimy to, ale też widzimy, jak zachowuje się reszta, która bierze wszystko do siebie. Gdy patrzę na dochody i koszty Superligi, zastanawiam się, czy to ma sens. Więcej mogę zarobić, jako klub, przez jeden mecz pokazowy w Dubaju, niż zdobywając osiem mistrzostw Polski.

Nikt się nad tym nie zastanawia. Nie pyta ludzi, którzy mają o tym pojęcie. Podobnie w reprezentacji. Są ogromne pretensje do Michała Jureckiego czy Krzysztofa Lijewskiego. Mnie to wszystko boli, bo wiem, co ci zawodnicy zrobili dla kadry, ile zdrowia zostawili dla kraju. Robili wszystko, a teraz są traktowani co najmniej jako zdrajcy narodowi. Dla mnie to coś niezrozumiałego. Gdyby było trochę mądrości w związku, wyglądałoby to inaczej. Droga powrotu do kadry Michała czy Krzysztofa była łatwiejsza przez biuro Bertusa Servaasa, ale nikt mnie w tym temacie nie prosił mnie o pomoc.

Czytam słowa pana Panasa, który atakuje Talanta Dujszebajewa. To jest bardzo przykre. Zawsze łatwiej krytykować. Selekcjoner Piotr Przybecki też już dostał srogie słowa krytyki. To młody, dobry trener, bardzo go szanuję, trzeba mu pomóc, choć też zauważam, że jest już kierowany przez innych na sposób myślenia negatywnego. Nie może być tak, jak obecnie. Płock i Kielce powinni być przyjaciółmi – mam tu na myśli władze klubu, bo kibice oczywiście mają swoje prawa, to jest normalne. Nie ma jednak tej współpracy między Płockiem, Puławami, Zabrzem czy Kielcami. Pomniejszenie ligi wpłynęłoby na zwiększenie atrakcyjności rozgrywek.

Bardzo podoba mi się postawa Kalisza, gdzie są mądrzy ludzie. Tam nikt nie obraża się na ten pomysł. Przeciwnie, widzą w tym sens, bo patrzą długoterminowo. Większość stanowią jednak ludzie, którzy twierdzą, że nie można zmniejszyć ligi, bo oni spadną w dół. Taka jest czasami konsekwencja. Ale niekiedy trzeba zrobić te 2-3 kroki do tyłu, by potem wykonać jeden duży do przodu. Do tego potrzebna jest jednak odwaga, a tej wielu osobom brakuje.

Polacy - choć oczywiście nie wszyscy - są trochę zawistni. Nie lubią, gdy innym się powodzi.

- Ja też jestem Polakiem, więc nie chcę tak mówić. Ale na pewno w Polsce jest trochę tak, że kiedy coś potrafisz, to niektórzy najchętniej by cię usunęli. Tego trochę nie rozumiem. Nieskromnie to zabrzmi, ale nasz klub coś zrobił dla polskiej piłki ręcznej. Kiedy pan Panas napisał tekst, że w Kielcach piją szampana, bo reprezentacja odpadła z mistrzostw świata w meczu z Portugalią... To jest tak niskie, że nawet nie ma o czym rozmawiać. Kochamy piłkę ręczną, cieszymy się, kiedy reprezentacja jest dobra i osiąga sukcesy. To się przekłada na całą dyscyplinę. Nikt jednak nie rozmawia o tym, że błędy są robione wcześniej. Trzeba myśleć, co trzeba zmienić i poprawić, by odnieść sukces długoterminowo. Tego nie ma, a do krytyki niektórzy są pierwsi.

Twierdzą, że wszystko jest źle. Talant Dujszebajew, który wygrał chyba najwięcej ze wszystkich trenerów świata, jest zły. Oczywiście Talant jest kontrowersyjny, ale nikt nie może negować jego umiejętności. Nikt nie pamięta o tym, że byliśmy trzydzieści sekund od finału olimpiady. Przeciwko Białorusi pojawiły się gwizdy w hali w Płocku przeciwko trenerowi i zawodnikom reprezentacji Polki. Nie rozmawiałem o tym z Jureckim czy Lijewskim, ale może tu tkwi przyczyna, dlaczego chłopaki nie chcą teraz w niej grać. Jest różnica między klubem a reprezentacją. Kiedy gra reprezentacja, powinniśmy być jednością. Tego brakowało, bo akurat trener był z PGE VIVE. Szkoda, bo to niepotrzebne.

Teraz trenerem jest Przybecki i chcę mu pomagać. Wiem, że złośliwi twierdzą, że zakazuję zawodnikom gry w kadrze. Opowiadają takie bzdury, a ja mogę zapewnić, ze reprezentacja zawsze była i jest dla mnie najważniejsza. Oddałbym każdego zawodnika do kadry, oczywiście pod warunkiem, że byłby zdrowy. Gdyby jutro przyszedł do mnie Michał i powiedział, że chce w niej grać, to będzie grał. To jest proste. Musimy jednak szanować opinię zawodnika. Sądzę, że byłbym w stanie jako jedyny zachęcić go do zmiany decyzji. To jest trochę przykre, że nikt mnie o to nie zapytał.

Wspomniał pan o Dujszebajewie. Ten temat też chciałem poruszyć, ale pod kątem Kielc. Nie ma co ukrywać, że trener w ostatnich miesiącach cieszy się coraz mniejszym zaufaniem kibiców. Pan zdecydował się jednak na zaskakujący krok – przedłużył kontrakt ze szkoleniowcem aż do 2023 roku. Dlaczego pan to zrobił?

- Jeżeli dalej będzie tak pracował, jak robi to obecnie, to dla mnie jeszcze przez długi czas będzie jednym z najlepszych trenerów świata. Patrzę codziennie na to, co robi, jak współpracuje z zawodnikami. Z nimi też rozmawiam i czuję tę atmosferę. Mogę zagwarantować, że nigdy nie była tak dobra, jak w ostatnich latach. I to nie jest nic przeciwko Bogdanowi Wencie. On był fantastyczny, dzięki niemu jesteśmy teraz na takim poziomie. Mieliśmy dwóch trenerów z najwyższej półki światowej. Bogdan zaczynał budować to PGE VIVE, potem odszedł, ale to też dzięki niemu wygraliśmy Ligę Mistrzów. Nie wolno o tym zapominać. Można się zastanawiać, czy to jest zła czy dobra taktyka. Czy lepiej po dwóch porażkach zmieniać trenera, czy jednak mieć do niego większe zaufanie. Wolimy to drugie rozwiązanie. Widzimy, że w zespole wszystko jest OK, dlatego mu ufamy.

Dobrym przykładem jest sytuacja Marko Mamicia. Każdy krzyczy, że powinien grać w ataku. Tymczasem od samego początku nasz plan zakładał, że będzie tam grał. Tyle że to, co robimy w drużynie, jest trudne do zrozumienia. Zwróćmy uwagę na to, jak wielka u Talanta jest dyscyplina w jego systemach gry. Żeby zawodnik sprawdzał się w obronie i ataku, musi najpierw zdobyć wiele informacji. Uznaliśmy, że jeśli ma być liderem w obronie, to w pierwszej kolejności musi tu dojść do odpowiedniego poziomu, a później będzie mocniej wykorzystywany w ataku.

Pojawią się oczywiście porównania do Chorwacji, gdzie jest mocniej wykorzystywany pod bramką przeciwnika, ale tam jest zupełnie inny system grania. W tym zespole dość prosto gra się w ataku. Żeby realizować filozofię Talanta, trzeba ją dobrze znać. Jestem pewien, że Marko będzie grał w ataku. Złośliwi powiedzą pewnie wtedy, że to dlatego, iż Talant nie miał innej możliwości. My od początku zapowiedzieliśmy Marko, że najpierw ma skupić się na obronie, a potem spokojnie będzie grał więcej w ataku. Uważamy, że dla jego rozwoju to będzie najlepsze. Taka jest nasza filozofia i albo ją akceptujesz, albo nie.

Dziś niektórzy patrzą na tabelę i oceniają, że wszystko jest źle. Mamy dopiero 4-5 miejsce w grupie, prawie odpadliśmy... Ja to wszystko słyszę, te głosy do mnie docierają. Podobnie jak plotki o niedobrej atmosferze. Fajny przykład miał miejsce w Paryżu, kiedy zadzwoniło do mnie kilku sponsorów. Słyszałem od nich: „widzisz, Jurecki nie gra, na pewno ma konflikt z Talantem”. A Michał nie grał, bo miał 40 stopni gorączki i wymiotował w szatni. Wszyscy widzą jednak coś innego. Czasami łapie się za głowę, gdy to słyszę.

