REKLAMA

W Anglii próbowałem zabić swoją irytację. Robiłem to nie do końca dobrze

06-02-2018 19:35,
Tomasz Porębski

Gdy Piotr Malarczyk wyjeżdżał do Anglii, kibice czuli pustkę i niepokój o zespół, a ówczesny trener Korony, Marcin Brosz po nocach głowił się nad tym, jak zastąpić podporę defensywy, lidera i zarazem kapitana drużyny. Pobyt „Malara” na Wyspach nie był jednak udany. Ciężko za taki uznać też powrót do Cracovii, gdzie po zakończeniu rundy jesiennej obecnego pożegnano się z nim lekką ręką. Teraz znów jest w Koronie. 

Wyjeżdżał z Kielc w glorii chwały, wraca w zupełnie innych nastrojach. Część kibiców uważa nawet, że niepotrzebnie, nie wierząc w jego powrót do wysokiej dyspozycji.

Nie mogliśmy oprzeć się pokusie, by dowiedzieć się od samego piłkarza, jak ocenia swoją obecną sytuację. Nie wracaliśmy do tego, co działo się w Koronie za jego poprzedniej kadencji – o tym napisano już wystarczająco dużo. Skupiliśmy się na tym, co wydarzyło się od dnia, gdy postanowił skorzystać z oferty Ipswich Town i za wyjątkowo niską, wręcz śmieszną kwotę 50 tysięcy złotych (taką miał wpisaną sumę odstępnego w kontrakcie) jako 24-latek wyjechał do drużyny bijącej się o awans do Premier League.

REKLAMA

Obawiam się w zasadzie tylko jednego. Znając ciebie, możesz być w tej rozmowie mocno dyplomatyczny.

- No tak... Zawsze jest tak, że ludzie chcą usłyszeć smaczki, jakieś rzeczy kontrowersyjne. Coś, co się ciekawie czyta, ale... Ostrzegam - może być o to ciężko.

Wyzwanie podjęte, spróbuję cię nieco rozruszać. Zaczynam od mocnego pytania, ale dla jasności – nie oceniam, tylko pytam o twoje odczucia. Czujesz po tych ponad dwóch lat, kiedy to odszedłeś z Korony do Ipswich Town, że poniosłeś sportową, życiową porażkę?

- To jest trudne pytanie. Z jednej strony zapracowałem na transfer do Anglii, co nie jest proste. Oczywiście, byłbym kłamcą, albo zwyczajnie ściemniałbym, gdybym powiedział: „Nie, fajnie było w tej Anglii, co chciałem, to zrobiłem”. To by była głupota. Tak na pewno nie było. Jechałem z zupełnie innym nastawieniem. Chciałem przede wszystkim ciężko pracować, ale też zostać i grać tam jak najdłużej. Niestety, tak się sytuacja potoczyła, że dane mi było w Anglii przebywać tylko przez rok. 

Musiałem zweryfikować swoje plany, ale też ambicje. Zawsze podkreślam, że jestem pracowity i ambitny. Mierzę najwyżej, jak to tylko jest możliwe. Wyznaczam sobie kolejne cele. Czasami się to sprawdza, a czasami, jak w przypadku Anglii, nie. Dla kogoś ambitnego, kto ma swoje marzenia, to nie jest łatwa sytuacja. Każdy chciałby, żeby wszystko układało się po mysli. Szczególnie ja chciałem, żeby inaczej to w Ipswich wyglądało i żebym odegrał tam dużą większą rolę, niż faktycznie odegrałem. Trzeba było się z tym zmierzyć. To nie było dla mnie łatwe.

Masz poczucie, że zrobiłeś wszystko, by w Anglii się wybić?

- Tak. Jechałem tam z jasnym celem, tego się trzymałem. Jestem takim człowiekiem, że staram się wyciągać maksa, robić wszystko, co tylko możliwe. I dopiero tam zobaczyłem, że czasami jest to... mój problem. Zabrakło trochę spokoju.

Wiesz, możesz trenować codziennie bardzo dużo, a możesz też codziennie, lecz trochę mniej, a mądrzej. To mi się rzuciło w oczy w Anglii. W pewnym momencie tego zniecierpliwienia i irytacji było tak wiele, że nie do końca to wytrzymałem. Próbowałem to poczucie, tę nadwyżkę energii, to ciągłe oczekiwanie zabić. Ja zabijałem to dodatkowymi treningami na siłowni lub innymi, podobnymi zajęciami. Patrząc dzisiaj, z odpowiedniej perspektywy, czasami robiłem aż za dużo naraz.

