REKLAMA

I część wywiadu z Krzysztofem Zającem. On nie ma hamulców wewnętrznych, nie jest grzeczny

31-08-2017 11:19,
Tomasz Porębski

Blisko pięć miesięcy Korona jest już w nowych rękach. Uznaliśmy, że dziś – z perspektywy czasu, po pewnego rodzaju „ochłonięciu” – jest najlepszy moment, by pewne sprawy zweryfikować. Wokół kieleckiego klubu rozgorzała prawdziwa burza, a niepokojących informacji – do startu rozgrywek – przybywało z każdym dniem. Ile z nich było wiarygodnych, a ile nie zawierało choćby krzty prawdy? O to postanowiliśmy zapytać Krzysztofa Zająca, prezesa Korony Kielce.

W Koronie zmiany widać na każdym kroku. Już sam wstęp na Kolporter Arenę – poza dniami meczowymi – jest zupełnie inny niż dotąd. Przez ostatnie lata do wejścia wystarczyło zwykłe machnięcie ręką do pracownika ochrony i krótka, słowna informacja. Teraz konieczne jest wylegitymowanie się z nazwiska, telefoniczne potwierdzenie faktu spotkania i celu wizyty oraz pobranie przepustki.

Nie ma już także tego, o czym niedawno w wywiadzie dla portalu weszlo.com opowiadał Zbigniew Małkowski („W Koronie jest tak, że wchodzisz i mijasz dział marketingu, potem pokój masażystów, trenerów, biura… Piłkarze nie są z dala od pracowników, tylko razem z nimi. Te więzi w naturalny sposób się zacieśniają, a wszystkie drzwi są zawsze otwarte”). Teraz obok działu marketingu nie przejdziemy, drzwi są zamknięte. Wszyscy muszą najpierw wybrać się na recepcję. Łącznie z piłkarzami. Te zmiany są wynikiem jednoosobowej decyzji prezesa Zająca.

To drobiazgi, ale takich drobiazgów przy Ściegiennego jest coraz więcej. Jak choćby wymiana drzwi do szatni drużyny gospodarzy i gości, które dotąd straszyły beznamiętnym błękitem. Teraz uderzają czerwoną kolorystyką, a przede wszystkim wielkim herbem Korony Kielce. Od razu widać, kto tutaj rządzi.  

W końcu udało nam się dotrzeć do gabinetu prezesa. Do pomieszczenia, które w ostatnich miesiącach było bez wątpienia – z wielu powodów - jednym z najbardziej rozgrzanych miejsc w całych Kielcach.

REKLAMA

Od 11 kwietnia tego roku pełni pan funkcję prezesa klubu. Z ręką na sercu: ile razy miał pan ochotę rzucić tę robotę?

- Nie jestem człowiekiem, który szybko się do czegoś zniechęca. Powiem szczerze: takiej sytuacji nie było. Wiedziałem i słyszałem o krytyce, która docierała do nas zewsząd. Miałem świadomość, jakie zdanie mają ludzie na temat naszej, czy mojej pracy w Koronie, ale nigdy nie chciałem zrezygnować. Wychodzę z założenia, że gdy coś się robi, to trzeba doprowadzić to do końca. Dopiero wtedy można zadać sobie pytanie: robię to dalej, czy odchodzę.

Ani razu nie zadzwonił pan do swojego kolegi, Dietera Burdenskiego i nie zapytał: „w co ty mnie wpakowałeś”?

- Nie. Wiedziałem, ze to jest tylko sytuacja przejściowa i że to nasilenie kiedyś nastąpi. Do tego już zresztą doszło. Potwierdziły się moje przypuszczenia. Gdy zaczynaliśmy pracę w klubie, codziennie w gabinecie odwiedzało mnie kilku zawodników z podstawowego składu, którzy chcieli odejść z Korony. Teraz goszczę tych, których klub chce wypożyczyć, a oni nie chcą odejść. Sytuacja diametralnie się odwróciła. To jest wyłącznie potwierdzenie naszej pracy w Koronie – nie tylko w pionie sportowym, ale w strukturach całego klubu, które zostały zmienione. Dużo ludzi, a przede wszystkim piłkarze, nabrało do nas zaufania. Widzą, że idzie to ku dobremu.