REKLAMA

Jeżeli wygralibyśmy z Flensburgiem i inaczej skończył się mecz z Veszprem, który był skandalicznie sędziowany, to mielibyśmy dziś drugie miejsce w grupie. Taki jest sport. Nasi bramkarze też nie mieli najlepszej jesieni. Sławek dużo bronił sam, bo Filip był kontuzjowany. Mieliśmy najmniejszy procent skutecznych interwencji w całej Lidze Mistrzów. Przy takim wyniku trudno jest nam wygrywać. I nie mam pretensji do Filipa czy Sławka. Mam do nich zaufanie i widzę, że ich forma idzie do góry. Jestem przekonany, że pomogą nam w najważniejszej części sezonu. Martwi mnie tylko to, że na wszystkich się naskakuje. Trzeba zachowywać spokój.

Mamy cały czas możliwość wejść do Final Four. Drugi mecz rozegramy wprawdzie na wyjeździe, to jest zawsze trudniejsze, bo zawodnicy są pod presją, sędziowie również. We Flensburgu dwa lata temu sędzia nie dał nam karnego za faul, który powinien odgwizdać i przez to nie zagraliśmy w Final Four. To wszystko w piłce ręcznej zależy dziś od detalów. Poziom jest zbliżony, dziesięć drużyn może wygrać Ligę Mistrzów. Znaczenie ma dyspozycja dnia. Nie zawsze można rozliczyć trenera po tym, co tylko widzimy na boisku. Zadam tutaj pytanie: czy jeżeli wygramy teraz cztery mecze i wejdziemy do Final Four, to znowu będziemy fantastyczni i najlepsi?

Oczywiście, że tak będzie.

- Albo przegramy ostatnie cztery mecze i wszystko będzie do d... Tak nie możemy tego oceniać. Ciężko pracujemy na sukces. Uważam, że to nie jest fair. Chcę wrócić na chwilę do pana pierwszego pytania – w takich właśnie chwilach pojawia się niechęć z mojej strony do dalszego działania. Ci ludzie, którzy nas ukochali po wygraniu Ligi Mistrzów, teraz są największymi krytykantami.

Powinni czasami spojrzeć lustro i odpowiedzieć, co oni sami robią. To narzekanie nikomu nie pomoże. Pojawia się uciążliwa presja – dla mnie nie, ale dla zawodników na pewno. Szkoda, bo powinniśmy być razem i patrzyć na jakość, która wytworzyliśmy. Dostrzegać to, że co roku walczymy o Final Four. Nikt też nie zwraca na to uwagi, a my przecież przebudowujemy drużynę. To zawsze robi się kosztem czegoś. Można było podejść do tematu na dwa sposoby – albo wymienić dziesięciu zawodników od razu, albo wprowadzać ich do drużyny po trzech, rok po roku, i trzymać jakość zespołu. My bardzo świadomie wybraliśmy tę drugą opcję. W ostatnim tygodniu zadzwonił do mnie prezes Barcelony, od którego usłyszałem, że dwa lata będziemy mieli fantastyczny zespół. Pytał mnie, jak ja to robię. Takie komplementy są bardzo miłe, one sprawiają, że nabieram chęci do działania. Szczególnie, gdy słyszy się od takiego człowieka. Kolejny temat – Andreas Wolff. W Niemczach stają na głowie. Nie mogą się nadziwić, że będzie w PGE VIVE. A my pytamy, co to za Wolff, co to za facet w ogóle?

Był pan rozczarowany postawą środowiska po tym transferze.

- Jestem. Bo to nie jest normalne. My nie rozumiemy skali. Milion ludzi w Niemczech śledziło naszą konferencję prasową. W Polsce tylko bodajże 100 tysięcy. Niemiecka telewizja nadawała relację na żywo. Oni nie potrafią zrozumieć, jak taki zawodnik może iść do Polski. Nie mogli tego pojąć. W Polsce słyszę, że Servaas kupił Wolffa pieniędzmi. Ci ludzie nie mają pojęcia, jakie są realia. On dwa razy tyle mógł dostać w Veszprem, albo co najmniej półtora razy więcej w Niemczech czy Paryżu. Mógł wybierać i wyjechać, gdzie tylko chciał. A jednak wybrał nas. Nie dlatego, że Servaas jest fantastyczny, tylko dlatego, że ludzie mają bardzo duży szacunek do klubu. Na ten pracowaliśmy wiele lat. Staraliśmy się, by przedstawić sposób funkcjonowania klubu w odpowiedni sposób.

Ważnym czynnikiem jest Dujszebajew. Bez Talanta nie byłoby szans na Wolffa w Kielcach. Talant jest bardzo szanowany u zawodników. Proszę spojrzeć, jak dogadał się z nim Zorman. Kiedy zatrudniałem Dujszebajewa, słyszałem, że to będą najwięksi wrogowie. Na to trzeba zwracać uwagę. Michał Jurecki i Uros też mieli ze sobą pod górkę, a dzisiaj jeden drugiego chroni. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką reklamę za granicą robią nam Thorir Olafsson albo Mirza Zomba, który zaczynał budować z nami markę europejską. Ci zawodnicy ciągle mają ze mną kontakt. Piotrek Grabarczyk pisał do mnie niedawno, Thorir również, tak samo Rastko Stojković. Wiele kibiców przekonuje, że jesteśmy skłóceni, a Rastko bardzo pomógł nam w zatrudnieniu Darko Djukicia. Teraz słyszę, że wyrzuciliśmy Stojkovicia. To jest dalekie od prawdy. To była jego własna decyzja i jestem przekonany, że Rastko szanuje mnie jako człowieka.

Pytam zatem, po co to robić? Nie lepiej cieszyć się tym wszystkim i dokładać do tego sukcesu swoją cegiełkę? Chciałbym, żeby tak to wyglądało. To jest moje marzenie. Trudne, ale byłoby super, gdybyśmy wszyscy zrozumieli, co tutaj zbudowaliśmy. Talant opowiada, że w Ciudad Real do dzisiaj płaczą, iż takie głupoty robili kilka lat temu. Teraz, kiedy nie ma już jak do tego wrócić, do tych starych, wspaniałych czasów.

To nie jest łatwe, by zbudować pozycję i relacje menadżerskie. Cindrić przyjechał tutaj, mimo że miał wiele innych ofert. Ale ma wiarę w ten projekt i słyszał wiele dobrych słów od swoich kolegów. Cofnijmy się zresztą dziesięć lat wstecz. Wtedy przegrywaliśmy 18 bramkami z Chambery. Dzisiaj dla niektórych to nie do pomyślenia. A minęło tylko dziesięć lat... To jednak szybko się może zmienić. My robimy błędy, choć staramy się ich unikać. Nie zapominajmy, że jesteśmy na trudnym rynku. Ciężko jest utrzymywać budżet klubu piłki ręcznej na wysokim poziomie w takim mieście, jak Kielce.

Mam wrażenie, że pod względem biznesowym doszedł pan w Kielcach do ściany. Tu już nie znajdzie większych pieniędzy, musi ich szukać w innych regionach. To zresztą spotyka się też z zarzutami tych małych sponsorów, którzy narzekają, że nie są traktowani, jak dawniej. Ale biorąc pod uwagę sportową skalę działania klubu, trudno, żeby było inaczej.

- Nie, to nie do końca tak. Muszę w tym miejscu przeprosić tych małych sponsorów. Tu przeszkodą jest mój osobisty czas i zaangażowanie, które przez 2-3 lata było mniejsze, bo byłem zajęty rozwojem firmy. My, jako klub, trochę gorzej ich potraktowaliśmy, zmniejszyliśmy intensywność działań. Nawet dzisiaj rano o tym rozmawialiśmy z zarządem oraz pracownikami, że musimy pójść w tym temacie do przodu. Każdy kij ma jednak dwa końce. Nie zawsze wszystkie inicjatywy muszą wychodzić od klubu. Czekamy też na pomysły innych. Problemem jest to, że naszego czasu marketingowego nie możemy przeznaczyć tylko na sponsorów. Przybyło nam nowych obowiązków, chociażby związanych z Superligą. To jest niesamowite, ile pracy jest do wykonania, a my przecież nadal mamy mały zespół. Nie możemy pozwolić sobie na 10-15 ludzi w marketingu, przynajmniej nie na chwilę obecną. Trudno jest o pieniądze. Jestem trochę oceniany, jako biznesmen, który ma w brud pieniędzy i może robić wszystko, co zapragnie. Tak nie jest. My w każdym miesiącu walczymy o to, by wypłacać pensje zawodnikom.