Ciężko mieć do siebie pretensje. Ja naprawdę nie zwariowałem. Nie pomyślałem po transferze, że teraz już wszystko stoi przede mną otworem – zaraz będzie Premier League, zrobię wielką karierę. Jechałem z nastawieniem ciężkiej pracy i nie mam wyrzutów sumienia, że w danym miesiącu, albo szerzej - w danym okresie odpuściłem. Nie było tak ani przez chwilę.

Początki były obiecujące. Pamiętam, że zostałeś rzucony od razu na głęboką wodę. Zagrałeś już w pierwszym meczu, i to ważnym, bo Ipswich Town rywalizowało z Brighton. Czyli wicelider mierzył się z liderem.

- Tak, to było nawet szeroko opisywane, że nie zdążyłem jeszcze udzielić żadnego wywiadu o wyjeździe, a już rozegrałem mecz. Tak się złożyło, że zaraz po przylocie, następnego dnia, było spotkanie ligowe. Jeden z obrońców był kontuzjowanych i po przerwie wszedłem na boisko, rozegrałem 45 minut. To był mecz na szczycie, graliśmy z liderem. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:2, a ostatecznie spotkanie skończyło się porażką 2:3... No tak, ten początek był dynamiczny, w miarę niezły, ale potem zaczęły się problemy.

Mówisz, że nie masz pretensji do siebie. A do innych?

- Nie. I złego słowa nie mogę powiedzieć. Poznałem inną specyfikę treningu, inną też mentalność. Zobaczyłem, jak klub na poziomie zaplecza angielskiej ekstraklasy funkcjonuje. Nigdy nie powiem, że trener mnie nie lubił, albo coś w tym stylu. Naprawdę – zawodnicy byli niezwykle otwarci. Zostałem bardzo dobrze przyjęty, co chciałbym podkreślić. W szybkiej aklimatyzacji pomógł mi Bartek Białkowski.

Liga jest na tyle ciężka, że w składzie drużyny znajduje się 25-30 zawodników na dobrym poziomie. Dwóch środkowych obrońców było wtedy reprezentantami swoich krajów – Szkocji i Nowej Zelandii. Były momenty, gdy wyglądałem lepiej, wyniki się nie układały i pojawiała się myśl w głowie, że teraz dostanę swoją szansę. Ale takie były realia, że jeśli tylko żelazna czwórka obrońców była zdrowa, to grała w komplecie.

Dlatego nigdy nie będę szukał winy u innych. Patrzę na siebie i na to, co mógłbym jeszcze poprawić. W piłce nożnej wiele czynników decyduje o sukcesie i powodzeniu. Często pytają mnie, dlaczego mi się nie udało w Anglii. Ciężko wskazać jedną przyczynę. 

Śledząc twoją karierę na Wyspach, mieliśmy nadzieje, że pozytywnym bodźcem będzie dla ciebie wypożyczenie do Southend United. Ale tam zagrałeś w sumie tylko w dwóch meczach.

- To wymaga zagłębienia się w sytuację. Byłem wtedy po zabiegu i wracałem do treningów. Został ostatni miesiąc ligi. Ipswich miało ważną końcówkę, bo wciąż walczyło o dostanie się do play-off, a co za tym idzie – awans do Premier League. Przebywałem wtedy w Polsce, miałem wracać do Anglii. Zadzwonił do mnie trener z Southend – oni wtedy też walczyli o awans, ale do Championship. Powiedział, że pamięta mnie ze sparingu. Rzeczywiście, Ipswich odbyło z nimi grę kontrolną, a ja byłem na boisku. Zapytał, czy nie chciałbym przyjść na ten ostatni miesiąc i pomóc drużynie.

Byłem w takiej sytuacji, że nic nie traciłem. Nie mogłem spodziewać się, że nagle dostanę miejsce w składzie Ipswich, skoro różnice punktowe były tak niewielkie. Rotacje w składzie na koniec sezonu nie są wskazane. Pomyślałem, że wprawdzie poziom rozgrywkowy niżej, ale jakieś minuty na boisku złapię, co pomoże mi... no, w zasadzie, nie wiem w czym. Uznałem, że to będzie dobry ruch.

Niestety, inaczej wyglądała rozmowa z trenerem, a zupełnie inaczej wyglądało to, jak tam pojechałem. Chyba tylko tutaj mógłbym mieć jakieś pretensje. Mogłem zostać w Ipswich, potrenować solidnie przez miesiąc, dać z siebie wszystko i czekać na rozwój wydarzeń.

W Anglii były też fajne momenty. Nie każdy chłopak z polskiej ligi może pochwalić się tym, że grał na Old Trafford i walczył na boisku m.in. z Waynem Rooneyem. Ipswich rywalizowało z „Czerwonymi Diabłami” w EFL Cup, czyli Pucharze Ligi Angielskiej. Przegrało 0:3.