Nie może pan dziwić ta niechęć z przeszłości. Przed startem ligi, fora internetowe i media społecznościowe były rozgrzane do czerwoności. To odbijało się na wszystkich, w tym na zawodnikach.

- Najgorsze było, gdy ktoś pisał pewne informacje, nie mając o nich zielonego pojęcia. Pojawiło się wiele plotek, wręcz wyroków, o których właściwie dowiadywaliśmy się mocno po czasie. Miałem na to, i mam nadal, prostą zasadę: nie czytam, nie interesuje mnie to. Skupiam się tylko nad tym, co robimy. I nieustannie analizuję – czy wykonujemy to dobrze, czy powinniśmy coś poprawić.

Nie ma pan wrażenia, że popełnił pan błąd? Komunikacyjnie wyglądało to ze strony klubu fatalnie. Może było warto pozyskać specjalistę PR, który wskazałby, jak poprawić ten element?

- Od początku obecności w Kielcach mówiłem, że sprawy marketingowe w Koronie leżą. W tym należy rozumieć też ten przekaz na zewnątrz – stronę internetową, komunikację z kibicami będącymi w Kielcach, Polsce, a nawet na całym świecie, bo wielbiciele naszego klubu są wszędzie. Gdybym miał kandydata, do którego byłbym przekonany, zatrudniłbym go zaraz, na drugi dzień po objęciu prezesury. Ale takiej osoby nie było. Potrzebowaliśmy prawie trzech miesięcy, by go znaleźć. Teraz on jest odpowiedzialny za to, co medialnie dzieje się wokół klubu. W końcu mam kogoś, kogo mogę rozliczyć za to, jak mówi się o Koronie.

Bez wątpienia najbardziej krytycznym momentem była tzw. „afera klapkowa”. W Hotelu Binkowskim doszło do kłótni między zawodnikami a trenerem. Odbyło się też spotkanie z kibicami, w którym pan uczestniczył. Sytuacja była kryzysowa. Można było tego uniknąć?

- Nie żałuję, że do tego doszło. To normalna kolej rzeczy. Musimy się różnić, bo jesteśmy ludźmi i mamy odmienne charaktery. Trener, drużyna i zarząd mają pewne sfery, w których mogą, a nawet powinni dyskutować. Możemy mieć różne zdanie, możemy się nawet kłócić, ale na końcu musimy znaleźć porozumienie.

Nie chciałbym wracać za bardzo do tej sytuacji. To już było, jest za nami. Wyniknęło to z faktu, że zatrudniliśmy trenera, który przyjechał z obcego kraju. Dla niego wszystko było nowe i od razu zbudował wokół siebie mur. Nie rozumiał i do dziś nie rozumie języka, nie znał zawodników, środowiska. Zbudował mur ochronny na zasadzie „w razie gdyby...”. Z drugiej strony, mieliśmy piłkarzy, którzy byli za pan brat z byłym trenerem. Byli za blisko niego. Nagle urwało się to, do czego się przyzwyczaili. Przyszedł nowy trener, który zaczął wymagać od nich czegoś zupełnie innego. Miał inne spojrzenie na współpracę z zawodnikami, futbol, trening i jeszcze kilka spraw.

Afera klapkowa, telefoniczna czy jeszcze inna... Wtedy wystarczyła iskierka, żeby konflikt wybuchł. I pojawił się - z powodu klapek, telefonów komórkowych, ale też niepunktualności zawodników. Nie mogę zarzucić trenerowi, że zrobił to z premedytacją, że chciał komuś zaszkodzić. Nie, on ustalił z drużyną reguły gry, pewnego rodzaju regulamin. Jeśli ktoś go nie przestrzegał 2-3 razy, to konsekwencje były wyciąganie. Lettieri nie czekał na to, by ktoś popełnił błąd. Nie chciał kogoś sprowokować. On tylko powiedział, że oczekuje od piłkarzy tego, zaś piłkarze mogą oczekiwać od niego tego. I dziś wygląda to super.