Mówimy o grubych pieniądzach.

- Dokładnie tak jest. Można porównać to z siatkówką, która jest jednak tańsza od piłki ręcznej. I proszę nie traktować tego, jako mojego żalu do tej dyscypliny. Bardzo się cieszę, że siatkówka wykorzystała duży „boom” popularności. Powinniśmy zastanowić się, co zrobili lepiej od nas. Pomyśleć, jaką strategię powinniśmy obrać, ale o tym już dzisiaj przecież rozmawialiśmy...

Ja mogę tylko przeprosić małych sponsorów i obiecać, że zmienimy podejście. Oczywiście na te spotkania biznesowe też są potrzebne pieniądze, bo wszystko kosztuje, ale to jest ewidentnie nasz błąd. Mówię o tym otwarcie. Ja tych ludzi rozumiem, wiem, że czują się rozżaleni. Ale jestem też przekonany, że kochają ten klub. Wierzę, że mają świadomość, że są przeze mnie i klub respektowani i szanowani. Kochamy ich tak samo mocno, jak tych sponsorów większych. To po prostu chwilami jest kwestia czasu. Mamy inne priorytety, bo musimy szukać większych pieniędzy, ale nasza postawa nie jest właściwa i uczciwie to przyznaję. Nie będę opowiadał bajek. To jeden z naszych błędów, które musimy poprawić.

Dużo więcej popełniacie takich błędów?

- Oczywiście, że tak. Tylko ten, kto nic nie robi, ich nie popełnia. Mi brakuje czasami w klubie wizji zarabiania pieniędzy. Dużo o tym rozmawiamy, ale mamy też świadomość, że to jest coraz trudniejsze. Już nie mówimy o mistrzostwie Polski jako o sukcesie, bo dla wszystkich to jest oczywiste – masz to zdobyć. Puchar Polski – to też już nic nie znaczy. A kiedy będziemy tylko w najlepszej „16” w Europie, to jest największa porażka i klęska.

Musimy zarabiać pieniądze, ale możemy to robić wtedy, gdy mamy do tego warunki. Jednym z nich jest hala, której nie posiadamy. Dwa to sportowe rezultaty. Każdy chciałby, żebyśmy z Płockiem wygrywali teraz już co najmniej dziesięcioma bramkami. A zapominamy, ze niedawno Wisła przegrała z Barceloną tylko jednym golem. To znaczy, że ta drużyna naprawdę coś potrafi. Mam nadzieję, że pan Bóg nam pomoże i nie przegramy kiedykolwiek mistrzostwa Polski. Wtedy będą chyba chcieli nam łeb obciąć. Ja trochę przesadzam, wiem o tym, ale chcę tylko podkreślić, że o pieniądze jest coraz trudniej.

Bardzo się cieszę, że były z nami Targi Kielce i Tauron, a teraz jest PGE. Bardzo dziękuję im za wiele lat dobrej współpracy. Bez takich firm trudno byłoby o piłkę ręczną w Kielcach. Nie wolno zapomnieć też o województwie i mieście. Nie jesteśmy w stu procentach zadowoleni z formy, ale też nam pomagają i za to należy samorząd chwalić. Wolałbym jednak dostać trochę większe pieniądze i oddać coś w zamian. Moglibyśmy na przykład mocniej promować miasto, jeśli tylko ustalilibyśmy wspólny plan działania. Te zainwestowane w nas 3-4 miliony, wróciłyby do miasta w sposób wielokrotny. Kiedy patrzę na raporty, widzę, ile piłka ręczna daje Kielcom. Oczywiście, znajdą się krytykanci, którzy powiedzą, że za te pieniądze  można zbudować drogę. OK, a ja mogę odpowiedzieć, że warto zastanowić się nad tym, ile robimy dla dzieci. Dzieci potrzebują idola. W Kielcach mamy taki klimat, że wiele młodzieży angażuje się w piłkę ręczną. A może być ich jeszcze więcej. To jest filozofia rozwoju.

REKLAMA

Bardzo się cieszę z tego, co dzieje się w Koronie. Złośliwi mówią, że powinienem być raczej przeciwko niej, ale to chore. Jak mam być przeciwko własnemu miastu? Przyjeżdża do nas na mecz Lech Poznań i mam jemu kibicować? To idiotyczne. Oczywiście, można powiedzieć, że jeśli Korona idzie do góry, to trudniej nam o pieniądze. Ale im więcej sukcesów, tym lepszy klimat dla inwestowania w sport. Dlatego bardzo się z tego powodu cieszę, choć też spoglądam w głąb sprawy. Banalny przykład – najlepszą drużyną świętokrzyskiego w 2017 roku została Korona. Przyznam, że w tej chwili trochę złapałem się za głowy. Najlepszym klubem było PGE VIVE, bo zdobyliśmy mistrzostwo Polski i Puchar Polski. Korona była 5. drużyną ekstraklasy, co oczywiście zasługuje na szacunek, ale nic nie zdobyła. To też coś o nas mówi – jak spragnieni jesteśmy innych sukcesów.

Nie możemy kłócić się z tym, że piłka nożna jest religią. Patrzymy realnie na świat. Dlaczego mam się nie cieszyć z sukcesów Korony? Ja chcę, by na trybunach stadionu pojawiało się 10-15 tysięcy ludzi i by kielczanie wygrywali spotkania. Szczęściem będzie dla mnie, gdy Bóg pomoże i Korona wejdzie do europejskich pucharów. Stać ją na to. Pierwszy będę biegł z gratulacjami do prezesa Zająca.

Pojawia się pytanie, czym jest piłka nożna w Polsce, a piłka ręczna w Europie. To kompletnie różne rzeczy. My, kiedy gramy w Polsce, widzimy, że to nie jest łatwe. Coraz trudniej mobilizować się na niektóre pojedynki. Niebawem przyjedzie do nas Gdynia (rozmawialiśmy przed meczem ze Spójnią - przyp. red.). Rozmyślam o tym, jak mam motywować kibiców na to spotkanie, choć oczywiście mam pełny respekt dla tego klubu. Tu coś nie gra. Metodą jest obniżenie ilości drużyn w lidze, po to, by wzmocnić jej jakość.

Wtedy mówią o młodzieży, że ta musi się ogrywać... OK, to twórzmy filozofię, ustalmy, co chcemy razem zrobić. Sam mam 5-10 pomysłów, jak inaczej ich kształcić, ale nie kosztem jakości. Złośliwi mówią o wprowadzeniu limitów zawodników, a ja pytam, jak wtedy mamy wygrać Ligę Mistrzów?

Dlaczego w Słowenii, w tak małym kraju, jest tyle talentów? W Polsce jest inaczej, dlatego trzeba wprowadzić system. Trzeba coś zmienić. Są możliwości, bo Zorman może tutaj zostać po zakończeniu kariery, chce o tym rozmawiać. Do tego są Szmal, Tkaczyk, Jurasik, Rosiński, niebawem będą Bielecki, Jurecki i Lijewski. To jedna szansa na sto lat. Oni mogli wrócić do swoich domów – Sławek do Opola, Michał do Kościana, „Lijek” do Ostrowa Wielkopolskiego, lecz chcą być dalej tutaj. Jednak pamiętajmy, oni nie będą pracować za 2-3 tysiące złotych. Niestety, takie są realia. Kiedy chcemy budować plan rozwoju młodzieży jako miasto, myślmy o tym długoterminowo. Słyszymy, że w budżecie miasta nie mamy na to pieniędzy. Jednocześnie wiemy, że świętokrzyskie procentowo przekazuje najmniej środków na sport, porównując nasze województwo z innymi regionami. O czym zatem rozmawiamy? Trzeba obrać wspólną drogę i mieć wizję.

Przyjeżdża do Kielc 400 kibiców Veszprem i oni też zostawiają jakieś pieniądze – w hotelach czy restauracjach. Zysk marketingowy zawsze trudno ocenić, bo to nie jest obliczalne. Ale kiedy będziemy to robić lepiej, to jeszcze większe pieniądze będą spływały do Kielc. Jestem przekonany o tym, że to by się miastu opłacało, ale musimy współpracować w inny sposób.

Mam z panem pewien problem. Rozmawiamy w sobotę, kilka godzin przed meczem z THW Kiel. Tekst trafi do czytelników dopiero 6 marca. Boję się, znając pana, że przez ten czas wiele może się wydarzyć, a do klubu trafi trzech nowych zawodników. Może mi pan obiecać, że tak nie będzie i tekst się nie zdezaktualizuje?

- Nie, spokojnie, bez obaw, nic się takiego nie stanie. Na pewno walczymy o jeszcze jednego zawodnika...