- No tak, też wszyscy mnie o to pytają. Ale to nie dziwne. Powiem raz jeszcze. Wielkie przeżycie – zagrać na Old Trafford, w dodatku przeciwko takiemu Manchesterowi, bo gospodarze wyszli na boisko w podstawowym składzie. To dało mi motywację do jeszcze cięższej pracy. Mogłem dotknąć tego, co do tej pory oglądałem tylko w TV. Duże przeżycie i tego nikt mi nie zabierze. Nigdy nie wybiegam daleko w przyszłość, ale przyznam, że wtedy to robiłem. Miałem przykład tego, co mogę mieć. Te myśli się gdzieś pojawiały w głowie, że warto pracować, by dostać się na ten poziom. To jest to, o co chodzi w futbolu.

OK, poszła kontra od ciebie o banalne pytania, to będą trudniejsze...

- Nie, to absolutnie nie o to chodzi, takie pytania są naturalne. Ciężko, żeby dziennikarz sportowy pytał mnie o to, jak wyglądało miasto, albo czy było w nim coś fajnego do roboty. Te pytania się powtarzają, ja się z tym liczę i nie mam problemu, by o tym mówić. Życie toczy się dalej. Oczywiście, były trudne momenty. Musiałem trochę przydusić swoje ambicje i od nowa je zweryfikować, a uwierz mi – to nie jest łatwe. Przynajmniej ja jestem takim człowiekiem, że ciężko mi to przychodzi. Chcę w życiu więcej i więcej. Tymczasem zrobiłem krok do przodu, po czym okazało się, że muszę zaraz wrócić. Staram się jakoś z tym radzić.

Wiesz, gdyby nie to, że znam twój charakter, pewnie spytałbym, co fajnego się w mieście działo. Ale podejrzewam, że stałym bywalcem dyskotek to nie byłeś...

- No tam, chyba w Kielcach jestem na tyle znany i mam taką opinię, że nie muszę nikogo zapewniać, jaki tryb życia prowadziłem. Wrócę do tego, że staram się zawsze wyciągać maksa od siebie. By te wszystkie rzeczy, które ode mnie zależą, trwały jak najdłużej i jak najlepiej. Robię wszystko po to, by stworzyć jak najlepsze warunki do realizacji celu.

Biorąc pod uwagę blaski i cienie twojego wyjazdu – żałujesz?

- Nie. Nie żałuję. OK, odchodziłem w takim momencie, gdy mieliśmy w Koronie dobry początek sezonu, ale ja nie lubię gdybać co by było, gdybym zagrał do końca rundy w Kielcach. Można spekulować – a może byłoby to lepsze, a może nie... Tego nie sprawdzę. Mógłbym żałować, gdybym nie dał z siebie wszystkiego. Gdyby mi odbiło, uznałbym, że jestem piłkarzem przez duże „P” i wszystko mi się teraz należy. Samo doświadczenie, poznanie, jak to wszystko funkcjonuje, ile trzeba pracować na sukces, dało mi wiele. A do tego jest ta świadomość, że to nie zawsze wystarczy. Ilu jest takich piłkarzy, co dają z siebie wszystko, a kariera im się nie układa. To cenna lekcja.

Czym różni się Piotr Malarczyk z 2018 roku od tego sprzed dwóch lat?

- Przede wszystkim podejściem do tego wszystkiego. Dalej jestem na tyle ambitny i głodny sukcesów, że dążę do realizacji swoich celów. Nie lubię jednak daleko wybiegać w przyszłość, bo wiem, że to nie jest korzystne. Raczej stawiam krótsze cele – na najbliższą rundę, lub okres gry. Na to mam wpływ, a nie na to, co wydarzy się za dwa lata. Mogłem sobie gdybać – dotrę do Premier League, albo zadomowię się w Championsip, a okazało się, że po roku musze wrócić do Polski. To dało mi bardzo duże doświadczenie. Mimo że rozegrałem na Wyspach niewiele minut, zobaczyłem, jak wygląda klub, jak pracuje się w Anglii. Poznałem tę specyfikę treningów i podejście ludzi do piłki nożnej. Wierzę, że to wszystko zaprocentuje. Postaram się to wykorzystać.

Rozwiązałeś kontrakt z Ipswich, a o twoje zatrudnienie skutecznie zabiegała Cracovia. Trenerem był Jacek Zieliński, a wy dopiero w samej końcówce zapewniliście sobie utrzymanie w lidze. Ale zostawmy to. Bardziej interesuje mnie, co pomyślałeś, gdy usłyszałeś, że nowym szkoleniowcem „Pasów” zostanie Michał Probierz.