Komunikacja z zawodnikami jest naprawdę dobra. Piłkarze szanują szkoleniowca za jakość treningów. Potrafi się z nimi dogadać, czasami nawet dać dzień wolny, gdy widzi, że ktoś nie czuje się na siłach. Jest skory do mediacji, rozmów. Nie jest upartym snobem, tylko dba o bardzo dobry kontakt z drużyną.

To nie jest tak, że cieszy się pan z tej sytuacji, bo oczyściła się wtedy szatnia drużyny?

- Oczyściła... To zbyt brutalne słowo. Przychodząc do Korony, mieliśmy pewną wizję drużyny. Wiedzieliśmy, jak ma grać i prezentować się na boisku. Doskonale zdawaliśmy sobie też sprawę, jakiego trener do tego potrzebujemy. Szukaliśmy go i znaleźliśmy – pracusia, który potrafi poświęcić 24 godziny dziennie dla dobra klubu. On miał zmienić w pewnym sensie strukturę drużyny. Dać nową twarz zespołowi i całemu pionowi sportowemu. Zaprezentować inny styl gry. Dzisiaj te pierwsze wrażenia w stosunku do Lettieriego są bardzo pozytywne. Korona gra atrakcyjny futbol. Potrafi zaskoczyć, jest silnym zespołem. Ale ze słów trenera wynika – i my mu wierzymy – że to nie jest jeszcze to, czego oczekuje. On sam mówi, że ta drużyna będzie grała naprawdę dobrze dopiero w rundzie rewanżowej.

W internecie sporo pisało się też o pewnym konflikcie, między panem, a wiceprezesem zarządu, Markiem Paprockim. Część kibiców przekonywała, że w Koronie dochodzi do tego, że pewne umowy nie są parafowane, gdyż nie chce ich podpisać wiceprezes. Prawda?

- Zupełna bzdura. Nigdy taka sytuacja nie miała miejsca. Z panem Markiem tworzymy duet, który się uzupełnia. Każdy wie, za co odpowiada i to funkcjonuje super. Do tego mamy trzecią osobę, panią dyrektor (Ewelina Michna-Kulpa – przyp. red.), która pomaga nam w sprawach cywilno-prawnych. Nigdy nie zdarzyło się, żebym miał pretensje do wiceprezesa, albo on do mnie. To plotki. Szkoda, że takie rzeczy są pisane.

Jest pewnym zaskoczeniem, że po wielu zmianach w zespole, nie zdecydowaliście się państwo na zmiany w administracji klubu. Odeszła z Korony tylko jedna osoba, której zresztą w czerwcu kończyła się umowa, przyszedł nowy dyrektor ds. marketingu i PR. I to wszystko. To oznacza, że zmian nie będzie?

- Nie będzie, nie mamy zamiaru. To mnie też trochę bolało, gdy ktoś w internecie puścił plotkę, że ja źle traktuję pracowników i że czują się niekomfortowo w swojej pracy. Można się wszystkich zapytać, co o mnie sądzą. Ja od początku, i zawsze to powtarzałem, traktuję ich jak partnerów. Mam dużo im do powiedzenia, ale to działa też w drugą stronę – oni mogą mi wiele powiedzieć. Będę przyjmował to jako dobrą lekcję na przyszłość. Ja naprawdę nie wiem wszystkiego. Pracownik, który jest w Kielcach kilka lat, ma z pewnością większą wiedzę ode mnie w wielu tematach. Wzajemny szacunek – na tym mi zależy.

Głośno w Kielcach mówi się, że przyszli nowi właściciele, wprowadzają swoje rządy, podejmują odważne decyzje, ale... pieniędzy po nich nie widać.

- Bardzo mylne myślenie. Korona jest spółką akcyjną, którą prowadzi zarząd. W jego składzie jestem ja i Marek Paprocki. Nad sobą mamy trzyosobową Radę Nadzorczą, w której zasiadają Dieter Burdenski, Andreas Hundsdörfer i przedstawiciel miasta, Artur Sobolewski. Od początku było moim założeniem, że chcemy wyprowadzić klub sportowo i strukturalnie do 2-3 lat. Nie chcemy otrzymywać jakiejś sumy wielkich pieniędzy, które powodowałyby, że czulibyśmy się zbyt komfortowo.