Młody, zdolny, lewy rozgrywający z Białorusi?

- Nie wiem... (śmiech) No dobrze, to raczej już fakt ogólnie znany, dlatego mogę potwierdzić, że interesujemy się Władysławem Kuleszem. Ale mamy jeszcze dwóch innych zawodników na oku, jednego z tej „trójki” bardzo chcemy mieć w Kielcach. To jednak trudne negocjacje. Kulesza widzi u siebie pół świata. To młody i bardzo zdolny zawodnik. Będziemy o niego walczyć, zobaczymy, czy nam się uda. Poza tym myślimy jeszcze o lewoskrzydłowym, choć tu rozważamy również ewentualność przedłużenia o jeszcze jeden rok kontraktu z Mateuszem Jachlewskim. Ten zawodnik wiele zrobił dla tego klubu. Jest ikoną, choć może nie tak popularną jak Karol Bielecki, ale w Kielcach od dwunastu lat gra na chwałę klubu. Nie ma jednak nic za darmo – nie dostanie kontraktu za zasługi. Uwzględniamy tę opcję, bo jego poziom w dalszym ciągu jest bardzo wysoki. 

Słyszałem, że chcemy ściągnąć do Kielc Rune Dahmke… To byłaby absolutna rewelacja! Ale tak na poważnie, w najbliższych tygodniach te wszystkie tematy się rozstrzygną. Pamiętajmy, że mamy zespół w miarę zamknięty do 2021 roku. W następnym roku pojawią się jeszcze pewne dylematy. Co zrobimy z prawym rozegraniem? Czy wróci Branko Vujović albo Paweł Paczkowski, czy zdecydujemy się na inne rozwiązanie. Na pozostałych pozycjach, czyli bramkarza, środkowych czy kołowych mamy komplet, więc nie szukamy sensacji.

Po sezonie kariery zakończą Szmal i Zorman, ale tych odejść możemy spodziewać się pewnie więcej.

- Na pewno odejdzie Manuel Strlek. W jego miejsce pojawi się Angel Fernandez Perez. Do tego na lewym skrzydle zostaje Jachlewski. Lewe rozegranie – tu wszystko jest jasne, może dojdzie jeszcze Kulesz, zobaczymy. Bramka podobnie, między słupkami mamy Filipa Ivicia i Władimira Cuparę. Na środku będą Dean Bombac i Luka Cindrić, a także Mariusz Jurkiewicz, którego możemy wykorzystywać również na bokach. Zorman odchodzi. Prawe rozegranie bez zmian.

Głowa boli mnie trochę, co zrobić z prawym skrzydłem. Ten temat musimy jakoś rozwiązać. Sądzę, że do końca marca wszystko będzie jasne. Mateusz Kus odejdzie. Chcemy, by został w drużynie Bartek Bis, który dużo się uczy i wierzymy, że będzie się dalej rozwijał. Przyjdzie Artsiom Karalek, który wzmocni rywalizację na kole.

Patryka Walczaka chcemy wypożyczyć do innego klubu. Paczkowski ma jeszcze rok wypożyczenia, podobnie jak Vujović i Daniel Dujszebajew w Celje. Zobaczymy co z Szymonem Sićko, czy jego klub spadnie z ligi. Jeśli tak, będziemy szukali dla niego innego klubu. Wiemy, że o utrzymanie gra się zawsze trudno, ale jesteśmy trochę niezadowoleni z tego, w ilu meczach występuje. To wielki talent, dlatego raczej zdecydujemy się na to, by zmienić mu miejsce otoczenia. I to chyba wszystko.

Pojawią się pogłoski, że Andreas Wolff może pojawić się w Kielcach już latem. Jest to możliwe?

- Cień szansy zawsze jest. W sporcie nie ma rzeczy niemożliwych. Ale nie chcemy płacić THW żadnych pieniędzy, bo nas na to nie stać. Nie jest rozsądnie wydawać pieniądze za zawodnika, którego za rok będziemy mieli za darmo. A teraz musielibyśmy dać za niego milion, albo nawet dwa. Odrzucamy takie propozycje. Chcemy być również poważni w stosunku do Ivicia i Cupary. Nie zamierzamy robić cyrków. Choć oczywiście - jeśli pojawiłaby się super okazja, to skorzystamy z niej, ale mimo wszystko, bardziej realną opcją jest lipiec 2019.

Plotkuje się także o tym, że zmiany nastąpią w sztabie szkoleniowym.

- Na razie nie jest to prawdą. W następnych tygodniach mamy spotkać się z Talantem i o tym też będziemy rozmawiać. Póki co nie widzę potrzeby, by coś zmieniać, choć z pewnością rozważamy różne możliwości. Z Tomkiem Strząbałą też chcemy o tym rozmawiać. Nie wiemy co ma w planach, a przecież nie możemy myśleć tylko o sobie. Może Tomek ma swoje ambicje. Wiele lat był drugim szkoleniowcem, niewykluczone, że teraz może chcieć być tym pierwszym. Trudno powiedzieć. Kiedy mam odpowiedzieć na to pytanie, oceniam szansę 50 na 50.

O tym tylko krótko rozmawialiśmy z Talantem w drodze do Dubaju. Talant ma swoje wizje, ja swoje, zobaczymy, co z tego wyniknie. Zawsze dogadywaliśmy się w sprawie zawodników, to w sprawie sztabu też dojdziemy do porozumienia. Ja nie jestem zadowolony na przykład z tematu lekarza. Marcin Baliński to super facet, zrobił wiele dla klubu, ale ja mówię szeroko o profesjonalizmie tego działu. Moim marzeniem jest także, by sprowadzić do Kielc szkoleniowca bramkarzy. Nie mamy takiego. Naturalnym kandydatem jest Sławek Szmal, ale to nie jedyny nasz wybór, bo mam wiele kontaktów na całym świecie. Sławek zawsze będzie numerem jeden, ale pytaniem jest, czy znajdzie tyle czasu na wszystkie obowiązki.

W tym aspekcie wszystko wymaga rozważenia. Tu chodzi o pieniądze, których nie możesz wydać dwa razy. Kwestią do zastanowienia jest, czy chcemy jednego zawodnika więcej, czy jednak wolimy lepsze usługi medyczne i aparatury. Teraz mamy bardzo fajny projekt z Buskiem-Zdrój i Buskowianką. Pojawiły się nowe maszyny, próbujemy coś zrobić razem. Planów jest sporo, brakuje tylko czasu. Jest nas tak mało, a robimy tak dużo...

Wspominał pan o ośrodku szkolenia młodzieży. Jak miałby on wyglądać?

- W mojej wizji trzeba wprowadzić dobrych trenerów, którzy nie będą rozliczani jako przyjaciele, lecz poprzez twardy system. Kto chce zarabiać pieniądze, musi się dostosować. Trzeba od góry ustalić plan, czyli od Talanta, który poprzez drugiego trenera będzie rozprowadzany na młodzież. Musi być on bezwzględny. Również dla Urzędu Miasta i szkół. Kiedy chcemy robić to dobrze, musimy mieć możliwość rozliczania szkół z wykonanej pracy. Tak się dzieje w Słowenii. Kiedy nie ma dobrej współpracy i nauczycieli WF-u, czy trenerów z SKS-ów rozlicza dyrektor szkoły, a nie klub, nigdy dobrze nie będzie. Nie masz władzy, nie ma rozwoju. Sukces słoweńskiego handballu na tym się opiera.

Proszę spojrzeć na przykłady Celje czy Ljubljany. Uros mógłby o tym książkę napisać. Ten człowiek ma bardzo duże pojęcie o szkoleniu młodzieży. Sławek Szmal to niesamowity autorytet. Oni gwarantowaliby jakość. Ale czasu jest coraz mniej. Uros też musi wkrótce zdecydować, jak ułoży swoje dalsze życie. Będzie wielką szkodą, jeśli wróci na Słowenię i będzie tam realizował to, co mógłby robić w Kielcach.

Potrzebna jest rozbudowa infrastruktury, czy obecna wystarczy?

- Na pewno nie wystarczy. Trzeba inwestować. Słyszę, że będzie robiony obiekt pod SMS, to już jeden krok do przodu. Nowa hala, o której dzisiaj rozmawialiśmy, została zaprojektowana w mądry sposób. Dokładnie tak jak w Celje, gdzie jedno boisko może być dzielone na dwa. Trybuny są tak ułożone, że jest to możliwe. To daje podwójne warunki do trenowania dla młodzieży i ma ogromne znaczenie. Bardzo się cieszę, że powstał SMS i daje duże możliwości, dzięki temu cała Polska wskoczy na wyższy poziom. Ale patrzę na ostatnie dziesięć lat w Kielcach. Tyle dzieci grało tutaj w piłkę ręczną, a tylko Bartek Bis jest w zespole. Też musimy spojrzeć na siebie i dostrzec, że coś tu nie gra. Ja próbuje mówić co, ale ludzie, którzy mają władzę, muszą nas słuchać.