- Że w końcu będę miał możliwość pracy z trenerem Probierzem. Wcześniej były różne głosy. Było też zainteresowanie ze strony Jagiellonii, gdy on tam pracował, ale ja zdecydowałem się na transfer do Anglii. Sporo się o tym wtedy mówiło. Dlatego pierwszą myślą była ciekawość - metod pracy, czyli tego, jak to wygląda namacalnie. Sam wiesz, że będąc w innym klubie dużo się widzi, ale to tylko wideo albo same mecze. Teraz mogłem poznać to z innej perspektywy. Była możliwość codziennej, wspólnej pracy, treningów i poznanie sposobu myślenia.

I jak oceniasz?

- Każdy jest inny, każdy ma swoje koniki. Tak samo trener Probierz. To, co mogę powiedzieć na pewno, to że ma wielką wolę wygrywania. To widać na każdym kroku. Wydaje mi się, że jest to jego cecha charakterystyczna, dominująca. 

Czujesz się rozczarowany, że zostałeś odtrącony po rundzie jesiennej, w której grałeś – szczególnie pod koniec – regularnie i byłeś zawodnikiem podstawowej jedenastki? 

- (chwila dłuższego zastanowienia)

A może ulgę, że to już koniec pobytu w Krakowie?

- Nie czułem ulgi. Pamiętamy, że w Cracovii był okres słabszy. Najpierw awansowała do pucharów, wszyscy spodziewali się jeszcze więcej. Plany były ambitne, a następny sezon brutalnie je zweryfikował. Do końca walczyliśmy o utrzymanie. Każdy klub ma swoje problemy – jeden sezon jest bardziej udany, inny mniej, dlatego... Wiadomo, to nigdy nie jest przyjemne, gdy jest się odstawionym. Ale taka była decyzja trenera. Zostałem postawiony przed taką sytuacją i musiałem sobie z tym poradzić.

Wiesz, że kibice mają nadzieję, że upodobnisz się do Jacka Kiełba?

- W jakim sensie?

W takim, że „Ryba” wszędzie grał poprawnie, ale tylko w Kielcach potrafi wskoczyć na swój najwyższy poziom.

- Co ja mogę powiedzieć... Raz, że jestem bardzo szczęśliwy, że tutaj wróciłem. Dwa, że wychowując się w Kielcach od małego, przychodząc codziennie na trening, robi się to z zupełnie innym nastawieniem. I nie da się, grając tutaj, dla tego klubu, w barwach Korony, przełożyć tego na inne drużyny. Podkreślam – ja nigdy nie walczyłem mniej za Cracovię, czy jeszcze w Anglii. Nie było też tak, że mniej się przykładałem. Na to nie pozwalała mi ambicja. Ale wychowankiem jest się tylko jednego klubu.

Dam z siebie wszystko. Chce grać tak, jak grałem, gdy stąd odchodziłem. Przez długi okres byłem wtedy w bardzo dobrej formie. Żeby tylko zdrowie dopisywało, to jest najważniejsze. W Krakowie, jak byłem zdrowy, to grałem. A niestety to też było problemem, bo przyplątało mi się kilka kontuzji. Te przygotowania były szarpane, a urazy dotykały mnie naprawdę poważne. To też miało przełożenie na dyspozycję.

Co czułeś, gdy pojawiłeś się w Kielcach ponownie? Pomyślałeś: „wróciłem na stare śmieci” czy raczej: „stadion ten sam, barwy te same, ale klub... zupełnie inny”?

- Jak przyjechałem do Kielc, drużyna była jeszcze na obozie w Turcji. Mało kto tutaj przebywał. Był tylko zarząd i pracownicy. Jakieś zmiany, większe bądź mniejsze, obserwuje każdego dnia. Ale poczucia, że wróciłem do domu, bo tu jest mój dom, nie zmieni nic. Łącznie z tym domem rodzinnym, bo do stadionu mam bardzo blisko. Tej świadomości nie da się zastąpić i przełożyć na żadne inne miejsce.

Zmiany w Koronie są pozytywne? Albo inaczej – co cię najbardziej w nich zaskoczyło?

- Musiałbym to rozpatrywać bardzo szczegółowo – kiedyś było tak, teraz inaczej. Organizacyjnie, z perspektywy drużyny, funkcjonowanie klubu wyglądało dobrze już wtedy, gdy odchodziłem do Ipswich. A teraz jest jeszcze lepiej. Zwiększono sztab medyczny wokół drużyny, co jest pozytywne. Fajne jest też podejście wszystkich pracowników. Tutaj widać, że każdy pracuje na sukces klubu. To bardzo dobrze rokuje i daje komfort pracy piłkarzom. 