My musimy, jako spółka, sami wypracowywać zyski. Mamy ku temu możliwości. Jeśli będzie nam czegoś brakowało, wówczas mamy super możliwość, że możemy powiedzieć naszym właścicielom, że tyle nam brakuje i tyle potrzebujemy. Dostaniemy te pieniądze. Ale powtarzam, że możliwości Korony są do rozwinięcia.

Dostajemy kasę z Ekstraklasy oraz z dnia meczowego – super. Ale nie ma ich z transferów i marketingów. Czapka z głów dla naszych sponsorów, ale musimy iść dalej, w innym kierunku – zdobywać sponsorów krajowych, globalnych. Nie skupiać się tylko na miejscowych.

Mamy nowego marketingowca, który ma kontakty. Najważniejsze jest to, że sami musimy próbować stanąć na nogach i wtedy powiemy sobie: ok, udało się, klub funkcjonuje. Nie byłoby żadnego problemu, żeby właściciel przelał dziś kwotę taką, czy inną. Ale z doświadczenia wiemy obaj, że pełny brzuch pracuje niechętnie. Mając taką sytuację, myślenie jest jedno – obojętnie, jak jest, leci, to niech leci dalej, bo pieniądze i tak przyjdą. Chciałbym tego uniknąć.

Mając na uwadze inne kluby, jak np. Widzew Łódź czy Ruch Chorzów, które utonęły z wielomilionowymi długami, ja nie chciałbym za to odpowiadać. A dziś, jako prezes klubu, odpowiadam za całość. Jestem jednak przekonany, że droga, którą idziemy, jest słuszna i powinna dać nam satysfakcję.

Mam z tego rozumieć, że do tej pory żadne pieniądze od Dietera Burdenskiego nie przyszły?

- Przyszły. I to dość duże, za które pokryliśmy minus z tamtego roku.

Przed rozmową mogliśmy przejrzeć najnowszy raport EY i Ekstraklasa SA. Widzimy w nim spory wzrost przychodów Korony. W 2015/16 - 11,2 mln zł. W ostatnim sezonie, tj. 16/17 - 17,8 mln zł.

- Można za to wyłącznie podziękować byłemu zarządowi, czyli Markowi Paprockiemu, który wprowadził żelazną dyscyplinę i dążył do tego za wszelką cenę, by koszty były jak najmniejsze. Oczywiście jest wiele rzeczy do zrobienia. Za dużo przejadamy na wynagrodzenia, ale gdyby przychody się zwiększyły, wówczas absolutnie zmieniłaby się struktura wynagrodzeń w stosunku właśnie do przychodów. Idziemy w dobrym kierunku. Podstawą jest zwiększenie przychodów.

A te można zwiększyć, jak sam pan powiedział, poprzez dobre relacje z biznesem. Tymczasem podobno – to kolejny temat, o którym wiele się dyskutowało - na spotkaniu ze sponsorami klubu, przed startem rozgrywek, był pan w stosunku do nich mocno roszczeniowy. Twierdził, że za słabo pomagają Koronie. Prawda czy fałsz?

- Takie wystąpienie miało miejsce, ale przekaz był zupełnie inny. I tak też, we właściwy sposób, został odebrany przez sponsorów. Zacznę od tego, że przede wszystkim była to impreza prywatna. Wiem, kto o tym napisał – był to dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. Jest niekulturalnie pisać o imprezie prywatnej na forach publicznych. Co innego mecz, oficjalne spotkanie – nie mam z tym żadnego problemu. Ale to co dzieje się w klubie, nie powinno wychodzić na zewnątrz. Tymczasem mieliśmy z tym i wciąż mamy spory problem. 

Najpierw przed sponsorami wystąpił pan Paprocki, który jako były prezes wypowiedział się bardzo pozytywnie. To było potrzebne. W podobnym tonie z biznesmenami przywitał się Dieter Burdenski, jako nowy właściciel klubu. Ale nie mogło być tak, że do głosu doszły trzy osoby, które tylko chwalą. Ktoś musiał być na przeciwległym biegunie, kto powie, że oczywiście - to było dobre, ale brakuje nam czegoś więcej. I taki był cel mojego wystąpienia.