Spójrzmy na Francję, gdzie pojawia się tyle talentów. Te systemy muszą być rozliczone od samej góry. Ostatnio Bertrand Gille w Dubaju uruchomił projekt dla dzieci ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Spytał, jakie mam możliwości, odpowiedziałem, co chcemy zrobić. Usłyszałem, że PGE VIVE może mieć za dziesięć lat taką szkółkę, która w każdym roku dawałaby dwóch-trzech zawodników do pierwszej drużyny, a jeszcze więcej do polskiej ligi. Taki system ma Chambery. We Francji pojawia się wielu dobrych szczypiornistów, bo postawili na super szkolenie. Patrzmy, jak szybko rośnie to pokolenie. Widzimy talenty pokroju Dika Mem i Remili. Mają po 19-20 lat, a w Barcelonie i PSG grają pierwsze skrzypce. U nas, gdy chłopak ma 19 lat, to mówimy, że jest za młody. Tak nie może być.

Szacunek dla Branko Vujovicia, który podjął ryzyko i w wieku 17 lat przyjechał do PGE VIVE. Jestem dumny, gdy go teraz obserwuję. Tak było ostatnio w Hali Legionów, gdzie na boisku nie bał się niczego. Chłopak jest młody, a już wiele potrafi. Karabatić wygrywał Ligę Mistrzów, gdy miał 19 lat. Musimy oduczyć się dotychczasowego myślenia. Trzeba rozliczać za efekty - takie jest życie. Kiedy chcesz być w PGE VIVE, w jednym z najlepszych zespołów świata, nie możesz bać się niczego. Ludzie czasami przesadzają, a my przypominamy, że mamy dopiero siedemnasty budżet w Europie. I zawsze bijemy się o najlepszą „ósemkę”. Ludzie chcą coraz więcej, żądają, by w każdym roku być w Final Four. Kiedy nas tam nie ma, to nie mogą zrozumieć dlaczego.

Zamyka pan oczy, przenosi się do 2020 roku, jest pan na Stadionie Narodowym... Co pan widzi?

- (śmiech) Nawet dzisiaj o tym myślałem, bo przygotowywałem się do tej rozmowy. Chodzą mi po głowie dwie myśli. Jedna to zagrać mecz towarzyski, tak jak planowaliśmy - z Barceloną. To byłoby bez wątpienia ciekawe spotkanie, bo w 2020 roku Barcelona i Kielce będą miały dwie najmocniejsze składy na świecie. Tak to oceniam, choć oczywiście 4-6 innych drużyn również będzie bardzo mocnych. Ale nasza pierwsza linia – Wolff, Cindrić, Karelek i Tournat zapowiada się świetnie. Boczne pozycje też obsadzone są dobrze. Blaż Janc jest niesamowity - jako zawodnik, ale też jako człowiek. Do tego Moryto... Mógłbym tak wymieniać dalej. To byłby jednak mecz towarzyski. Musiałby być świetnie zorganizowany, by przekonać ludzi, by na to spotkanie przyszli.

Druga myślą jest, by zagrać z Barceloną, lub ewentualnie z PSG, w meczu oficjalnym Champions League. Nie jako towarzyski sparing, lecz spotkanie o coś. Normalny, grupowy mecz Ligi Mistrzów – tylko nie w Kielcach, lecz na Stadionie Narodowym. Mam to w głowie. Wiem, jak fajnie moglibyśmy to zorganizować. Jak zapewnić ludziom z Kielc możliwości transportu, by pojechali na to spotkanie. Mecz o punkty zawsze inaczej traktuje się niż towarzyski.

Do końca lipca chcę rozrysować plany tego spotkania. Już mam 40 stron tekstu, a będę nad tym dalej pracował. Nie możemy ryzykować i stracić pieniędzy, tylko mamy na tym zyskać wizerunkowo. Musi to być zaplanowane perfekcyjnie.

Każdy mówił, że mecz w Tauron Arenie się nie uda, że to jest niemożliwe. Pamiętam to dobrze. Zaprosiłem do biura wszystkich współpracowników i powiedziałem im, że kto nie wierzy w ten projekt, ten może wstać i wyjść. Każdy na szczęście został. To było wariactwo, by w cztery miesiące zorganizować coś takiego. To wydawało się nieprawdopodobne, a jednak nie straciliśmy pieniędzy.

Na Stadionie Narodowym będzie to oczywiście o wiele większe wyzwanie. To ma wiele dobrych i złych stron, rozważamy za i przeciw. Skłaniam się jednak coraz mocniej ku temu, by zagrać w Warszawie o coś. Największym problemem jest data, której nie można wybrać wcześniej. Dodatkowo złośliwość może sprawić, że w grupie nie trafimy ani na Barcelonę, ani PSG. To jest ryzyko. Datę spotkania można dopasować, to jest do zrobienia, gorzej z tą grupą. Ale czasami trzeba ryzykować. Kiedy nie będzie to Barca ani PSG, może być THW Kiel czy Veszprem. Tyle że dla ludzi, którzy się na znają na piłce ręcznej, te nazwy będą większą barierą. Barcelona jest międzynarodowa, podobnie jak PSG.

I mocno kojarzą się z piłką nożna, a nie ma co ukrywać, że do takich ludzi chcecie trafić.

- Tak jest. Lubię rzeczy rekordowe. Nikt naszego rekordu z Tauron Areny nam nie odbiera. Walczyliśmy o ostatnie krzesło. Nie chcieli nam rozstawić jednej trybuny, musieliśmy za to ekstra zapłacić. To było trudne, bo tam nic jest elektronicznie zrobione, wszystko na śruby. To był prawdziwy koszmar... Ale dało się ich przekonać. Błędów jednak nie uniknęliśmy. Zapomnieliśmy na przykład, że może być... remis. Powinniśmy zrobić serię rzutów karnych po meczu, a nikt o tym nie pomyślał. To była porażka – spotkanie się skończyło i każdy zaczął patrzyć się na siebie, co się teraz stanie (śmiech) Takie jest życie, nie wszystko się przewidzi. Niemniej do projektu na Stadionie Narodowym podchodzimy szalenie ambitnie i poważnie.

Paweł Kotwica z „Echa Dnia” wypowiedział kiedyś zdanie, z którym zgadzam się w stu procentach. Jeśli Bertus Servaas chciałby zostać prezydentem Kielc, to by nim został.

- Nie, nie. Po pierwsze nie mam takich ambicji, ani umiejętności. W polityce trzeba inaczej rozmawiać niż ja to robię. Ja walę prosto z mostu, nie myśląc o konsekwencjach. Dopiero później zastanawiam się, że coś mogłem inaczej powiedzieć. Ale taki już jestem, taki się urodziłem. Do tego musiałbym wziąć rozwód. Kiedy mówię żonie o tym, że mogę zostać prezydentem Kielc, to słyszę w odpowiedzi, żebym robił to samemu, bez niej (śmiech)

Czyli jednak pan myślał o tym.

- Nie, ale kiedy ludzie mnie o to pytają, to dzielę się tym w domu. Odpowiadając szczerze - nie chciałbym iść w tę stronę, to nie na moje aktywne życie działacza sportowego i właściciela firmy. Nie pasuję do tego. Inaczej rządzi się w polityce, niż w biznesie. Ja na pewno nie jestem bezwzględny, ale nie lubię głupot i w pracy wymagam sporo od ludzi. Staram się ich motywować.

Zarówno w biznesie, jak i w sporcie, to człowiek jest najważniejszy. I to, czy pracuje dobrze, czy źle zależy od lidera. W firmie nie zawsze mi się to udaje, co mnie boli. Staram się to poprawić. Motywacja w życiu jest kluczowa.

Kiedyś żartując powiedziałem, ze chciałbym zostać dyrektorem w szpitala. Bo w tym, czyli w opiece szpitalnej, widzę największą różnicę między Polską a Holandią. Powiem szczerze – chętniej zostałbym dyrektorem szpitala niż prezydentem Kielc. Naprawdę. Poza tym Paweł trochę przesadza. Jestem popularny w świecie sportu, a o władzy w mieście decydują inne czynniki. Myślę, że znacznie lepszym kandydatem ode mnie byłby Bogdan Wenta.