Jak u ciebie z językiem niemieckim?

- Kiedyś próbowałem się uczyć... W szkole miałem z nim styczność. Naprawdę próbowałem, bo to ważne dla rozwoju człowieka. Teraz na przykład uczę się włoskiego. Ale niemiecki... Jest trudnym językiem. Na szczęście trener mówi też po angielsku.

Wiesz, dlaczego pytam. Miałeś okazję porozmawiać już dłużej z Gino Lettierim (nasza rozmowa była przeprowadzona w piątek - przyp. red.)?

- Odbyliśmy dopiero pierwszy wspólny trening piłkarski, bo wcześniej drużyna przechodziła badania wydolnościowe. Ale pierwszą styczność z trenerem miałem, gdy rozmawialiśmy przez telefon. Zespół był wtedy na obozie, a tu, w Kielcach, jeszcze nie wszystko było jasne. Większej czy głębszej rozmowy między nami jeszcze jednak nie było. Ja też potrzebuję trochę czasu, żeby zobaczyć, jak drużyna funkcjonuje, na co trener zwraca uwagę. Mało czasu pozostało do startu ligi. Z każdym dniem na pewno będzie wyglądało to coraz lepiej.

No właśnie, o tym, że Michał Probierz zrezygnował z twoich usług, było wiadomo od kilku tygodni. Dlaczego tak długo trwało twoje przejście do Korony, gdzie tkwił problem?

- Problemu jako takiego nie było. Wszystko musiało się poukładać. W Krakowie byłem postawiony przed sytuacją, której wcześniej się nie spodziewałem. Nie przypuszczałem przed rozpoczęciem przygotowań, że nie będę trenował z zespołem oraz że nie pojadę z nim na obóz. To było dla mnie zaskoczenie. Z tego powodu musiałem podjąć jakieś kroki. Pojawiały się konkretne zainteresowania z poszczególnych drużyn...

Z jakich? Mówiło się m.in. o Sandecji Nowy Sącz.

- To co było pisane, jest prawdą. Plus zabiegało o mnie jeszcze kilka innych drużyn z Polski. Zainteresowanie z Korony pojawiło się po kilku dniach. Wtedy nie musiałem długo się zastanawiać. Z pewnych, innych rzeczy zrezygnowałem i liczyłem na efektywne zakończenie rozmów w Kielcach. To trochę trwało, bo wiązał mnie jeszcze 1,5-roczny kontrakt z Cracovią, wiec trzeba było to tak zrobić, by wszystko miało ręce i nogi.

Zostałeś wykupiony z Cracovii? Mówi się o kwocie 200 tysięcy złotych.

- Kwoty nie powiem, ale tak, to była umowa transferowa. To też miało znaczenie, bo w przypadku innych klubów bardziej w grę wchodziło wypożyczenie niż transfer. Ja nie chciałem takiej opcji... Bo jak to - iść do Korony na wypożyczenie? Jeśli to Korona, to na stałe i wracam do domu.

Podpisałeś w Kielcach 2,5-letni kontrakt. Wydaje się, że jest bezpieczny zarówno dla ciebie, bo da ci szanse odbudowania, ale też dla klubu. Korona może zyskać wzmocnienie na długie miesiące.

- Na to będę pracował każdego dnia. Cieszę się, że jestem zdrowy i mam nadzieję, że nie będzie żadnych problemów w trakcie tej najbliższej rundy. Czuję się dobrze, zrobię wszystko, żeby grać na wysokim poziomie. Pragnę pomóc Koronie w realizacji pewnych celów i założeń, które stawia sobie przed tą rundą, ale też dalszym funkcjonowaniem i przyszłością. Korona się rozwija i chce rozwijać się jeszcze bardziej. Ja chcę być tego częścią.

Z Radkiem Dejmkiem graliście w Koronie, ale innych obrońców dopiero poznajesz – m.in. Adnana Kovacevicia i Djibrila Diawa. Zapytam tak... Jaka będzie na wiosnę najsilniejsza para stoperów Korony?

- Część meczów Korony oglądałem i widziałem, że następowała częsta rotacja. Bartek Rymaniak też niekiedy grał na środku z konieczności. Nie chciałbym oceniać indywidualnie. To konkurencja, ale też dobrzy przyjaciele, jak Radek, z którym rozegraliśmy wiele meczów. Każdego z nich cenię i uważam za dobrego obrońcę. Mam nadzieję, że ta rywalizacja tylko pomoże Koronie.