Pochwaliłem klub za to, że zajął 5. miejsce. Jeden z najwyższych wyników, co przełoży się też na finanse. Ale cały czas mamy deficyty z dnia meczowego. Grając dobrze, mielibyśmy więcej kibiców na trybunach i tym samym większe przychody. Kolejna rzecz to sprawy transferowe w klubie, których od pewnego czasu nie ma. Następna - marketing, który praktycznie nie istnieje. 

Nikt nie powiedział, że ma pretensje do sponsorów o to, że za mało dają czy powinni się mocniej zaangażować. Mówiliśmy o tym, że w klubie musimy zintensyfikować nasze działania. Marketing nie istniał, ale wyłącznie dlatego, że za dużo ludzi było zmęczonych. Nie chciało im się. Nie było tego impulsu, że przychodzi ktoś nowy, kto powie: „wymagam tego, tego i tego” i... Zobaczymy, co będzie za pół roku, bo może się mylę. Ale uważam, że zmiana jest lepsza niż stagnacja. Czy będzie dobra czy zła – okaże się w najbliższym czasie.

Przekaz do sponsorów był taki, że musimy marketingowo działać o wiele szerzej. Za bardzo byliśmy skupieni na rynku wewnętrznym, kieleckim. Nie szliśmy z produktem Ekstraklasy, jakim jest Korona, dalej. Wydaje mi się, że poprzez ten fakt – poprzez markę - jesteśmy w stanie wygenerować znacznie większe przychody, co będzie korzystne dla klubu.

Podobno ma powstać nowa strona internetowa klubu, wielojęzyczna. To znak, że Korona chce wyjść z promocją poza Polskę. Gdzie najchętniej?

- Wraz z naszym szefem marketingu uczestniczyłem już w dwóch rozmowach z podmiotami spoza Europy. Nie chciałbym zdradzać z kim. Mogę tylko powiedzieć, że bardzo zależy im na wyniku sportowym. Wiele od tego zależy, a resztę może pan sobie sam dopisać. Im lepsze miejsce zajmiemy w lidze, tym większe będą możliwości manewru z tymi globalnymi firmami.

Trochę to nie współgra z tym, co kiedyś pan deklarował. Zaznaczał pan, by nie oczekiwać od Korony od razy wielkich sukcesów piłkarskich, bo na te wyniki trzeba poczekać 2-3 lata.

- Tak, ale ja teraz mówię tylko o pierwszej ósemce. O niczym więcej. To zadowalałoby tych partnerów, którzy z nami rozmawiali. Plan na klub jest dalej aktualny. „Step by step” i za 2-3 lata będziemy widzieć, na co Koronę stać, albo... i nie. Sport jest wielką niewiadomą, pamiętajmy o tym, lecz my dążymy do tego, by szło to we właściwym kierunku.

REKLAMA

W zakresie marketingu miał pan dwa rozwiązania. Albo zatrudnić nowego dyrektora, który pobudzi obecny zespół do działania, albo zlikwidować cały dział i zbudować go od podstaw. Zdecydował się pan na to pierwsze rozwiązanie.

- Ale pierwsza opcja łączy się z drugą. Zadaniem Dominica Niehoffa jest dobrać sobie takich ludzi, za których będzie odpowiadał. On ma uznać: „dobra, jestem z nich zadowolony, pasują mi, z nimi mogę pracować”. Ja oczekuje od niego efektów, będzie odpowiadał nie tylko za swoją pracę, lecz wszystkich podległych mu pracowników. Będziemy widzieć, czy to przekłada się na wyniki. Ale proszę, nie wymagajmy od niego efektów dziś, jutro, pojutrze. One natychmiast nie przyjdą. Podejrzewam, że o pierwszą analizę będziemy mogli się pokusić dopiero w styczniu-lutym.

Czyli w dziale marketingu i PR możemy spodziewać się zmian?

- On sam sobie musi dobrać zespół. My wybraliśmy go, po kilkumiesięcznych poszukiwaniach, jako człowieka, który ma poukładać ten dział. Ma mieć pracowników, od których będzie wymagał, a oni będą jego oczekiwania potrafili zaspokoić.

Czym przekonał panów do siebie Dominic Niehoff?