Kto wie, może będzie...

- Tego nie wiem, nie mam takich informacji. Ale na pewno ma odpowiednią charyzmę i umiejętności, by się w tym odnaleźć. Kiedy patrzę na Bogdana, na to, co robi w Parlamencie Europejskim, a to nie jest wcale łatwe, to dostrzegam jego sukcesy. Ja wiem, że on pracuje jak wariat. To nie jest tak, że ma fajną funkcję, kasę i może tylko leżeć. To zależy oczywiście od człowieka, ale Bogdan na pewno do takich osób się nie zalicza. Nie chcę jednak nikogo promować. On akurat pochodzi ze świata sportu, dlatego dałem go jako przykład, ale jestem daleko od polityki. To chce zaznaczyć i podkreślić. Nie opowiadam się po stronie żadnego polityka, dla mnie to byłoby zabójstwo. Mówiłem tylko o pracowitości Bogdana, bo też mam świadomość, że jako prezydent miałby swoje plusy i minusy.

Kielcom przydałby się jednak taki menedżer pokroju Bertusa Servaasa.

- Czy politycznie, czy biznesowo, uważam, że menedżer powinien mieć wizję. Strategię. Mam to szczęście i taki dar dostałem od pana Boga, że to posiadam. Wiem, jak w tym mieście może być lepiej niż jest dzisiaj. Ale też widzę, że dużo jest robione w Kielcach. Nie mogę powiedzieć, że jest inaczej. Nie wszystko jest złe. Trzeba znaleźć równowagę – docenić, to co dobre i polepszyć, co tej poprawy wymaga. Może brakuje tylko obecnie większego słuchania ludzi, ich podpowiedzi i opinii.

Ja staram się to robić. Na zewnątrz wiele pomysłów wygląda na moje, a to są inicjatywy Mariana Urbana, Tadka Dziedzica czy Pawła Papaja. Nie chcę tego wykorzystywać, traktować jako mojej promocji własnej, tylko pracy całego zespołu. Teraz było podobnie z Pawłem – zespół marketingu wymyślił coś niesamowitego. Mam na myśli filmiki przed meczami Ligi Mistrzów, które konwencją nawiązywały do popularnych seriali. Mam nadzieję, że wygrają te nagrody DEMES, bo tutaj nie tylko pomysł był wspaniały, ale przede wszystkim wykonanie rewelacyjne. Bardzo mi się to podoba. Jestem dumny, że mój zespół tyle potrafi dać od siebie, choć jest tak niewielki. Ale w klubie również księgowość jest ważna, pani sprzątaczka jest ważna. Każdego należy honorować tak samego. Wykorzystując okazję, chciałbym wszystkim tym ludziom podziękować. Również osobom spoza klubu, ale wykazującym ogromną życzliwość. Bo to nie jest tak, że wszystko dookoła jest źle, choć dzisiaj mocno skupiliśmy się na tych negatywnych aspektach. Wiele osób ma dla nas gorące serca. Kiedyś w parku podszedł do mnie ponad 80-letni pan i poprosił o autograf. Odpowiedziałem, żeby nawet nie żartował, po czym usłyszałem, że jestem jego wielkim idolem. Aż mi się głupio zrobiło. Jest pełno ludzi, którzy mają czyste i dobre intencje.

Podobnie było na plebiscycie sportowym. Zaczepił mnie człowiek ze środowiska piłki nożnej, którego nie znałem i powiedział, żebym przede wszystkim nie chorował, bo jak choruję, to wszystko inne się nie liczy. To cieszy, choć zawsze ta krytyka boli mocniej... Chcę zaznaczyć - ja nie mam problemów z krytyką, ale nie lubię krytyki bezsensownej. Takiej, jak chociażby serwuje pan Panas. Wiem, że już kolejny raz go tutaj przywołuję... Ale podobnych osób nie brakuje. Oni nie mówią, co trzeba zrobić, żeby było dobrze. Nie znają ludzi, sytuacji wewnątrz. Nie mają odwagi, by przyjść osobiście do mnie czy do Talanta i powiedzieć tego wszystkiego w twarz. Bardzo nie szanuję takich ludzi. Uważam, że to truciciele sportu.

Cztery lata temu zwyciężył pan w plebiscycie „Gazety Wyborczej” na człowieka 25-lecia w Świętokrzyskiem. Dla osoby, która przyjechała do Polski z innego kraju, to chyba wyjątkowa sprawa?

- Oczywiście, jestem z tego dumny. Zawsze jednak taki sukces kieruję do swojej rodziny i współpracowników. Spójrzmy na przykładzie czułem lekki klubu – zawsze jest lider, który jest najmocniej chwalony. A na sukces pracuje wiele osób. Marian Urban, obecnie tam urzędujący członek zarządu, jest bardzo niedoceniany. Tadek też dużo robi, ale to Marian codziennie za to wszystko odpowiada. Tymczasem laury zawsze idą do Bertusa. Trzeba mieć szacunek dla takich osób – nigdy nie są na pierwszym planie, ale swoją rolę odgrywają z tyłu. Wykonują tytaniczną pracę, to największa wartość tego klubu. Takie nagrody też motywują mnie do działania. Nigdy jednak nie zapominam, że to nie tylko moja zasługa, lecz wszystkich ludzi w klubie, którzy kochają to, co robią. Bez nich byłoby to niemożliwe. Jestem dumny, że jako obcokrajowiec jestem tutaj tak respektowany. Czuję radość, że zdobyłem zaufanie Polaków. W kulturze polskiej tak to już jest, że temu obcemu zawsze jest o to trudniej. Ja też już czuję się Polakiem i znam zalety oraz wady Polaków. Ale dalej twierdzę, że Polacy mają znacznie więcej zalet.

O tym dzisiaj się nie mówi, ale przeżył pan w życiu wiele trudnych momentów. Nieudany pierwszy interes, gdy oszukali pana wspólnicy. Potem przyjazd do Polski, spalone hale w Górkach Szczukowskich. Czy jednak paradoksalnie takie sytuacje nie sprawiły, że doszedł pan do miejsca, w którym obecnie się znajduje?

- Bez wątpienia tak. Takich sytuacji miałem jeszcze kilka, ale nie chcę do nich wracać. To są momenty, gdy dowiedziałem się, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, a kto był blisko mnie tylko dla pieniędzy i korzyści. Po pożarze czułem ból, gdy niektórzy mówili, że staram się teraz wykorzystać okazję. Ale mimo wszystko patrzę mocniej na pozytywy – na pracowników, klub 100 i inne relacje biznesowe. Na ich życzliwość i sympatię. To pozwoliło mi stanąć na nogi. To było coś niesamowitego, gdy widziałem, jak dużo siły i wiary jest w ludziach. W Holandii to by było niemożliwe.

Dlatego my narzekamy często na Polaków, na ich wady, a za mało mówimy o zaletach. Tutaj ludzie, w trudnych momentach, potrafią zrobić naprawdę wiele. Z tego powodu jestem spokojny o klub, gdybym zrezygnował. Ktoś się za to weźmie, choć pojawi się pytanie, dlaczego dopiero wtedy, a nie wcześniej, kiedy można ominąć najgorsze. Jestem jednak pewny, że klub nie zniknie z mapy Kielc. Kiedy Bertus powie: „dziękuję, wystarczy mi”, zostaje Michał Sołowow, czy Krzysztof Klicki albo ktoś inny. Zdaję sobie sprawę, że dzisiaj każdy pracuje na swój sukces. Michał wiele razy mówił, że chętnie mi pomoże, ale klub to ja. Zaznaczam, że Michał w pewnym zakresie nam pomaga - bardzo to respektuję i w pełni go rozumiem. To jest człowiek sukcesu. Niesamowity przykład, jak z niczego możesz osiągnąć coś tak wielkiego. Będzie zawsze czuł mój szacunek. Mam nadzieję, że nasza droga współpracy będzie kiedyś szersza niż obecnie, ale to będzie trudne. Jestem realistą. Michał lubi stworzyć sam coś od zera, mieć projekt, za który jest w pełni odpowiedzialny. W PGE VIVE, czegokolwiek by z nami nie zrobił, ten sukces zawsze będzie przypisany do Servaasa, a nie Sołowowa.

Patrząc na niektóre pana odważne ruchy, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że jest pan szalonym człowiek. Często musiał pan rezygnować z niektórych szalonych pomysłów?