Opcja dyplomacja włączona, ale spodziewałem się takiej odpowiedzi. Zapytam inaczej: czy ty w tej parze znajdzie się Piotr Malarczyk?

- Jeśli przygotowania przebiegną pomyślnie – tak. Co tu dużo mówić… Po to przyszedłem do Kielc, by być w bardzo dobrej formie, grać regularnie i wygrywać.

Gino Lettieri lubi zaskakiwać przeciwników ustawieniem. Korona jesienią często przechodziła do taktyki z trójką obrońców. Masz doświadczenie w tym aspekcie?

- Zdarzało się tak grać, ale były to pojedyncze spotkania. Nawet ktoś mnie o to ostatnio pytał... Ale to była naprawdę rzadkość. W Polsce niewielu trenerów decyduje się na grę z takim ustawieniem. Jest to pewnego rodzaju forma ryzyka. Choć może to za mocne słowo, ale na pewno wszystko trzeba przećwiczyć i przepracować, dlatego niewielu podejmuje taką decyzję. 

Muszę poznać zachowania drużyny. Za mną dopiero jeden wspólny trening na boisku. Będziemy pracować nad tym, by jak najszybciej to załapać. Muszę zobaczyć, o co chodzi trenerowi. Nie widzę w tym żadnego problemu. Jeśli tylko będę w bardzo dobrej formie, nie będę miał kłopotu i z tym elementem.

Z pewnością śledziłeś lipcowe doniesienia w sprawie Korony. Byłeś zaskoczony tym, jak się to potem potoczyło? Wierzyłeś, że to możliwe?

- To co się działo... Wiadomo, kolejna przerwa letnia w Kielcach i znów bardzo duże zmiany. To już scenariusz doskonale znany nie tylko lokalnej społeczności. Sam, na własnej skórze, kilka razy to przechodziłem. Latem dochodziły do mnie jakieś słuchy, coś czytałem, ale co się działo w środku, w szatni – tego nie wiedziałem i nie wiem do tej pory.

Trochę nie wierzę, że nie rozmawiałeś z kolegami z Korony na ten temat.

- Wiadomo, jakieś rozmowy się odbywały. Ale też pamiętam pierwszą styczność  tematem, gdy przeczytałem w jakimś artykule, że tu się dzieją naprawdę niesamowite rzeczy. Nie chciałbym się do tego odnosić. Trzeba siedzieć w środku, by ocenić, jak to się stało. Na pewno to był jednak dobry znak. OK, początek trudny, ale później efektem była bardzo udana runda w wykonaniu Korony. Widać to na każdym kroku w podejściu chłopaków. Tak jak teraz – ciężkie treningi za nimi, naprawdę wymagający obóz przygotowawczy, ale ja nie słyszę narzekania. Mówią mi: „jest ciężko, ale trzeba to zrobić, bo będą efekty”. To jest w tym najlepsze, że drużyna wierzy w te metody. Chłopaki widzą sami po sobie, że to naprawdę daje rezultaty.

Swoją drogą, mogę podejrzewać, że jednym z nich był Jakub Żubrowski. Korona się zmienia, skład ulega zmianie. Z „Żubrem” też nigdy dotąd w seniorskiej drużynie nie graliście, ale mnóstwo meczów rozegraliście w juniorach. Widziałeś, jakie zdjęcie wrzucił Kuba na Twittera po twoim transferze?

- Bardzo fajna sprawa. Wspomnienia wróciły, gdy zobaczyłem tę fotkę, ale też drugie, super zdjęcie drużynowe, które pokazał mi Michał Siejak. Tam też był „Żuber”. Cieszę się, że wychowankowie odgrywają teraz rolę w ekstraklasowym zespole Korony.

Sprawdziłem, jaka dzieli was różnica wieku. Okazało się, że to raptem kilka miesięcy, ale fizycznie przerastałeś go o dwie głowy.

- No tak, ale muszę powiedzieć, że Kubę już wtedy bardzo ceniłem. Zawsze uważałem, że jest to jeden z lepiej wyszkolonych technicznie piłkarzy w Koronie. Pokazywał on najmłodszych lat, że piłka mu nie przeszkadza w grze. Warunkami fizycznymi może nie dysponował, ale nie same warunki wygrywają spotkania. Nie każdy musi mieć 190 cm wzrostu. „Żuber” przeszedł nieco inną drogę niż ja, ale widać, że ta ciężka praca u niego też procentuje. Dzięki wytrwałości dotarł do ekstraklasy.