- Zawsze mówiłem, że dobry marketingowiec to taki człowiek, który jest na zewnątrz. On w klubie może być jeden dzień w tygodniu. W pozostałe powinien być non stop w drodze, razem ze swoim zespołem. Na miejscu mogą być osoby odpowiedzialne za sferę medialną, internetową. Pozostali poza stadionem. I nie tylko o futbol tu chodzi – tak jest w całym biznesie. Powiem brutalnie: to jest sprzedawca. On ma produkt zapakować, zaproponować, podpisać umowę i sprzedać.

Pan Niehoff miał bardzo dobre CV i to była podstawa. Ale też zaskoczył mnie tym, gdy pierwszy raz pojawił się w klubie. Wchodząc do mojego biura, podszedł do mnie i klepnął mnie w plecy, jakbyśmy znali się rok czasu. Od razu pomyślałem, że to jest ten człowiek. Nie ma hamulców wewnętrznych, nie jest grzeczny. Jest sobą. To powinno tak funkcjonować.

Rozmawialiśmy pół godziny – w języku polskim i niemiecki, ale dłużej w polskim, bo chciałem sprawdzić, czy da sobie radę. Zaskoczył mnie pozytywnie. Potrafi się dogadać bez problemów, a podejrzewam, że gdy pobędzie tu dwa miesiące, będzie mówił znacznie płynniej. Do tego zna siedem języków. Siedem lat pracował w wielkim holdingu tureckim, obsługującym nie tylko hotele, ale też firmy budowlane czy klub sportowy.

Zapytałem go, dlaczego wyjeżdża z Turcji. Odpowiedź do mnie trafiła. Powiedział, że robi to w związku z sytuacją polityczną i następującą islamizacją kraju. Nie czuł się tam dobrze, ale przede wszystkim dotknęło to jego dzieci. Z tego powodu podjął taką decyzję, a że ma żonę z Ukrainy, to jej też to pasowało. Trochę nie wierzyłem, że wyląduje u nas, sądziłem, że trafi na inną propozycję, ale jednak zdecydował się na Koronę. I niech teraz wymiata. Niech pracuje.

Znali go pan, albo Dieter Burdenski wcześniej?

- Z mojej strony zero znajomości. Burdenski z Niehoffem mieli kontakt, ale czy był dobry, zły, bliski czy daleki – nie mam pojęcia.

Rozmawiał Tomasz Porębski

––––––––––––––

 II część wywiadu z Krzysztofem Zającem, prezesem Korony Kielce

Przede wszystkim o sportowej części - transferach, kluczowych piłkarzach drużyny i tych, których Korona nie potrzebuje. Kilka nieznanych faktów, odważnych deklaracji i ważnych zapowiedzi. To część nieco dłuższa, ale w naszym odczuciu – jeszcze ciekawsza

KLIKIJ I CZYTAJ

 