- Bardzo dużo. Jestem szalony, to prawda. Moje pomysły Marian Urban często musiał powstrzymywać. Robił to skutecznie, i całe szczęście, bo nie każdy był super. Z Marianem jesteśmy przeciwieństwami. Ja jestem wariatem, który niczego się nie boi. On czasami jest wręcz za ostrożny. Ale taka relacja jest super, bo uzupełniamy się. Współpracuje nam się rewelacyjnie. Choć Marian i wszyscy inni wiedzą, że kiedy w mojej głowie decyzja już zapadnie, nikt mnie nie powstrzyma.

Przykład - Marian był bardzo przeciwny organizacji meczu w Tauron Arenie. Powiedziałem jednak, że nie ma odwrotu. Gdy klamka zapadnie, ja się już nie wycofam. Zawsze jednak najpierw słucham ludzi. Muszę wszystko rozważyć. To nie jest tak, że tylko krzyczę do mikrofonu, bo chcę być popularny. Podobnie jest z meczem na Stadionie Narodowym. Ten pomysł kiełkował w mojej głowie dwa lata. Najpierw chciałem sprawdzić, czy organizacja meczu w Tauron Arenie jest możliwa. Udało się. Teraz wyzwanie jest o wiele większe, bo chcemy ściągnąć na trybuny 50 tysięcy ludzi na mecz piłki ręcznej. Nie jestem jednak na tyle szalony, by takie pomysły jednego dnia wymyślać, a drugiego realizować. Myśl najpierw pojawia się w głowie, potem dużo rozmawiam z najbliższymi osobami o tym i dopiero, gdy zapadnie decyzja na tak, to działam na maksymalnym pułapie. Wtedy nie ma odwrotu.

Oprócz szaleństwa jest wrażliwość. Temu pan też nie może zaprzeczyć. Planuje pan jeszcze raz, pod koniec maja, uronić łzę w takiej jednej, pięknej miejscowości za zachodnią granicą?

- W Kolonii?

Owszem.

- Naszym pierwszym celem jest ostatnia „ósemka”. Drugim, jaki powinniśmy starać się zrealizować zawsze, co roku, będzie Final Four. Tego ostatnio nie udało się osiągnąć. To jest jednak cel dodatkowy – jeśli będzie „ósemka”, to już będzie OK. Dalszym marzeniem zawsze jest oczywiście zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Kiedy już jesteś w Kilonii, możesz tam zrobić wszystko. Możesz wygrać.

Gdy patrzę na ostatni rok, przypominam sobie sytuację z Hali Legionów. W 35. minucie w meczu z Montpellier powiedziałem do Mariana, który siedział obok: „patrz, jak oni grają, to jest niesamowite”. 15 minut później nie dowierzałem, przegraliśmy ten mecz. To jest piłka ręczna. Tu wszystko może zmienić się w 15 minut, emocje są ogromne. Możesz być rozżalony, ale to jest piękne w tym sporcie. W 5-10 minut można odwrócić losy meczu i zmienić opinię publiczności o 180 stopni. Za to kocham handball. Najpiękniejsza chwila to właśnie Kilonia. Veszprem w po 45 minutach widziało już puchar u siebie, a jednak w kwadrans stracili wszystko.

Kto nie widział nigdy na żywo meczu Ligi Mistrzów, ten ma czego żałować. Szczerze mu tego współczuję.

REKLAMA

Zaczęliśmy od pytania, czy jeszcze się panu chce. To teraz proszę o odpowiedź, dlaczego pan to robi?

- Powiem całkowicie uczciwie. Robię to dla mojego miasta, regionu i kraju. Chcę zostawić po sobie coś, co jest dobre. Na końcu zawsze chodzi o dzieci. To może głupio brzmieć, złośliwi pewnie w odpowiedni sposób to skomentują. Ale wychodzę z założenia, że dzieci muszą mieć coś innego do roboty, niż tylko chodzić po ulicach, pić alkohol czy palić papierosy. Potrzebują przykładów. Kiedy taki chłopak widzi na co dzień idolów, jak Jurecki czy Aginagalde, chce być taki jak oni. Dojść do tego samego. To coś pięknego, to motor napędowy do działania.

Drugim marzeniem było wygrać Ligę Mistrzów, co już nam się udało. Ale pojawia się trzecie marzenie – wygrać te rozgrywki, gdy w składzie będzie minimum 5 zawodników z naszego miasta i regionu, albo 10-15 Polaków w składzie. To nasz następny cel, choć muszę być realistą. Krytycy wytkną, że w drużynie mam teraz mniejszą ilość Polaków. Mogę tylko spytać, gdzie ci ludzie byli dziesięć lat temu? Dlaczego tylko o tym mówią, a nic w tym kierunku nie robią, żeby ten wybór Polaków był szerszy. To nie jest wina Bertusa Servaasa. Błędy są robione na samej górze, lecz tam nikt nikogo nie atakuje. Tracimy czas i energię na rozmowy, a można by to przekuć na myślenie i działanie, jak chcemy wrócić do tego poziomu, który stworzyli Karol Bielecki i spółka.

Ile daje sobie pan na to czasu?

- Minimum od 5 do 7 lat. Muszę realnie na to spoglądać. I to tylko w założeniu, że w tym roku, najpóźniej w przyszłym, zaczniemy realizować plan, o którym powiedziałem wcześniej. Mam jednak wątpliwości, czy jako miasto, region i Polska jesteśmy na to gotowi. Musimy o tym rozmawiać. Kiedy nie zrobimy tego w najbliższych trzech miesiącach, albo nawet nieco szerzej – przez rok, to wszystko się rozpadnie. Na razie z tym walczę, jak tylko mogę. Zobaczymy, ile jeszcze będę miał na to siłę.

Rozmawiał Tomasz Porębski

Kontakt do autora: tomasz.porebski@cksport.pl

fot. Anna Benicewicz-Miazga, Patryk Ptak, zasoby agencji PressFocus

 