Dodam tylko, że w tamtych czasach Piotr Malarczyk wszystkich swoich kolegów przerastał o dwie głowy. Teraz dzieli was raptem kilka centymetrów różnicy wzrostu. Wróćmy do teraźniejszości. Zabrakło cię na zgrupowaniu w Turcji. Na jakim jesteś etapie przygotowań, bo pewnie ćwiczyłeś w Krakowie indywidualnie? W jakiej znajdujesz się formie?

- Myślę, że w niezłej. W Krakowie przez dwa tygodnie trenowaliśmy. Byliśmy w tzw. „drugiej grupie pierwszej drużyny”. Mieliśmy zajęcia z juniorami, bo kilku doświadczonych zawodników było - i jest nadal - w podobnej sytuacji do mnie. Zresztą, dodam, ze ci juniorzy teraz są w pierwszym zespole Cracovii. Do tego praktycznie codziennie dokładałem trening biegowy lub na siłowni, bo wiedziałem, że muszę być jak najlepiej przygotowany. 

Co ważne, odbyłem też serię treningów z trenerem personalnym w komorze highpoint w Krakowie (to pierwsza w Polsce i największa w Europie komercyjna strefa przeznaczona do treningu niskotlenowego. Warunki, które panują w komorze Hypoint imitują te, które panują w wysokich górach. Przy zachowaniu normalnego ciśnienia, poziom tlenu w Hypoint jest zredukowany do takiego, jaki występuje na wysokości nawet do 6000 m n.p.m., dzięki czemu trening staje się bardziej wymagający i efektywny – przyp. red.). To też mi dużo dało. Potem niektóre rzeczy zacząłem robić w Kielcach, zanim drużyna wróciła z Turcji. Pewne zaległości oczywiście jeszcze muszę nadrobić, ale to mi nie przeszkadza. Ważne, żeby wszystko było robione z głową.

Według obecnej umowy, w Kielcach będziesz co najmniej do czerwca 2020 roku. Kończąc kontrakt, będziesz miał 28 lat na karku. Jak na środkowego obrońcę, bardzo dobry wiek. Zakładasz, że jeszcze raz możesz wyjechać za granicę? Pobyt w Anglii cię nie zniechęcił?

- Na pewno mnie nie zniechęcił. Co innego gdybym nie miał takich ambicji i zadowalał się tym, co jest. Ponad 100 spotkań w ekstraklasie, mógłbym dobić do 300 i OK, to wystarczy. Tak nie jest. Może nie każdy taki jest, ale ja staram się rozwijać cały czas. Ludzie mają swoje limity, ale wiem, że wiele zależy od mojej głowy. W Anglii przekonałem się o tym, jak bardzo jest ona ważna. I to szczególnie wtedy, kiedy jest ciężko. Bo kiedy wszystko idzie, pięknie się układa, to człowiek nad takimi rzeczami się nawet nie zastanawia. Podejście mentalne – to klucz. Staram się rozwijać i dojść do pułapu maksymalnego. A gdzie on jest – zobaczymy. 

REKLAMA

Pamiętasz swój ostatni mecz w Koronie?

- Pewnie, że tak. To było spotkanie szczególne – Warszawa i pierwsze, historyczne zwycięstwo na Łazienkowskiej. Co więcej, byłem wtedy kapitanem drużyny. Do dzisiaj mam opaskę, z którą wtedy grałem. Nie było mi to obojętne. To nie był zwykły mecz, jak jeden z wielu. To było coś wyjątkowego. 

Do tego chciałem nawiązać. Jesteś spokojnym człowiekiem, ale wtedy, na boisku, biła z ciebie ogromna energia. Stawałeś się prawdziwym liderem. Chyba podobała ci się ta funkcja?

- Bardzo. Choć krótko miałem okazję być pierwszym kapitanem, ale bardzo dobrze się czułem, mimo że ciążyła na mnie większa odpowiedzialność za zespół. Świetnie wspominam ten okres...

W tym momencie nasza rozmowa została „brutalnie” przerwana przez… cały zespół Korony.

Żółto-czerwoni wchodzili na salę konferencyjną na odprawę z trenerem Gino Lettierim. „O, wywiady, wywiady” – powiedział szczególnie aktywny Ken Kallaste, który już może być pewien, że niebawem o podobną rozmowę poprosimy właśnie jego. Szczególnie po świetnym występie z mikrofonem w dłoni przed kamerami Korona TV na obozie w Turcji. Widzimy potencjał! 

My jednak, już nieco w drzwiach, dokończyliśmy rozmowę.

Nie zdążyłem ci zadać ostatniego pytania.

- Jakiego?

Czy chciałbyś znów zostać kapitanem Korony?

- Takie pytanie... Wiesz, to pytanie retoryczne. Tylko proszę - nie dawaj tego w tytule.