REKLAMA

Wasze komentarze

zupa2017-08-31 13:24:27
bardzo mądrze gość gada
michal2017-08-31 14:25:51
no i git. bardzo sensowny wywiad, tzn. wypowiedzi pana Zająca. Nie nadęte, a jednocześnie w miarę pewne siebie, ale i z pokorą. Podoba mi się to co mówi i jak. Oczywiście sport jest niewiadomą, ale jak pokazują wszystkie dziedziny, jak się pracuje sensownie, to szczęście może tylko czasem przeszkodzić. Idzie na lepsze - i fajnie że nie w stylu np. "magików biznesu" typu pan Ptak, czy inny Sabri B. z Turcji, co w polskiej piłce przerabialiśmy niejednokrotnie. Trzymam kciuki za powodzenie.
KSS2017-08-31 14:58:19
Brawo Panie Prezesie. Mnie cieszy to, że planujecie długofalowo i systematycznie realizujecie plan. Ta niemiecka konsekwencja i mądre zarządzanie uczynią Koronę lepszym klubem. Większość polskich różnych pseudobiznesmenów obiecuje gruszki na wierzbie, by potem zostawić klub z długami w tarapatach. Może warto było poczekać po tych Grajewskich, Meresińskich czy Senegalu, by można patrzeć w przyszłość z optymizmem.
lol2017-08-31 15:09:12
na początku byłem sceptycznie nastawiony do prezesa, trenera itd, ale teraz zaczyna to wszystko mieć ręce i nogi, gra wygląda lepiej, wyniki powinny przyjść, ruszy marketing, może coś zdziałają i w klubie będzie większa kasa, ciekawy jestem co z tego wyjdzie.
Mateusz2017-08-31 16:21:22
Panie Prezesie, Szacunek!
Przyznam się, że na początku sam w ten projekt nie wierzyłem. Polacy nie lubią zmian, a te zmiany były bardzo, bardzo duże. A wiadomo, że zmiany niosą za sobą ryzyko niepowodzenia. Teraz Panu jednak zaufałem, wygląda to wszystko fajnie. Może jeszcze nie ma rewelacji ale sukcesów nie robi się od ręki. Tak więc, tak trzymać, a na pewno będzie dobrze! Pozdrawiam!
L2017-08-31 16:32:48
Brzmi bardzo wiarygodnie i optmistycznie , źycie pokaźe jak będzie w realu , nie mniej jednak życzę powodzenia w transformacji mojego klubu .
Menago korporejt2017-08-31 18:04:34
Widzę że jednak Pan Prezes czyta wpisy, wiele razy pisałem o przychodach z działalności własnej, o akwizycji, o zatrudnieniu prawdziwych sprzedawców a ostatnio żeby nowy dyr szukał sponsoringu wśród korporacji globalnych i wszystko to jest w słowach prezesa i bardzo dobrze. W poprzednich latach zarzucałem Paprockiemu brak walki na rynku o przychody własne i tylko skupianie się na kosztach. I w 2016 coś drgnęło, jeżeli prawdą jest że przychody ze sprzedaży/marketingu wzrosły z 3 mln w 2015, do ponad 6 mln w 2016 to brawo Panie Prezesie Paprocki. Generalnie 2016 rok był sukcesem sportowym ale również trzeba odnotować sukces zarządczy wzrostbudżetu do 18 mln, oczywiście z dotacjami ale jednak w porównaniu do poprzednich lat to respect.
Wniosek , trzeba merytorycznie pisać i zawsze coś do adresata trafi, ale merytorycznie.
Powodzenia dla Korony i Prezesie Nabil musi zastać.
lukas2017-08-31 18:26:19
Widać, że Korona zaczyna działać normalnie. Prezes Zając to profesjonalista. Jak wszystko zostanie poukładane to i wyniki przyjdą i liczę, że jak nie w tym sezonie to w następnym pierwsza trójka naszej nieprzewidywalnej Ekstraklasy jest w zasięgu Korony! Powodzenia Panie Zając!
Tomkskielce2017-08-31 18:39:16
A ja prezesowi nie ufam i nie wierze. Najpierw Bartoszek cacy potem beeee, Górskiego broni po czym chce skrócić wypożyczenie ale jednak zostaje. Trenerów w juniorach mial pozmieniac po czym wszyscy zostaja. Jest dla mnie chorągiewka i marionetka
lol2017-08-31 20:17:11
no PR widac nawet tutaj juz rozpoczął swoją pracę, patrząc po podobnych kilku wpisach pod rząd. Teraz to sobie może gadać, że zmiany itp itd, poczekamy, zobaczymy na koniec sezonu, w jakim Korona będzie miejscu, z jakim składem i jakim zyskiem, bezdotacyjnym.
Czesław O.2017-08-31 21:44:05
Tak trzymać Panie Prezesie. POWODZENIA !!!
Kafar10002017-08-31 23:13:39
Też czytając te opinie mam wrażenie że marketing nie śpi :D Nie zmienia to faktu że marketingiem meczów wygrywać nie będą!!
r2017-09-01 15:34:24
Hhahah widać po co im dział marketingu, do pisania postów pod artykułami. Klub w poprzednim roku zarobił o 6.5mln. więcej dzięki 5 miejscu w lidze a ten bredzi że Burdeński im dał. KŁAMCA. Korona miała 3-4 mln. długu to jeszcze wam zostało na niemiecki szrot.

Dodaj komentarz

Copyright © 2019 CKsport.pl Redakcja Reklama

Projekt i wykonanie: CK Media Group