REKLAMA

Wasze komentarze

Czesław Ochenduszka2018-03-06 19:25:17
Szanowny Panie Prezesie. B A R D Z O, B A R D Z O D Z I Ę K U J Ę za to wszystko, co Pan robi dla Polski, dla Kielc i dla rozwoju sportu w naszym Świętokrzyskim Kraju. Jeszcze raz bardzo dziękuję i ślę życzenia dobrego zdrowia.
Waldemar2018-03-06 20:38:29
Niestety piłka ręczna a nożna to przepaść finansowa i promocyjna. Mimo to od dawna myślę, że dla Kielc lepiej by było postawić na Vive niż na Koronę. Paradoksalnie sam jestem dużym fanem piłki nożnej i bardziej emocjonują mnie mniejsze sukcesy kopaczy, niestety. Nie wyklucza to jednak tego, że zawsze byłem za tym by budować klub z myślą o przyszłości niezależnie od dyscypliny. Piszę tutaj o bazach treningowych, obiektach młodzieżowych i rozpowszechnianiu możliwości jakie może dawać sport nie tylko w regionie. Sport to biznes, ale nie wielu ludzi jak widać to rozumie. Wyniki sportowe powinny przechodzić na drugi plan w sytuacji, w której jesteśmy teraz. Zarówno Burdenski, Bertus jak i miasto powinni mieć komfort w inwestycjach w tym celu, kadrę, która im to umożliwi i przede wszystkim pieniądze. Z drugiej strony bardzo łatwo o tym napisać...
A.2018-03-06 21:38:48
Super wywiad. Gratuluję
Pik2018-03-06 22:49:01
Warto może być zrobić aplikacje na smartfony dla promocji zespołu
Xk2018-03-06 23:14:02
Oczywiście to prawda że nowa hala była by wypełniania tylko na LM i Płock. Dlatego też według mnie VIVE (i może też Płock) nie powinno w ogóle grać w sezonie zasadniczym polskiej ligi a zamiast tego uczestniczyć w lidze SEHA gdzie mogliby mierzyć się z silniejszymi rywalami z Vardarem czy Veszprem na czele. Mogli by dołączać do rozgrywek ligowych dopiero w play off ( np. od ćwierćfinału) bo przecież i tak wiadomo że finał ligi będzie Kielce vs. Płock. Dzięki temu pozostałe zespoły w lidze były by bardziej wyrównane i mogłyby się rozwijac w ramach rywalizacji. A VIVE też mogło by pomiędzy meczami LM zamiast z Wybrzeżem Gdańsk czy innym Kaliszem grać z Veszprem czy nawet Tatranem Presov. Wszystkim wyszłoby to na dobre.
Co po nas zostanie???2018-03-06 23:46:08
Bertus tu przyjechał i robi niesamowitą robotę mimo trudności obiektywnych, a S i K są z Kielc i popróbowali , połaskotali swoje ego, i się zraźili jak dzieci.
A dębowa jesionka nie ma kieszeni.
A może za 10-15 lat warto by , by jakiś dziennikarz w transmisji Champions League mówił że ojcem sukcesu klubu .... Kielce był Pan S albo Pan K. Tak sobie myślę....
Menago2018-03-07 00:00:12
Vive powinno grać w Bundeslidze, tam by miało wyzwanie sportowe i sponsorów z kasą.
Trzeba trzymać się z bogatymi a nie z bidą.
Jak byśmy nie robili biznesów z Niemcami to byśmy byli Bułgarią.
Kathleen2018-03-07 00:08:49
Świetny wywiad, brawo CKSport! Długość absolutnie nie przeszkadza, aż chce się czytać do końca :D Leci do paska zakładek, żeby kiedyś można było do niego wrócić. A co do pana Servaasa, to robi u nas niesamowitą robotę, za którą, moim zdaniem, nawet w połowie nie jest tak doceniany, jak powinien. To prawda, że większość kibiców są dumni po zwycięstwie, a po porażce pierwsi do krytyki. Mamy prawa mieć wymagania wobec klubu, możemy się wkurzać na frajerskie remisy i roztrwonione przewagi w LM, ale nie zapominajmy, że to, co mamy w tej chwili to już olbrzymi sukces, na który bardzo wiele osób, w tym głównie pan Servaas, pracowało. Więc cieszmy się naszym klubem i korzystajmy z jego renomy, dobrej sławy, doświadczenia trenera i kontaktów prezesa póki możemy. Oby jak najdłużej!
ck hala2018-03-07 07:23:30
Michał Sołowow mógłby dać na halę, dać te 80 mln i zastrzec nazwę na zawsze np. "Sołowow Arena", utrzymywana była by oczywiście przez miasto ale służyłaby jako jedna z hal targowych Targów Kielce na codzień i już! Licząc szybko kwota 80 mln dla Pana Michała to jakieś 5 % majątku.
Dyl2018-03-07 08:35:06
Licząc wolniej: 80 mln to 0,7% majątku pana Michała. Jego wartość to prawie 12 miliardów złotych.
czesio2018-03-07 08:48:00
"Europejskie Miasto Sporu" szuka pieniędzy na Dworzec PKS, o hali możemy zapomnieć. Chyba , że po wyborach.
do Menago2018-03-07 10:15:57
Biznesy jak najbardziej, ale w tym przypadku trudno mówić o dołączeniu Mistrza Polski do ligi... niemieckiej. Iskra/Vive to POLSKI klub co Bertus zawsze podkreśla dlatego zależy mu na tym, żeby w klubie grało np. jak najwięcej Polaków (patrz chociażby na ostatni transfer Arkadiusza Moryto). Naszym wyzwaniem jest Liga Mistrzów, a polską ligę trzeba wzmacniać, ale tutaj pole do popisu mają władze Superligi oraz sponsorzy.
Janek2018-03-07 10:52:45
Świetny wywiad, bardzo dobra seria.

Bertus jest samograjem wywiadowym, nie trzeba z niego nic wyciągać. Mam ogromny szacunek do jego osoby, do pasji, do zacięcia, do racjonalnej oceny rzeczywistości. Oby tak dalej panie Servaas!

PS. To, że kogoś majątek wyceniany jest na 12 miliardów, to nie znaczy, że on ma na koncie 12 miliardów. To oznacza, że w danej chwili na tyle wyceniane są jego udziały w firmach i majątek prywatny. Nikt nie postawi hali za 80 mln za prywatne pieniądze, zejdźcie na ziemię koledzy.
Inzynier2018-03-07 11:11:48
Super wywiad, z przyjemnością się czyta
Tomek L.2018-03-07 14:09:43
Bertusie Servaasie . JESTEŚ WIELKI !!! Dziekujemy.
Kris2018-03-07 16:00:55
Wniosek nasuwa się sam, jeżeli Bertus zakończy romans z piłką ręczną to będziemy co najwyżej równorzędnym partnerem dla Piotrcovianina, Legionovii a może i MKS Końskie....
zsw2018-03-07 16:05:26
wywiad rzeka czyta się z przyjemnością,to co Bertus powiedział o M.S. to moim skromnym zdaniem prawda lubi budować markę która mówi o jego osobowości nie chodzi o pieniądze lecz sukces i to popieram pozdro 8b sp 24
loop2018-03-07 16:47:55
"..... Już dziesięć lat temu rozmawiałem z prezydentem Wojciechem Lubawskim, że nie powinniśmy mieć aż tylu klubów na tym szczeblu, lecz wybierać te najsilniejsze.... finansujcie mnie, resztę zorać!!!!
Maciek2018-03-07 17:32:47
Ciekawy wywiad, szczególnie wątki dotyczące kadry Vive. Bertus Servaas to jest gość! To dla Kielc wielkie szczęście, że ktoś taki jak on chce realizować swoje pasje w naszym mieście, oby jak najdłużej!
Kielczanin2018-03-07 18:09:57
Bertus zasłużyłeś na pomnik w Kielcach.
Zyzioo2018-03-08 03:24:58
@Kielczanin
Dokladnie, to on na to zaluguje, i to na WIELKI!
A po nim... Grzesiu Piechna, taki byl jeden jedyny!
Sympatyk2018-03-08 10:44:50
Pięknie Pan Prezes opowiada. Prawda jest zgoła odmienna. W klubie były 2 roczniki 1997 i 1998 medaliści Mistrzostw Polski. Kilku zawodników rokowało ale niestety trenerzy pierwszego zespołu nie byli zainteresowani szkoleniem tych chłopaków. Lepiej Panu Talantowi jest wziąć obcokrajowca niż wyszkolić wychowanka. Pan Strząbała ubzdurał sobie że zrobi zawodnika ze Skowrona i jak się to skończyło. wszyscy wiedzieli, że nic z niego nie będzie, a Pan Talant opowiadał bajki w mediach ze Skowron pojedzie do Tokio na IO. W PGE Vive grupy młodzieżowe są złem koniecznym. Nikt nie traktuje zawodników poważnie. Po poprzednim sezonie nikt nie powiedział chociażby "dziękuję" zawodnikom rezerw którzy najpierw awansowali do 1 ligi i utrzymali się w niej. Puścili ich bez słowa pożegnania. Pan Prezes mówi o jakiejś szkółce, która będzie dawała zawodników do pierwszego zespołu. Takie plany już snuł Pan 6-7 lat temu kiedy z Panem rozmawiałem. Efekt jest taki że chłopaków z Kielc klub ma w głębokim poważaniu, natomiast testuje każdego obcokrajowca, który potrafi złapać piłkę. Tak było w czasie kiedy przyszedł Vujović. Krótko po jego przyjściu był na testach zawodnik z Czarnogóry który był bardzo słaby, ale był obcokrajowcem. Pan Prezes mówi że w Polsce, Kielcach nie ma talentów. Talenty są również w Kielcach tylko nikt nie chce z nimi pracować na odpowiednim poziomie. W Pana Klubie do pierwszego zespołu na treningi trafiają tylko młodzi zawodnicy, których rodzice mają znajomości i układy. Być może Pan o tym nie wie ale na układy nie ma rady. Ktoś przecież podejmował decyzję żeby podpisać kontrakt z Fąfarą, Bernackim.....a innych puścić wolno bez słowa dziękuję. Panie Prezesie pięknie pan opowiada t6ylko niestety jest to bicie piany.
darek2018-03-08 13:57:00
kawał świetnego materiału, aż mi głupio, że czytam taki wywiad nie płacąc za dostęp do niego nawet złotówki, szacunek dla Was redakcjo
Bryx2018-03-08 18:22:40
Bertus - szacunek!
Bryx2018-03-08 19:42:00
Rhein Necker Lowen przyjadą do Kielc drugim składem. Redakcjo napiszcie o tym - jest artykuł na stronie klubowej RNL. Mecz w Kielcach koliduje im z meczem Bundesligi z Kiel i nie dali rady tego przełożyć.
Basiula2018-03-08 21:32:49
Bertus !jesteś "WIELKI" w dosłownym tego słowa znaczeniu.Wielki szacun.
mowcie co chcecie2018-03-10 01:23:29
ale ten gosc zrobil dla Kielc i pilki recznej niesamowite rzeczy, szacun!
Wisła Płock2018-03-10 09:13:55
B. Ciekawy wywiad. Zawsze dobrze wiedzieć jak to wyglada „z drugiej strony”. Mam nadzieję, ze polska piłka ręczna będzie sie rozwijać. Liczę na ciekawe widowisko w trakcie naszego jutrzejszego spotkania.

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group