Tego, niestety, nie mogę ci obiecać.

Zespół Korony rozpoczął odprawę z Lettierim. Pół godziny później drużyna udała się na blisko dwugodzinny trening piłkarski. 

Tymczasem okazało się, że nasza rozmowa jeszcze nie dobiegła końca.

Niedługo po zakończeniu zajęć na boisku, do autora tekstu dotarł sms od Piotra Malarczyka...

„Na kapitana w Koronie trzeba sobie zasłużyć” – napisał „Malar”, dodając na końcu symboliczną, zaciśniętą pięść.

Rozmawiał Tomasz Porębski

 

REKLAMA

Wasze komentarze

KiTt2018-02-06 19:49:14
Powodzenia, Malar!
tt2018-02-06 19:54:28
Więcej takich wywiadów :)
CK2018-02-06 20:00:36
Świetna rozmowa. Brawa za pomysł dla Tomka. Leć z tym dalej. A co do Piotrka. Witaj w naszych Kielcach, w domu. Powodzenia!
Timmy2018-02-06 20:14:32
"Gdy Piotr Malarczyk wyjeżdżał do Anglii, kibice czuli pustkę i niepokój o zespół" - pojechaliście po całości. Ja rozumiem, że Malar to wychowanek, ale trochę obiektywizmu.

Wtedy wszystkich bolała jedynie kwota za jaką odszedł do Anglii. Malarczyk nigdy nie był filarem zespołu. Ot taki trochę lepszy Dejmek.
Oranje2018-02-06 20:39:00
Bardzo fajna rozmowa. Oby Malar wrócił do formy sprzed wyjazdu a może coś więcej na starych śmieciach wyciągnie.
Co do samej formy wyw... stop! rozmowy - proponuję trochę urozmaicić pytania i zapytać przyszłych respondentów o to co lubią robić w wolnym czasie, jakim autem jeżdżą, jakie są ich pasje, hobby. I gdzie widzą siebie i Koronę w najbliższej przyszłości (puchary, kadra narodowa swoich ojczyzn itp.). Ale bardzo fajny pomysł na rozwój portalu - brawo i tylko tak dalej!
sck2018-02-06 20:52:11
Sztos wywiad, widać że przygotowany a nie na pałe, czekamy na następny wtorek, pozdrawiam i powodzenia !
Powodzonka2018-02-06 21:14:40
Oby był dobrym zmiennikiem..
@Timmy2018-02-06 22:13:09
Chyba coś ci na łe... głowę spadło. Malar przed wyjazdem był czołowym stoperem naszej ligi nie tylko wedlug kibiców Korony ale też według ekspertów piłkarskich. Więc nie gadaj głupot
Powodzenia Piotrek2018-02-06 22:38:06
Ociężały Dejmek postawił poprzeczkę co najwyżej na wysokości kolan, więc wygryźć go ze składu to bułka z masłem. Jeszcze raz powodzenia!
MM2018-02-06 22:57:13
Zgadzam się z Oranje co do urozmaicenia rozmów . Malar witamy w domu!
Kam2018-02-06 23:00:43
Piotrek jak zawsze opanowany i dyplomatyczny , chciałbym zobaczyć go w jakiejś bardziej rozrywkowej odsłonie :D ciekawy jestem czy np. na imprezie też jest taki opanowany
gratki CkSport2018-02-06 23:06:58
ciekawy wywiad i pytania, oby tak dalej
Janek2018-02-07 07:23:58
Dobry wywiad! Oby ta seria ciekawie się rozwinęła, czekamy na więcej.
Weteran2018-02-07 09:13:19
Wierzę w Twój talent Piotrze.
Trzymam kciuki i życzę powodzenia.
Dominik2018-02-07 18:04:36
Super
R2018-02-07 22:51:15
Ciekawe czy psychika nie siada, 3 kluby z rzędu go nie chciały. Korona to chyba jedyne miejsce gdzie może wrócić do grania. Gdy odchodził to grał wtedy 200% normalnego Malara
Max2018-02-13 19:02:25
Kolejny srebrnik po kielbie. Nikt nie chciał to wrócił, a teraz będzie opowiadał jaki to on charatkerrny i przywiązany do barw i miasta. A jak odchodził miał wszystko gdzieś, tylko hajs czy klub zbankrutuje czy upadnie miał wywalone nowego kontraktu też nie bo po co. Nie piszcie już więcej że to jacyś super chatakereni ludzie związani nadzwyczajnie z klubem bo śmieszne to jest. Zwykli najemnicy którzy za kasę pójdą wszędzie i ze wszystkimi

Dodaj komentarz

Copyright © 2018 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group